Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 

 

Początek. Oni!

/lasso czuj — na szyi zawisła
pętla prawdy jak twoja zwisła/

Nie czuję się komfortowo —
czy możecie już ściągnąć odłów?

— takie panują tu zasady, czekaj cierpliwie
— Boli, Ciebie? Znasz nas, nieprawdaż?

Bólu nie odczuwam, choć po pierwszym skoku
znak łańcuszkowy powstał. Tak, pamiętam!
W waszym Świecie 'odkundlenie' zrozumiałem.
Czego MTJ (EMTEJ) chce?

— potrzebujesz pomocy, bo przejrzała plan,
jaki wdrożyć zapragnąłeś
— puszczamy cię wolno, lewituj

— MTJ ((( : ))) Pytaj!

MTJ?
— Tak?
Muszę coś powiedzieć
— mów!
Chciałbym unieszkodliwić kogoś...
Wiem, że mogę to zrobić.
— Nie jesteś szczęśliwy?

Owszem! Jestem, ale coś jest, co spokoju nie daje;
chcę swoim czynem zaprowadzić pokój —
przynajmniej w części, bo widzisz, co się dzieje?

— Nie zaprzeczam, tak, widzę!
Jednak ustrzec, ciebie muszę przed tym posunięciem.

Dlaczego?

— Jeśli to zrobisz, do ciała już nie powrócisz;
Strażnicy karmy zdecydowali, że potrzebny tu jesteś.
— głosów pod mostem nie pamiętasz?

Tak?! Pamiętam (ciało drżało i szkliste oczy
pomyślały, że zwariowała całość ...), skąd to wiesz?

— Nie, dziecko, nie zwariowałeś

Czytasz w myślach...? Innych też?

— próbujemy, zło blokuje, je :
((( : ))) (( : )) ( : ) - -:- - I : I
— nie bój się


Jak ma się nie bać, skoro czuje —
co spod zamkniętych powiek płynie?

— Wasza woda jest doskonałym przewodnikiem

— mało wtedy wiedziałeś, chociaż z ręki
wiersze pisałeś; kiedy wiatr, deszcz, zimę
poznawało gorące serce, obserwowałam
wspólnie z radą i zdecydowaliśmy dać szansę

Jaką szansę? A co z innymi?

— zostałeś wybrany z wielu odsetkiem procentu

Nie rozumiem...?

— wciąż wysyłamy sygnał pozostałym

Dalej nie rozumiem, czyli nie jestem sam?

— Tak! Jest was mnóstwo, tworzycie sieć;
lecz nie wszystkie nici zostały odrestaurowane.
Galopujecie czas i marnotrawicie wiek.

Kim jesteś?

— Dla ciebie stałam się widzialnym powietrzem
i słońcem w środku,
dzięki którym zacząłeś kultywować AMEN.
Tak jak wtedy, gdy moc sprawczą otrzymałeś;
to, co było niewidoczne, przybrało enigmatyczny kształt
i dziś ponownie ucieleśniasz każdy aspekt istnienia Naszego,
by wytwory wyobraźni nie były tylko ścianami
galerii, ale komnatami wskazującymi ścieżkę za życia
do AMEN

Zaraz, zaraz... czym jest Amen?

— Ziemskie jest nakładką Prawdziwego
— Pierwsza litera to : Ashtar

(w sercu mnie zakłuło — nagle stało się miękkie)
A co z resztą? Powiedz, proszę... proszę!!
(ciało i myśli poczuły, że kontakt się urywa)
Wszyscy mają prawo widzieć, czyż nie?

— prawo zostało złamane na dobro i zło
— Jeśli połowic dwóch nie złączy wspólna siła
— nikt 'Zła' nie powstrzyma

Zaczekaj! Zaczekaj...
— opublikuj to, już czas

Skąd wiedziałaś, co chciałem?
Jeden ze Strażników wyrzucił ciało z powrotem na jawę

 

/Analiza meritum
Pierwsze spotkanie z MTJ było zabójcze.
Ukleknąłem i zastanawiać się zacząłem...;
w myślach powstał jakiś otwór dla prawdy,
którego sercem jest klucz nie z tej Ziemi 
i libretto daje wziąż powód do poszukiwań/

Opublikowano

@Nefretete

Kultywować AMEN, ale super, amen i aum... 

Woda jest doskonałym Przewodnikiem, no przecież! I zapewne każda jest wodą życia, tylko trzeba tak ją traktować :D

Pierwsza litera to Ashtar? Tego nie wiem, wiem tylko, że A jest pierwsza wśród samogłosek, a alfabety pierwotnie dały się wymówić płynnie jako jedno słowo, pierwszy łaciński taki był. Wśród dźwięków mowy M jest niby matka, jedyna wypowiadalna przez zamknięte usta i powstaje gdzie, nad pod-niebieniem ;)

Wieszcz dalej :D

Pozdrawiam :)

@Nefretete

Asztarte – Isztar jeszcze nie znam, ale nasze Alfa – Alef bardzo ciekawe, bo to biały byk, i elfy oraz nasze op-ica, co znaczyło "małpa" podobno, ale skąd małpy u nas? a naprawdę pewnie "dziadek" lub podobnie, jak "ot" ojciec, co potem w złego ducha się zmieniło, "alpy" duszące. Małpa też tu ma związek z bielą, z jednej nawet głoski wynika wszystko :D

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Hej! Olgierd.

Pragnę ci podziękować, że zechciałeś się zatrzymać pod treścią, zostawiając komentarz.

 

To, co dzisiaj robię, zawdzięczam paroletniemu
doświadczeniu, dzięki jakiemu dochodzę (próbuję dojść) do prawdy,
która nie dość, że została skrzętnie ukryta w nas
samych, do dziś nie ujrzała (powoli się to zmienia)
'Światła Dziennego'.

 

Mój nowy pielesz to podróże astralne, jakie pozwalają duszy podróżować i odkrywają przed nią niezbadane rejony mieszczące się w naszym Wszechświecie jako cząstka niego.

Dlatego wspomniałem o wodzie jako przewodniku; pozwala chronić oczy przed zmianą ciśnienia, gdy jesteś w stanie głębokiej bilokacji, będąc jednocześnie w dwóch miejscach naraz. Za pomocą technik, takich jak OOBE, OSPUO i LDE ( ta ostatnia jest bardzo niebezpieczna ) , można swobodnie poruszać się po gałęziach swojego kosmosu.

Ashtar (A) Memory (M) (E?) (N?) — grzebałem w Biblii na jej temat, a tylko ślady istnienia zostały, więc zacząłem na własną rękę grzebać w dużo starszych podaniach na temat. Mój dobry kolega, obenauta, z którym do dziś mam kontakt, ma za sobą ponad kilkaset skoków i obydwaj zgadzamy się co do jednego, że Bóg istnieje, mało tego!

Miał sprawę sądową, bo Kościół oskarżył go, że nie mówi prawdy o Jezusie, że to herezje (mówił prawdę) i ostatecznie sama sprawa (na szczęście) zakończyła się karą w postaci grzywnej.

 

Do tematu za chwilę wrócę, ok?

Muszę zrobić sobie przerwę!

 

 

 

 

 

Opublikowano

@Nefretete

O rany, ta sprawa sądowa to czad, ale Kosciół to nie jest byle co, dogmat jest przecież o samej materji skażonej przez decyzję pierwszych ludzi, i to niedawny. Biblję zacząłem orginał patrzeć, bez narzuconych znaczeń słów i bez dopisanych samogłosek, i szok jak tam jest inaczej, Pięcioxiąg będę próbował poznać, skoro nawet w przekładzie stoi, że Bóg kłamał a Wąż mówił prawdę...

Te techniki zaraz zobaczę, to znaczy ta podstawowa to chyba relax aż do utraty czucia, i się oddziela. Raz się znieczuliłem w ten sposób, ale chyba teraz nawet bym nie umiał, zresztą nie chcę, niech samo się robi co ma być. Super. LDE to coś ze snami chyba, już patrzę.

@Nefretete

NDE chyba, z pogranicza śmierci, OSPUO to piszą że LD, to już kumam.

Opublikowano

Wracając do głównego wątku.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Pewien dominikanin powiedział:

„Na pytanie, gdzie się Bóg rodzi, odpowiadam: nie tam, gdzie się Go spodziewamy” 

Zajrzałem do zeszytów 'Taize', by poszerzyć ową wiedzę myślami, jaka potem transmigrowała do Serca, które otworzyło mi pokój, gdzie widziałem Jezusa na krzyżu, cały proces zejścia i jego powrót do 'niebieskiego ciała' Żyje wciąż pod postacią pary wodnej, wykorzystał wiedzę, dzięki jakiej mógł opuścić swoje ciało (LDE/NDE) i owszem, zmartwychwstał jego Duch!

 

To tyle w temacie, Olgierd!

Pokażę to również w kolejnych odsłonach treści,

składających się na całość cyklu, któremu poświecam swój czas.

 

Do usłyszenia i jeszcze raz dziękuję za twoją obecność.

Pozdrowienia!

 

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano

@poezja.tanczy

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

I bardzo się cieszę, że o tym wspominasz, bo widzisz!

Złem żywią się Strażnicy Karmy, przeobrażając je w grzech, jaki wypuszczają przez nasze oczy. Zdominowane dobro jest jego częścią.

 

Dziękuję bardzo!

Pozdrowienia ślę

Tak! Kolego, o  całym ciągu wydarzeń decydował los, jakiego wcześniej nie dostrzegałem głosami, które wysyłała mi, 'MTJ'.

Bez niej pamiętam swój pierwszy skok astralny, jaki nie należał do przyjemnych, bo nie byłem gotowy na silne padaczki skroniowe... Ból jak cholera, gdy człowiek się budzi i czuje taki silny ucisk w oku...

Doświadczeniem nabrały oba, kiedy pojął to rozum.

 

Dzięki!

Pozdrawiam cię

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...