Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Znaczna modyfikacja dawnego tekstu.

 

 

Od jakiegoś czasu wchodzę na wysoką górę. Nie potrafię dokładnie sprecyzować, czy słońce skryte za chmurami, czy to po prostu tradycyjny zachód. To mało istotne. Wiem, że muszę wejść na sam wierzchołek. Tylko dlaczego? Dobre pytanie. Zmęczenie daje znać o sobie. Ile drogi za mną, a ile przed? Nie mam bladego pojęcia.

 

Spoglądam do tyłu. Wszystko spowite dziwnym rodzajem mgły. Droga przede mną, wygląda podobnie, ale inaczej. Nie wiem na czym ta inność polega. Podobnie z umysłem. Póki co, zapakowanym prezentem. Staram go odpakować. Przecinam sznurki. Szarpię. Słyszę darcie papieru. To dobry znak. Czyżby?

 

Po diabła tu jestem? Nie mam pewności. Ile w tym sensu? Spotęgowana wątpliwość. Na dodatek zaczyna padać deszcz. Woda spływa z góry po ostrych kamieniach. Idę boso. Dlaczego? Chyba stopy krwawią. Nie czuję bólu. Jeszcze nie teraz. Tylko by zawadzał, spowalniał wędrówkę.

 

Droga cholernie wąska. Po obu stronach rosną krzaki. Ciemność coraz szczelniejszym całunem, otula drogę. Jednak nie na tyle, żebym nic nie widział. Błyszczące od wilgoci gałęzie, utrudniają wędrówkę trupimi rękami. Słyszę mokry szelest, gdy wstrętne łapska, suną po materiale kurtki. Ale cóż. Będę musiał pokochać tę drogę, bo nie wiem, ile mam jeszcze przed sobą i dokąd prowadzi?

 

***

 

– Nie płacz najdroższa. Na pewno wyzdrowiejesz.

– Chcę w to wierzyć, ale sam widzisz jak jest.

– Cholera! Przepraszam. Muszę wyjść na chwilę. Nie wiem dlaczego.

– Zgłupiałeś. Nie wiadomo, ile mi czasu zostało. Czy tobie zupełnie odbiło?

– Właśnie dlatego chce wyjść. To znaczy... coś mi mówi, że istnieje jeszcze szansa.

– Nie zostawiaj mnie dupku. Proszę.

– Słyszę, że ci idzie ku lepszemu, moja kochana żono.

– Przestań. Nie odchodź.

– Zaraz wrócę.

 

***

 

Stoję na ulicy, patrzę w niebo i wrzeszczę jak opętany: czy istnieje szansa na ratunek?

Doznaje szoku, bo prawie natychmiast, krople deszczu wystukują słowa:

''Musisz wejść na wysoką górę. Znajdziesz tam Bezimienny Kwiat. On zmieni waszą sytuację''

 

– Jak to zmieni sytuację? Na jaką? Moja ukochana wyzdrowieje? Powiedz coś więcej głupi palancie. Tylko tyle masz do powiedzenia? Doprecyzuj! Gdzie mam szukać? Chcesz, żebym zostawił ja samą, a ja w tym czasie, będę odgrywać jakąś skoczną kozicę.

 

Niestety. Głos umiera w ciszy, ale i tak jestem uradowany. Jakaś szansa istnieje. Muszę poszukać góry. Tylko gdzie? Nie przypominam sobie, żeby w okolicach było jakiekolwiek wzniesienie. A jednak wracam do domu w lepszym nastroju, podbudowany nadzieją. Powiem, że jeszcze nie wszystko stracone. Prawie biegnę po schodach. Nagle doznaje kolejnego szoku.

 

Stopnie jakby zanikają. Odczuwam dotkliwy chłód. Co za wariat powrzucał drobnych kamieni, przez otwarte okna. Biegnę dalej. Przecież w pokoju czeka żona. Postanawiam nie tracić sił na zawiłe myślenie, tylko zwyczajnie zaufać deszczowym słowom. Może rzeczywiście, ma to jakiś sens, którego nie pojmuję. Coraz bardziej ślisko. Mam wrażenie, że upadam do tyłu. W ostatniej chwili, chwytam poręcz...

 

...trzymam w ręce gałąź. Nie upadłem. Czyżby mnie na chwilę zamroczyło? Droga ciągle taka sama. Jedyną zmiana, to coraz silniejszy wiatr. Słyszę wyraźny szelest pokracznych gałęzi. Idę cały czas przed siebie. Nie zawracam. Choć nie mam już tyle sił, co przed początkiem wędrówki. Próbuję wierzyć, że to wszystko nie na próżno. Tylko o co w tym wszystkich chodzi? Mam jakieś poczucie niesprecyzowanej straty. Gnębi to cholernie umysł. Drapieżne sumienie, rozszarpuje myśli wątpliwościami.

 

Nagle ni stąd ni zowąd, zdaję sobie sprawę, że coś jest: nie tak. Nie z drogą, tylko ze mną. Nie chodzi o to, że wchodzę nie wiadomo czemu, jak jakiś wariat, na jakąś zwariowaną górę, tylko o poczucie... ciała. W pierwszej chwili nie chcę wierzyć, w to co widzę.

Dłonie są niewątpliwie z lekka pomarszczone. Coś tu nie gra i to bardzo. Dotykam rękami twarzy. Tu także czuję zmarszczki. Jak długo już idę? - pytam samego siebie. A może po prostu, z jakiegoś powodu, starszy jestem, z każdym następnym krokiem.

 

Nie chcę o tym rozmyślać, bo zupełnie sfiksuję. A mam przecież zadanie do wykonania. Skąd taka myśl? Jakie zadanie? Tylko sił zaczyna brakować. To już nie te lata, co kiedyś. Ile ich mam w tej chwili? Szkoda, że nie zabrałem lusterka. A może dobrze, że nie mam.

 

Wtem, kilkanaście metrów przede mną, widzę jakąś niewielką postać, ubraną na biało. Już naprawdę ledwo idę. Ciężar starości, przygniata do ziemi. Mała dziewczynka czeka nieruchomo. Przytula coś do serca. Podchodzę bliżej. Pyta zupełnie niespodziewanie:

 

– Naprawisz mojego misia?

– Czy naprawię... kim jesteś i co tutaj robisz?

– Napraw. Proszę. Łapka mu odpada.

 

Biorę pluszaka do ręki. Rzeczywiście. Misiowa ręka, wisi ledwo ledwo. Mam buty na nogach, to też sznurowadła.

 

– No co, naprawisz?

– Nie wiem jak. A poza tym, chyba mi spieszno na górę. Nie mogę trwonić czasu, na naprawianie głupich misiów. Po co w ogóle głowę zawracasz. Przepraszam, ale sama widzisz, jak wyglądam.

– Jak fajny stary dziadek.

– No cóż... właśnie... przynajmniej mam pewność.

– Naprawisz?

 

Męczarnie okropne z tą naprawą przeżywam. Jednak w końcu, za pomocą sznurowadła, tyle o ile, przyczepiam łapkę.

 

– Ojej! Dziękuję!

– Daleko jeszcze?

– Niedaleko. No to cześć.

 

***

 

Patrzę wszędzie wokół, lecz nigdzie jej nie ma.

 

***

 

Dostrzegam wierzchołek góry. Niby mam tam wejść? A po kiego? Jednak po jakimś nieokreślonym czasie, wlekąc starcze ciało, docieram do niewielkiego płaskowyżu. Szczytu góry. Jest oświetlony złotawą poświatą, tylko nie dostrzegam źródła światła. Pełno na nim kwiatów. To muszą być te. Tylko który jest: Ten? Co za Ten?

 

Słyszę z tyłu cienki głosik:

 

– Pokażę który.

– A ty skąd? I co tutaj robisz, dziewczynko?

– Nie jestem z... tutaj.

– A skąd?

– Dziadki nie powinny być takie ciekawe.

 

Niby fajnie i wesoło, ale po co tu przyszedłem. Może potwornie źle zrobiłem. Zamiast zostać, to wlazłem jak ten czubek na pieprzoną górę, tracąc czas, który powinienem poświęcić, by być blisko.

 

Stopy okrwawiłem, chociaż schowane w butach. Ponadto mam niejasne wrażenie, że coś naprawiałem, a na dodatek, jestem starym dziadem. Nawet gdy wyzdrowieje, czy będzie takiego chciała? Wątpię. Wyzdrowieje? Niby kto i dla kogo?

 

– Nie możesz zwątpić. Twój wiek nie upoważnia, do gadania takich bzdur.

– Wiek? Raczej wieko. Jak masz na imię?

– Jestem Bezimienna. To ten Kwiat.

– Jaki ten? A niby skąd wiesz?

– Bo go Misiu wskazuje łapką. Tą naprawioną.

– Ciekawe co to za głupek zmarnował czas, by naprawić głupiego misia.

 

– Przestań marudzić, tylko bierz Kwiatka i zmykaj stąd. Tak musi być!

– A czemu, musi? A z tobą co będzie?

– Spoko. Nie twój zakichany interes!

– Pyskata jesteś!

– Dla twojego dobra, jęczący dupku!

– Krzyż mi dokucza, sflaczałe policzki, a w zmarszczkach chodzi mucha.

– Bierz psychę w garść i wyduś z niej na ego, motywacje.

 

– Raczej w skórę i kości.

– Chyba nie zapomniałeś?

– Ja i zapomnieć? No coś Ty. O niby o czym?

– O matko! Jednak w końcu podołasz. Nie biadol!

– Ale...

– Przestań. No złaź z tej góry, do jasnej cholery!

– W ustach dziecka takie słowa? Nie mam sił. Do dupy wszystko.

– Spadaj! Bo tupnę nóżką!

 

Zaczynam schodzić. Przestało padać jakiś czas temu. Trochę mniej ślizgania na mokrych kamieniach. Nadal nie wiem, ile mam lat. Na pewno nie mało, biorąc pod uwagę samopoczucie. Trzymam w ręce jakiś kwiat. A niby skąd on? Wierzę, że to ten właściwy. Właściwy do czego? Tam na szczycie, trochę doszedłem do siebie. Odsapnąłem w samotności, by przemyśleć swoje życie.

 

Schodzę z jakiejś góry. Z ciałem coś nie tak. Młodnieje. I bardzo dobrze. Z każdym krokiem, lat mi ubywa. Ręce coraz bardziej wygładzone. Na twarzy nie czuję zmarszczek. Tylko po diabła niosę jakiś pieprzony kwiat, który na dodatek, więdnie. Pal go licho. Na co mi on. Lecz nie wyrzucę. Jakoś nie mogę.

 

Chyba byłem przekonany, że taki niezwykły, nigdy nie straci blasku. Będzie wciąż taki sam. Życia nie straci. Co za bzdury wygaduję. Skąd one we mnie? Nie wiem, czy go zdążę zanieść. Oddać. Tylko komu? Na dodatek, kapie z niego krew. Z kwiatu? Jestem młodszy, po każdym kapnięciem. I fajnie. Nie widzę siebie, ale wiem to na pewno. A poza tym, jest prawie jasno. Znikła ułuda ciemności. Ścieżka nadal wąska, lecz krzewy po bokach zakwitły. Przecież nigdy tu ich nie było.

 

Widzę przed sobą jakby jasność. To znaczna polana. A właściwie pusta łąka.

Nagle dostrzegam kobietę. Nie mam co do tego wątpliwości. Kiwa do mnie ręką. Podchodzę bliżej. To żadna halucynacja. Z dłoni lecą zwiędnięte strzępki. Widocznie spełniły jakieś zadanie. Oddały żywotność w imię czegoś. Nagle stoję blisko niej. Mówi do mnie:

 

– Na drugi raz bądź tak miły i przybądź wcześniej. W końcu jestem twoją narzeczoną. Mamy wziąć ślub. Chyba nie zapomniałeś? Masz zamiar całe życie być takim spóźnialskim?

– Narzeczoną? Co ty chrzanisz? Przecież jesteśmy małżeństwem od kilku lat!

– Doprawdy kochanie? Traktuj mnie poważnie. Czyżbyś bredził po próżnicy?

– Ale przecież... jesteś ciężko chora! Leżałaś w łóżku.

– Mniemam najdroższy, że ktoś inny jest tutaj chory. Bardzo cię kocham, ale doprawdy nie rozumiem, o czym mówisz. Ja nigdy nie chorowałam. I oby tak dalej.

 

Ta sytuacja przerasta umysł. To wszystko, co było, jest, będzie i dlaczego tak, a nie inaczej... o to są kluczowe pytania. Chyba jej nie powiem, jak uciekłem, co przeżyłem, że byłem starym dziadem, a teraz jestem powtórnie młodym i że łaziłem samotnie po górze. Nie. Nie powiem. Takie żale przed nieznajomą. Nigdy w życiu! Jeszcze mnie za wariata weźmie.

 

– Chyba widzisz tamtą drogę? – słyszę pytanie.

– Widzę kochanie.

– Tam jest przystanek autobusowy. Poczekamy trochę i pojedziemy.

– Oczywiście. Jak sobie życzysz.

 

Przestaje mnie cokolwiek dziwić. Nawet przystanek autobusowy na środku łąki. Stoimy i czekamy. Sceneria monotonna. Wszędzie wokół, równo i zielono.

 

– Spójrz najdroższa. Autobus jedzie.

– Widzę.

– Jak przystanie, to do tego wsiadamy.

– Trudno do innego, skoro będzie jeden.

 

Wiem, że nie powinienem być taki... dowcipny, zważywszy na sytuacje umysłową, ale chcę zachować resztki świata, którego znam i odpowiednią kulturę, wobec obcej kobiety.

 

– Proszę pani. Za chwilę wsiadamy – uprzejmie przypominam.

– Coś mi tu nie pasuje – słyszę jej głos. – Autobus coraz bliżej, a większy wcale. A zatem zmniejsza rozmiar. Czy starczy dla nas miejsca?

– Zobaczymy.

 

Podjeżdża autobus. Rzeczywiście niewielki, ale na tyle duży, że możemy wejść. Nachodzi mnie myśl, że inni nie mieli takiego szczęścia. A może czegoś wręcz przeciwnego? W środku pusto. Ona trochę zdenerwowana. Nie wiem czemu. Popatruje po całym wnętrzu, jakby czegoś szukała. O co w tym wszystkim chodzi? Nagle słyszę zamykanie drzwi i pojazd rusza. Jest dziwne nieobecna. Czyżby ta cała sytuacja, była jeszcze bardziej pogmatwana, niż usiłuję myśleć.

 

Czas upływa na podróży. Świat wokół, wygląda zupełnie normalnie. Zwyczajny autobus i zwyczajna łąka na zewnątrz, pełna takich samych kwiatów. Są mi jakby znajome. Wyglądam przez okno. Patrzę w dół. Droga bardzo wąska. Płatki kwiatów, muskają bok autobusu, jakby żegnały ukochaną osobę.

 

Sam już nie wiem. Poza tym wszystko pasuje, oprócz ciszy. Coś powinienem słyszeć. Chociażby szum silnika. Cokolwiek. Siadam na siedzenie. Nagle odruchowo spoglądam w dół, chociaż nie wiem, czemu. Jeden but ma puste dziurki. Co tu jest grane, do diabła? Przecież byłem bosy? A może nie? I niby skąd moje buty, tutaj? A jednak coś niewyraźnie słyszę. Jakby dźwięki tłumione przez mgłę. Chyba… o spakowaniu, czy jakoś podobnie. To jakiś absurd!

 

Postanawiam zrobić coś, co w takiej sytuacji, jest w moim mniemaniu, bardzo zasadne. Idę w kierunku przodu pojazdu. Wyczuwam za sobą, rozgadany szum. Grzecznie pytam;

 

– Przepraszam... ale dokąd my właściwie jedziemy?

– Kochanie. Co z tobą? Na wakacje jedziemy. Dla odmiany, autobusem.

– Ale... przecież… pani była chora.

– Chora? Co z tobą, głuptasie? Siadaj i zostań przy mnie. I już nigdy nie łaź na tył.

– Fajny pluszak.

– To cenna pamiątka, pewnych zdarzeń z dzieciństwa.

– Rozumem. A wiesz kochanie, że muszę kupić brakujące sznurowadło.

– Doprawdy? To poważna sprawa. Będę cię wspierać w tym przedsięwzięciu.

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Piszę te wersy dla Was
      Każdy jest najlepszy ale paradoks życia sprawia, że tyle samo zła co dobra w nas. 
      Zapamietasz Nas, pokolenie wysłuchało co podświadomości lodowa góra ukryła pod powierzchnią fal morza.
      Zimna pustynia arktyki i podróż w stronę horyzontu, banita opusza stada brać by na samobójczej misji zamienić lód na kosmicznej próżni jeszcze większy chłód i brak gwiazd wokół które życiodajne ciepło chcą nam dać i w kolory ubrać dla Nas świat.
      To dla Was wszystko, to tylko moje litery, ułożone spółgłoskami w słowa, które w szaleństwie nazwanym dnem przyszło mi bezczelnie i niestety Wam podarować, mieć anioła, który brał co diabeł opętany w wersów kilka ubrał i w nieświadomości nawet nie przemyśłał, dziw brał ale uszy zatkał na własne krzyki skrzeczącego głosu z gardła które mu służy chyba jedynie tylko by łykać flaszka i flaszka mocne twarde trunki aż do dna za ostatni hajs, nie zapracowany ze swojego tronu który dostał by złorzeczyczyć temu który na srebrnej tacy podał mu widelec którym najpierw karmił a potem ostry nóż którym zabił brać i braci jakimi ich chciał mieć jak kosz pomarańczy mu podarowanych których na stole nie zauważył w złotym czepku który mu spadł na oczy i zamknął wzrok tak że tylko własny nos tam widział z czubkiem którym się stawał z kolejną flaszką za pieniądz wyżebrany lub ukradziony bo nie ma w nim kołaczy do pracy. Niezrozumiał nic z życia, którym szedł jak w ciemny las z tą czapką którą niewiadomo czemu urodzony Bóg go wybrał na los jak banany są tacy wiecie dziecie które ma lepiej a niewdzięcznie umie tylko być dla siebie bez wdzięczności i pokory wobec chamów którymi ich nazwał a życie mu z górki obaj w miłości dla jego jestejstwa przyszło stworzyć. 
      Ludzie są chorzy niby wszyscy tylko niezdiagnozowani, chcieliby każdego dziś leczyć tabletkami psychiatrzy byśmy byli posłusznie na smyczy w kagańcach posłusznie poddani.
      Nowy porządek świata. Oni mogą samolotami latać dla nas zielony ład i ograniczenie w cenie diesla i benzyny. Bunt zabity przez ich (Ich z dużej litery bo to nazwa własna tych iluminantów winnych nam spokój i miłość raj na ziemi i wymiatanie ludzi tego świata (światu ale wyrzygana mi w mgle licencja poetica pozwala mi przekręcić słowo albo słowa zmyślać (osobowość ksobna może to nie moja osoba zadedykowana tam nie wiem już sam (dziś nic nie wiem) (czwarty nawias liczę tym razem po piątym zamknę choć nie mam pomysłu co w nim wpisać podpowiedź by się przydała ale w samotności sięgam dna jak dna flaszki i dna jak upadam (według demokratycznego osądu ludzkości ale jednak się przydało to szaleństwo czasem nawet jako bandaż (ha mam piąty nawias myślę i się dzielę tym i piszę w szóstym niestety (może koniec tych w nawiasach dygresji) (po siódmym miałem skończyć bo to blisko Boskości w matematycznej interpretacji Biblijnej narracji) (ale skońćze po ósmym który nie wiem jak się interpretuje jak cztery któtre znaczy śmierć jak u Wieszcza cztery i cztery bo dwa razy zabije) (i zabiłem) (wiem dziewięć) (i dziesieść będzie bo jeszcze myślę że interpunkcję miałem w dupie i nie zamykałęm nawiasów otwieranych a może tak się nie robi nie wiem) (grafomani we mnie wiem piszę by pisać wyżyję się na tle białego tła na forum w internetach ściana tekstu żaden ze mnie pisarz żaden dziś poeta po prostu klikam te litery jak małpa i powstają teksty jak ta ściana która przeraża która oznacza szaleństwo, miałem nie robić tego więcej ale skasowany ef be i insta nic nie dał znalazłęm fora jak socjal media gdzie się piszą wiersze z prawdziwego zdarzenia a nie moje rymowane bardziej lub mniej teksty do czego się jutro nie będe chciał sam przed sobą przyznać i wstydem się spalę żem to wysłał w świat) (ale o czym to ja, jaka była główna myśl, trzeba wrócić myśle sobie przed pierwszzy nawias i nie wiem sam czy po tym chyba dwunastym już do zamknięcia chaosu dygresji nie do przełknięcia oczyma przez czytelnika którego wiem że tu ni ma i nie będzie bo skazany na zapomnienie jak w wizji mistycznej na substancji otwirajającej świat na ten niematerialny na codzień schowany gdzie został mi los pokazany grubasa klikającego w klawiaturę przez życie przechodzącego bez ruchu i bez rozejrzenia się by umrzeć w ogniu słońca bez sensu żył i niezauważony znikł samsara go wyrzuca ale to kara a nie nagorda na ciemnej materii zimnej drodze skończy się jego los tam a to ja bo to moja głowa i na własnych oczach to zobaczyłem a wszystko co widzę dotyczy mnie a wszystko co słyszę mnie dotyczy a świat jakim jest jakim się go widzi to tylko ty w tym to tylko ja widzę świat który goni hajs i pogrąża się w dramatach jak widzi smutek i zło, rój szerszeni zauważam w cywilizacjach jak nasza a to w senniku oznacza wroga (chyba) (i chyba był to trzynbasty nawiast a ten jest czternasty wracam do tego co mówił dwunasty a potem czas wrócić na początek gdzie otworzyłem pierwsze nawiasy (pierwszy nawias ale do ryma myśla mi się tak układać przyszła więc ryma żem ja napisał nie w myśl języka którym żem zaczął władać od rodziców nauczon gdziem urodzon jako Polak za co wdzięczni powinni być czytający wierszów wersów przekaz metafor mgłów rozwiewających umięjący poeci i interpretatorzy bo to język najlepszy do skłądania w rymy metaforów i przekazów dla pokoleń zapowiedzianych przez wieszczów bytów podróżnych wbrew linii śmiertelnych niewybranych dla 27 skrzydlatych z armii Boskiej Trójcy dających możliwości wbrew uczynkom ich i ich podłości piękność nad piękności (a za to co uczynił niech szczerznie w bezimmienym grobie no może z tabliczką tu spoczywa pojeb) (i przestałęm liczyć nawiasy i tylko pamiętam że miałęm wrócić z zapowiedzianych słow do tego co przed pierwszym a potem przed dwunastym ale chuj z tym) (niby ludzie inteligentni mają skłonność do używania przekleństw ale mi się wydaje (a tam mi się to może wydawać a to pewno nieprawda ja kłamca najgorszy zły dla Ciebie CIebie i świata byt) że jednak inteligentniejsze jest powstrzymać się od rzucania kurew i chujów pojebanych popierdolców ze słów nawet w przypadkach najgorszych napotkanych przeszkód zazwyczaj z ludzkich słów myśli i czynów wobec nas)))))))))))))) (to za mało nawiasów ale kto wie ile ich było może ktoś policzy ale nie ma tu odbiorców dla moich szaleńćzych słów wieć cóż wracam do tego co na początku)
      To dla Was
      Pamiętając o paradoksie naszego miasta wiedz że mieszka w nas anioł ale na wadze stojąc równoważy go ciężar diabła na szali 
      Wiem to szaleństwo ale tramwaje i autobusy jeżdżą tu jak chaos bez rozkładu jednocześnie przywożąc pasażerów na miejsce na czas i na miejsce (że się powtórze ale obiecuje jednej nawias i wracam do tego co dla Was)
      Spokój w oku cyklony choć w około wszystko lata jak chaos ponad definicję chaosu
      To jest w nas
      Słońce które daje życie, ciepłem promieni osiem minut drogi stąd w największej prędkości znanej w cyfrach ludzkośći na dziś i w odwrotnej drodze by zabrać życie i kolory które pryzmatem rozbitego w granicy atmosfery naszej Planet Ziemi Matki (nie jedynej wbrew przeszłości która dopiero niby ma być dla pewnych, n ie jedynej matki za co wybacz mi która była przy mnie zanim pierwszy oddech przyszedł, karmiącej i trwającej mi spokojem oceanicznej jedności zanim pierwszy krzyk i płacz i męki dla jej poświęcenia która wciąż jest przy mnie co nie jest dla mnie wbrew czynom i braku słowa Kocham którego się boje moim bez znaczenia (kończę nawias i wracam do Was)
      Gai której odległość od gwiazdy w centrum układu siedmiu czy tam ośmiu planet w tej Galaktyce na Drodze Mlekiem (i miodem oby Wam płynącej) usłanej 
      Gai której czas i miejsce we wszechświecie zauważ dało wyjątek wobec tego co wiemy o kosmosie, wyjątek cudem zauważ jest jakim jest człowiek
      Was pozdrawiam ludzie w tym momencie i zachwyciłbym się życiem gdybym nie był kim jestem kto je niszczył strachem i złem

      Anioł na przeciwwadze diabła może zrezygnować i zostawić miejsce dla kogoś kogo nazwiesz osobą jaka jest podła
      Jesteś miastem w którym rządzi paradoks pamiętaj
      Wszystko ma swój początek w jednym miejscu 
      Jak od jednego słowa 
      Jak od jednej liczby 
      Jak jedność która jest w Trzech Osobach która mogła zachwycić się Sobą i na tym pozostać a jednak postanowiła wykorzystać moc i tchnąć wszystko byś się znalazł, byśmy się znaleźli tu i teraz
      Jest jeden punkt wyjścia dla wszystko co na przeciwnych stronach 
      Dobro i zło wyszło z jednego miejsca więc tworzy jedność jak Yin i Yang tylko bardziej bo czerń i biel zanim powstały były jednym kolorem 
      Dla nas niezrozumiałym
      Jak miłość i strach które pozornie są sobie obce tworzyły jedną całość co może być niezrozumiałe jak jest dla mnie
      Jak czas który nie istniał a potem zaczął zmierzać ku granicom nieskończonym
      A musiałobyć coś wcześniej przecież
      I ten byt jest nie do pomyślenia dla nas jak coś może trwać bez początku i końca i jeszcze się rozszerzać
      Wpadnij w zachwyt pod kopułą nieba 
      Pod opieką słońca
      Pod okiem księżyca i odległych gwiazd ułożonych w horoskopy 
      Pod opieką się miej samego siebie
      I miej innych za tych którzy opieką obdarzeni przez Ciebie będzie Ci oddane w szczęściu niepoznanym jeszcze
      O czym ja pieprze
      Bluźnię
      Mieszam Boga z Diabłem
      Chcę by drugie przyjście Syna na świat ten skońćzyło się porozumieniem z piekłem na chwałę ludzkich dusz na chwałę życia 
      By nie było walki Jezusa z Szatanem
      Tylko (potocznie ale wybacz rym to rym rymowanie mi dziś na zgubę przyszło choć nie wyszło) żeby zbili sztamę
      By zapowiedziane ponowne przyjście na świat Syna było ku porozumieniu i zjednoczeniu ponownym piekieł z niebiosem
      szatanie zrozum proszę że i Tobie będzie lepiej że i Ciebie Bóg wysłucha w modlitwie choćby najprostszymi słowami to Ci się dotrzeć uda do Jego czekającego ucha
      Wiem że Bóg może wszystko i chce dla swoich istot i dla swojego stworzenia spokoju i szczęścia
      szatanie wróć do nieba
      Nie graj fałszywej nuty na skrzypkach
      Nie nieś sztucznego światła gdzie zimna lampa nie daje ciepła
      Zgaś czarny płomień ogniska
      I zobacz ogień Ducha który rozpala w Nas gdy na słowa hymnu odpowiada czynem nam


      KONIEC
      BARDZO PROSIŁEM BY TAK SIĘ STAŁO

      BY TEN TEKST PRZESTAŁ SIĘ PISAĆ

      I SIĘ UDAŁO

      POSTAWIŁEM SŁOWO KONIEC I OTO

      BARDZO PROSZĘ JAK KOŃCZĘ TO 

      NA ZGUBĘ ZACZĄŁEM POST TEN

      MOŻE GDY SKOŃĆZĘ TO...

       

      PS

      TO MIAŁO BYĆ DLA WAS A JEDYNIE BYŁO DLA MNIE 
      I TO JEDYNIE W TRAKCIE BO POTEM I MI TO NIE DANE BĘDZIE

      CHCIAŁEM BYĆ WSZĘDZIE

      JESTEM NIGDZIE
      NISZCZĘ I ZNIKNĘ JAK ZAPADNĘ SIĘ SAM W SOBIE

      ZABRANE ŚWIATŁO ODDANE TOBIE

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...