Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zjadły Cię farby, gdy w czerń wpadły, byś stąpał dnem, przeżuty przez życie, strawiony, wypluty w kanale.


Gdy czarno-biały firmament, oczy uczy jak zło znaleźć, podążając za stadem bierz warte tym razem starannie.


Definicja dobrych zdarzeń spływa w czeluść marzeń.

Gdzieś stojąc w kolejce uwierz, że odzyskasz tętno.


Oddech naszych aniołów chłodem tworzy stos sopel.

Kładzie na potem dotyk tak gładki jak welur, tak piękny jak kolor pasteli.


Miejsce przed nami, treść trzewii dzierżawi na widok spełnień, złotych chwil i uczuć wyprzedanych już.


Spalony krzew i wiersz wyszeptany, promieniem chcą razić, gdy jaźń zmienia formę w nieoczywistość istnienia.


Struktura wytworów na ubój wystawia preludium.
Nic nie gra znów.


Deformacja miasta kolorem wciąż nie skalana jak skała szara lub czarna jako cierpień wariant.


Na deser wiader stos, pełen bolesnych wspomnień
karmi sobą nas, sam stojąc w cieniu światła.

Opublikowano

nie wiem albo nie mogę sobie przypomnieć co do wspomnień może mieć wiader stos

człowiek ułomny się robi i co dzień coraz bardziej nieokrzesany jak trzpiot przy trzepaku

 

i zanim twoich fanów życie przygarbi tych nowych łaski możesz nigdy nie zaskarbić

a życie się toczy jak taczka to w niej się jedzie to warstwa na warstwie się poukłada

 

i rozleniwiasz się w piórka stroisz a przy okazji powoli rozkładasz bo rąk tylko para

a karma na karku się już odkłada szczęściem sprawiedliwie dla wszystkich taka sama

 

Pewnie obśmiejesz, ale co tam, co się pobawiłem, to moje ;)

A Twoje pisanie mi się podoba. Z kubłami oczywiście żartowałem, wiem, że każdy gromadzi swoje.

Jakaś muzyczka do tego jest? Chętnie bym posłuchał.

Pozdrawiam

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...