Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

      Istotne wydarzenia historyczne mające nastąpić na linii czasu… Układ sił geopolitycznych na świecie... Rzeczywistość w jakiej budzimy się każdego kolejnego dnia... Nie są naszym nieuchronnym, nieodwracalnym losem, czy też nieodwołalną wolą możnych tego świata, na którą my szarzy zjadacze chleba nie mamy wpływu… Gdy spojrzymy w głąb historii III RP okaże się że niezliczone warianty poszczególnych rozwiązań politycznych i społecznych, o których na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, mogły przecież i wciąż mogą stać się naszym udziałem… Możemy na nie istotnie wpływać poprzez nasze codzienne decyzje... Naszymi codziennymi decyzjami (i to nie tylko tymi politycznymi jak głos oddany w wyborach parlamentarnych czy prezydenckich) możemy w istotny sposób kształtować rzeczywistość polityczną w naszej Ojczyźnie i na całym świecie… Każda nasza decyzja z przeszłości, inna od tej, którą rzeczywiście podjęliśmy mogła tak naprawdę zrodzić alternatywny świat będący odpryskiem jednej z wielu rzeczywistości… Lecz choć tylko jednym z niezliczonych, odpryskiem ze wszystkich najcenniejszym, bowiem skrywającym w sobie nasz wymarzony obraz dumnej i niezwyciężonej Polski…

 

Rolą powieściopisarza po raz pierwszy próbującego swoich sił w tym pełnoprawnym gatunku literackim jakim jest ,,Historia alternatywna" (zaliczanym zazwyczaj do fantastyki naukowej) jest bycie dla swojego czytelnika przewodnikiem po wykreowanym swoją wyobraźnią alternatywnym świecie…

 

A zatem udaj się ze mną Szanowny czytelniku w alternatywną Historię wykreowaną na kartach mojej powieści, jakże różną od tej, której świadkami byliśmy na co dzień, a różniącą się od niej w następujących kluczowych punktach:

 

- Na kartach mojej powieści wyborów prezydenckich w Polsce w 1995 roku nie wygrywa Aleksander Kwaśniewski lecz Jan Ferdynand Olszewski. Ta jedna polityczna decyzja będąca zarazem wolą większości narodu polskiego zmieniła bieg dziejów całego świata tworząc alternatywną rzeczywistość jakże różną od naszej, znanej z codziennych dni i z ostatnich lat.

 

- W 1996 roku podpisano kontrakt na zakup przez wojsko polskie 60 sztuk samolotów PZL I-22 Iryda, które skutecznie zastąpiły wykorzystywane w lotnictwie morskim przestarzałe posowieckie jednosilnikowe Migi-21 (Jak wiemy w naszej rzeczywistości projekt ten zakończył się kompletnym fiaskiem, jednak na kartach mojej powieści projekt ten zakończy się pełnym sukcesem otwierając przed polskim przemysłem lotniczym szerokie perspektywy rozwoju, czego skutkiem będzie podpisanie w przyszłości wielomilionowych kontraktów z Ukrainą i z Indiami...).

 

- W 1998 roku 110 sztuk przestarzałych, niemodernizowanych latami posowieckich samolotów myśliwsko-bombowych Su-22 zastąpiło tyleż samo najnowocześniejszych samolotów szturmowych typu PZL-230 Skorpion całkowicie polskiej produkcji… Definitywne wycofanie ze służby tych najstarszych samolotów bojowych polskiego lotnictwa zostało wówczas przyjęte przez wszystkich bez wyjątku polskich pilotów wojskowych z prawdziwym entuzjazmem! Entuzjazm ten był tym większy, że przestarzały rozsypujący się posowiecki sprzęt zastąpić miała całkowicie polska konstrukcja pod wieloma względami przełomowa i nie posiadająca wówczas swojego odpowiednika na świecie. Bowiem dzięki zastosowaniu w nim przełomowych technologii takich jak fly-by-wire czy stealth PZL-230 Skorpion niemal na każdym polu bił swojego poprzednika radzieckiej produkcji na głowę! Cechowała go przede wszystkim zdolność do krótkich startów i lądowań na trawiastych lotniskach przyfrontowych, zwrotność, wytrzymałość konstrukcji pod kątem gwałtownych manewrów i oczywiście możliwość wyposażenia w NATO-wskie uzbrojenie. Jeśli chodzi o manewrowość PZL-230 Skorpion także miał definitywną przewagę nad Su-22 (Jak powszechnie wiadomo w naszej rzeczywistości po 1993 roku nowo wybrany rząd zadecydował o przetrąceniu finansowania projektu PZL-230 Skorpion… Jednak na kartach mojej powieści roje podniebnych Skorpionów na dziesiątki lat niepodzielnie zawładną polskimi przestworzami…).

 

- Po wdrożeniu do seryjnej produkcji polskich samolotów bojowych PZL I-22 Iryda i PZL-230 Skorpion tysiące osób znajduje zatrudnienie w polskim przemyśle lotniczym znacząco przyczyniając się tym do zmniejszenia bezrobocia w Polsce pod koniec lat 90-tych i w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku.

 

- Na fali rosnącego w całej Polsce zainteresowania rodzimymi konstrukcjami lotniczymi rzesze pasjonatów lotnictwa i stowarzyszenia zrzeszające emerytowanych inżynierów lotnictwa zaczynają coraz śmielej snuć plany wskrzeszenia anulowanego w PRL-u projektu pierwszego polskiego naddźwiękowego samolotu myśliwsko-szturmowego PZL TS-16 Grot

 

- I tak dzięki dociekliwości polskich historyków niewzruszenie badających tajemnice PRL-u, którym cudem udaje się odnaleźć uważaną za bezpowrotnie zaginioną dokumentację techniczną tego przełomowego polskiego samolotu, na progu XXI wieku przepiękny lśniący prototyp naddźwiękowego PZL TS-16 Grot okraszony promieniami wschodzącego słońca odbijającymi się na jego lśniących skrzydłach, wyprowadzony przez rozemocjonowaną obsługę techniczną na betonowy pas startowy, czekał na młodego chmurnookiego pilota doświadczalnego, który miał dokonać jego oblotu trwale zapisując się tym w najnowszej historii Polski...

 

- Z czasem rokrocznie modernizowane naddźwiękowe polskie ,,Groty" miały okazać się znakomitym uzupełnieniem dla kultowych F-16 ,,Jastrzębi”…

 

----------------------------------------------------------------------------

- Tymczasem w alternatywnej rzeczywistości nakreślonej na kartach mojej powieści Rosja Władimira Putina w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku powraca do porzuconych za Związku Radzieckiego supertajnych projektów naddźwiękowych bombowców nuklearnych i myśliwców przechwytujących dalekiego zasięgu nowej generacji…


- Po pierwszej nieudanej próbie wdrożenia do masowej produkcji supertajnego naddźwiękowego bombowca nuklearnego typu Suchoj T-4 (Su-100) poczynionej jeszcze za czasów Związku Radzieckiego, na progu XXI wieku Federacja Rosyjska rządzona przez nowo wybranego prezydenta Władimira Putina podejmuje kolejną tym razem udaną próbę. Kosztem poważnego nadszarpnięcia finansów publicznych Rosji i większego jeszcze zubożenia mas rosyjskiego społeczeństwa naddźwiękowy Suchoj T-4 (Su-100) zostaje wdrożony do masowej produkcji i wkrótce przyjęty na wyposażenie rosyjskiej armii. Niebawem poważnie zagrozi on bezpieczeństwu wszystkich obszarów posowieckich i prężnie rozwijających się krajów Grupy Wyszehradzkiej.... Przyjęty w liczbie 40 sztuk na wyposażenie rosyjskich sił powietrznych jako element zastraszenia obszarów posowieckich i krajów NATO, ze względu na olbrzymie koszty produkcji, hangarowania, codziennego serwisowania i ciągłego utrzymywania w gotowości bojowej, okaże się de facto niezwykle skuteczną bronią przeciwko... samym Rosjanom! Ponieważ proces jego produkcji wymagał niezwykle kosztownych rozwiązań konstrukcyjnych i materiałowych (W tym także szerokiego użycia tytanu) wiązało się to  z obcięciem wydatków na rosyjską służbę zdrowia i politykę społeczną, ku niezadowoleniu sporej części rosyjskiego społeczeństwa...

 

- Na osobiste polecenie Władimira Putina wznowiono także prace nad radzieckim myśliwcem przewagi powietrznej typu MiG 1-44, nad którym wcześniej pracę na parę lat kompletnie zawieszono, by po kilku latach ponownie wdrożyć go do masowej produkcji i wkrótce także przyjąć na wyposażenie rosyjskiej armii (By w tej alternatywnej rzeczywistości tak różnej od naszej nie był on jedynie ograniczonym do stadium badawczego demonstratorem technologii lecz pełnoprawnym samolotem bojowym, co jednak spowoduje gwałtowne nadszarpnięcie i tak już rozchwianej stabilności ekonomicznej Rosji, co z kolei będzie miało kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju fabuły niniejszej powieści...)

 

- Na osobiste polecenie Władimira Putina ślepo posłuszni mu generałowie zmuszeni także byli dać szansę czterem prototypom współczesnego rosyjskiego eksperymentalnego samolotu myśliwskiego Su-47 Berkut, teoretycznie charakteryzującego się wysoką manewrowością maszyny przy prędkościach subsonicznych, teoretycznie dającą przewagę w bliskiej walce powietrznej i umożliwiającą uniknięcie rakiet nieprzyjaciela, w praktyce zaś… będącego gorszym myśliwcem od swojego następcy Su-35! (Jednak na kartach mojej powieści w alternatywnej rzeczywistości znacząco różniącej się od naszej przekorny los sprawi że to Su-47 Berkut a nie  Su-35 wejdzie do masowej produkcji i w liczbie 56 sztuk zasili rosyjską armię, co znacząco uszczknie potencjału militarnego rosyjskiego lotnictwa wojskowego jaki znamy z naszej rzeczywistości… Życzyłbym sobie bowiem Szanowny czytelniku by ta moja powieść z gatunku Historii alternatywnej była także przyczynkiem do dyskusji na następujący temat… Mianowicie w jakim stopniu zmniejszyłoby potencjał rosyjskich sił powietrznych, gdyby to właśnie Su-47 Berkut a nie Su-35 wszedł trwale na wyposażenie rosyjskiej armii… Gdyby można było przedstawić tę zależność w procentach, to o ile procent zmniejszyłoby to potencjał militarny Sił Powietrznych Federacji Rosyjskiej? Licząc na wywołanie tak postawionym pytaniem szerszej dyskusji, idźmy jednak dalej...)

 

- Krótkowzroczni, zdeterminowani, ale i skorumpowani rosyjscy generałowie za aprobatą prezydenta Rosji wydają także polecenie wznowienia przerwanych u schyłku Związku Radzieckiego prac nad częściowo nieudanym  radzieckim samolotem pionowego startu i lądowania Jak-41, którego jedyne dwa prototypy niechlubnie zapisały się w historii lotnictwa awarią i katastrofą kolejno w 1987 i 1991 roku.

 

Dajmy zatem teraz właściwy porządek alternatywnemu biegowi dziejów i nakreślmy choć w paru zdaniach główną oś fabularną niniejszej powieści...

 

Ogromne wydatki rosyjskiego rządu na zbrojenia i wskrzeszanie z martwych pogrzebanych u schyłku Związku Radzieckiego projektów naddźwiękowych myśliwców dalekiego zasięgu i naddźwiękowego nuklearnego bombowca, a także rozpoczęty na nowo przez Putina wyścig zbrojeń z NATO stały się z czasem katalizatorem ogromnego niezadowolenia żyjących na granicy ubóstwa mas rosyjskiego społeczeństwa. Początkowo rozpoczęty na nowo przez Putina wyścig zbrojeń został masowo poparty przez szowinistyczną część rosyjskiego społeczeństwa, co wyraziło się w dziesiątkach wieców politycznych i licznych manifestacji popierających ten kierunek polityki rządu. Rosyjska propaganda jawnie i podprogowo także wzywała obywateli do masowego poparcia zbrojeń i militaryzacji społeczeństwa. Także i rosyjscy politycy będący niejako zakładnikami państwowej propagandy i nastrojów społecznych zmuszeni byli poprzeć ogromne wydatki na zbrojenia… Wyjątkiem byli jedynie niekiedy żyjący na granicy ubóstwa rosyjscy rolnicy i robotnicy, którzy na co dzień cierpiąc głód i niedostatek nie widzieli sensu w tak wielkich wydatkach na zbrojenia… Po kilku latach intensywnych zbrojeń, które spowodowały silne tąpnięcie w rosyjskiej gospodarce, rosyjski rząd nadal nie chciał się zgodzić na ukrócenie wszechwładzy oligarchów, podjęcie prób zniwelowania olbrzymich nierówności społecznych, a także pomocy socjalnej najuboższym obywatelom Rosji, wciąż przeznaczając większość środków z budżetu państwa na przemysł zbrojeniowy i rozwój kolejnych prototypów myśliwców i bombowców nowej generacji. W wyniku dalszego, większego jeszcze ubożenia mas społecznych następuje osłabienie pozycji i autorytetu Władimira Putina w oczach Rosjan. Powszechnie znienawidzony prezydent zaczyna gwałtownie tracić kontrolę nad nastrojami społecznymi i stopniowo faktyczną  kontrolę nad państwem. Fatalna sytuacja rosyjskiej gospodarki, pogłębiające się wciąż nierówności społeczne i braki żywnościowe wzmagają nienawiść Rosjan, która koncentruje się głównie na prezydencie…

 

Kroplą, która przelewa przysłowiową czarę nienawiści do Putina okazuje się być jego szalona decyzja o wskrzeszeniu pogrzebanego trwale w zamierzchłych latach Związku Radzieckiego i wprowadzeniu do masowej produkcji radzieckiego eksperymentalnego czołgu ciężkiego, którego prototyp zbudowano jeszcze w 1959 roku o kryptonimie ,,Obiekt 279”. Ten radziecki eksperymentalny czołg ciężki o pancerzu o niespotykanej grubości dochodzącej do 269 mm a w najgrubszym miejscu wieży nawet do 319 mm, o konstrukcji zapobiegającej wywróceniu pojazdu przez falę uderzeniową w przypadku wybuchu jądrowego i o budowie pancerza mającej chronić go przed pociskami kumulacyjnymi na progu XXI wieku był już konstrukcją niezmiernie przestarzałą. Jednak wdrożony do masowej produkcji w posowieckiej Rosji niewątpliwie byłby przysłowiowym kamieniem młyńskim u szyi rosyjskiej gospodarki, który niechybnie pociągnąłby Rosję w odmęty bankructwa. Przeto w tej alternatywnej rzeczywistości dziejącej się równolegle do naszej obwieszczona triumfalnie przez rosyjskie propagandowe media decyzja o wdrożeniu do seryjnej produkcji ,,Obiektu 279” wywołuje apogeum wściekłości u wielomilionowej ludności Rosji…

 

Tymczasem w tej samej alternatywnej rzeczywistości Polska za trwającej przez dwie kadencje prezydentury Jana Olszewskiego (w latach 1995–2005) odnotowuje olbrzymi wzrost gospodarczy... Alternatywą bowiem dla Polski (umiejętnie wykorzystaną) wobec odbudowywania przez Rosję potencjału militarnego równego temu z czasów Związku Radzieckiego jest postawienie na rodzime konstrukcje lotnicze polskich inżynierów i silniejsze jeszcze zacieśnienie więzów z krajami Grupy Wyszehradzkiej! Z jednej strony bowiem wdrożenie do seryjnej produkcji polskich samolotów bojowych PZL I-22 Iryda, PZL-230 Skorpion i PZL TS-16 Grot daje tysiącom osób zatrudnienie w polskim przemyśle lotniczym znacząco przyczyniając się tym do zmniejszenia bezrobocia w Polsce pod koniec lat 90-tych i w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku (Czego skutkiem jest podpisanie wielomilionowych kontraktów z Ukrainą i z Indiami na zakup przez te kraje setek sztuk polskich samolotów PZL I-22 Iryda...) Z drugiej zaś strony trwałe zacieśnienie przez Polskę współpracy ekonomicznej i militarnej z Grupą Wyszehradzką skutecznie chroni nasze kraje przed zakusami Rosji! Niebawem wobec tlącego się z wolna zagrożenia ze strony odbudowującej swój militarny potencjał Rosji, we wszystkich stolicach krajów Grupy Wyszehradzkiej na murach zaczynają pojawiać się wymowne graffiti: V4 FOREVER! Odzwierciedlają one układającą się wzorowo współpracę pomiędzy wszystkimi krajami Grupy Wyszehradzkiej… Bo przecież jakże wiele mieliśmy wspólnych kart historii…

 

Przeto w tym alternatywnym biegu dziejów dochodzi do zapętlenia się dwóch geopolitycznych sytuacji… Z jednej bowiem strony nad krajami Grupy Wyszehradzkiej zawisa katowskim toporem złowrogi cień naddźwiękowych nuklearnych bombowców Suchoj T-4 (Su-100), z drugiej zaś strony nienawiść zwykłych Rosjan do prezydenta Władimira Putina sięga zenitu, co realnie grozi mu obaleniem przez masy społeczne jeszcze przed 2008 rokiem…

 

Na tle tak odmalowanego obrazu alternatywnej historii III RP i Federacji Rosyjskiej naszkicujmy teraz głównych bohaterów literackich, nad losami których wspólnie pochylimy się w kolejnych rozdziałach…

 

Głównymi bohaterami niniejszej powieści są dwaj koledzy jeszcze ze szkolnej ławy, którzy po latach niewidzenia się ponownie spotykają się już w dorosłym życiu. Choć kończąc podstawówkę rozstali się w gniewie, przekorny los sprawił że obydwaj związali swoją przyszłość z lotnictwem wojskowym. Są to instr. pil. Wojciech Matejka, świeżo upieczony wojskowy instruktor lotniczy szkolący młodych adeptów lotnictwa na samolotach typu PZL I-22 Iryda oraz por. pil. Stefan Tekieli, szalenie odważny i zadziorny pilot myśliwców słynący w całej Polsce ze swoich brawurowych i karkołomnych manewrów, latający od kilku lat na samolotach szturmowych typu PZL-230 Skorpion. Jeden jest Polakiem czeskiego pochodzenia, drugi zaś pochodzi z mieszanej rodziny polsko-węgierskiej… Jeden w młodości był wielkim pasjonatem historii lotnictwa, drugi uwielbiał rozczytywać się w trylogii Sienkiewicza i w rozmaitych powieściach z gatunku płaszcza i szpady autorstwa polskich i węgierskich pisarzy… Jeden w dzieciństwie był zapalonym maniakiem komputera Commodore C64, drugi zaś począwszy od szóstego roku życia kiedy to dostał na gwiazdkę swój pierwszy w życiu komputer Atari 600XL był zagorzałym miłośnikiem Atari… Jeden spokojny i zamknięty w sobie zawsze w latach szkolnych zostawał po lekcjach na zajęcia kółka historycznego, drugi zadziorny i łaknący przygód często wymykał się z lekcji na wagary już jako nastolatek goniąc za widmem przygody…

 

Po latach gdy obydwaj związali już swoją przyszłość z lotnictwem wojskowym, ich cechy charakteru ukształtowane w młodości wpłynęły także i na przebieg ich służby…  Podczas gdy instruktor Wojciech Matejka uczy młodych adeptów lotnictwa roztropności i rozwagi w powietrzu, radzenia sobie w powietrzu z nieoczekiwanymi sytuacjami i nagłymi wypadkami, ciągłego doskonalenia techniki pilotażu, por. pil. Stefan Tekieli zarówno na ziemi jak i w powietrzu słynie z licznych kontrowersyjnych zachowań, nietuzinkowego stylu bycia, nonszalanckiego stosunku do otaczającego go świata, częstej samowolki w wykonywaniu swym ,,Skorpionem” licznych karkołomnych manewrów powietrznych, balansowaniu w powietrzu na granicy życia i śmierci, niewyparzonego języka i kwestionowania rozkazów przełożonych, co… Często kończy się dla niego licznymi naganami i karami dyscyplinarnymi, z których ten jednak zdaje się nic sobie nie robić...

 

Gdy już jednak ponownie spotkają się po latach w nie najlepszej atmosferze, wobec zagrożenia dla Polski ze strony rosyjskich naddźwiękowych bombowców nuklearnych typu Suchoj T-4 (Su-100) i pełnoskalową rosyjską agresją, pomimo ich skomplikowanych relacji z przeszłości w tej arcyważnej kwestii jaką jest bezpieczeństwo Polski i pozostałych krajów Grupy Wyszehradzkiej będą zmuszeni połączyć swe siły i zapomnieć dawne urazy…

 

Tak więc udaj się ze mną Szanowny czytelniku w alternatywną rzeczywistość wykreowaną na kartach mojej powieści… Gdzie młodzi lotnicy szkolący się na polskich samolotach treningowo-bojowych PZL I-22 Iryda z czasem stają się najlepszymi pilotami wojskowymi w całej Europie, a roje podniebnych Skorpionów niepodzielnie władają polskimi przestworzami...

 

Czy wprowadzenie do masowej produkcji naddźwiękowych bombowców nuklearnych Suchoj T-4 (Su-100) okaże się tym jednym kluczowym elementem, który pogrąży ekonomicznie i gospodarczo Rosję?

 

Czy Polsce wraz z pozostałymi krajami Grupy Wyszehradzkiej uda się zażegnać zagrożenie ze strony Rosji?

 

Czy polskie F-16 Jastrzębie i TS-16 Groty okażą się wystarczającą bronią  odstraszającą przed użyciem przez Rosję bombowców strategicznych dalekiego zasięgu Suchoj T-4 (Su-100)?

 

Czy uda się przezbroić polskie PZL-230 Skorpiony w najnowocześniejsze NATO-wskie rakiety zdolne przebić nietypowe pancerze czołgów typu ,,Obiekt 279”?

 

Czy może jednak wściekli na Putina Rosjanie obalą go jeszcze przed 2008 rokiem pozbawiając prezydentury?

 

Szukając odpowiedzi na te pytania zanurzmy się wspólnie w kolejnych rozdziałach tej mojej pierwszej w życiu powieści z gatunku ,,Historii alternatywnej” i spróbujmy wspólnie odpowiedzieć sobie na pytanie czy nakreślona na jej kartach moją pisarską wyobraźnią alternatywna przeszłość i teraźniejszość III RP naprawdę mogła się wydarzyć...

 

[Niniejszy tekst pełni rolę wstępu do mojej niewydanej dotąd drukiem powieści z pogranicza gatunków political fiction, Historii alternatywnej i fantastyki naukowej zatytułowanej ,,Irydy i Skorpiony. Lot w alternatywną rzeczywistość". Wszystkie prawa zastrzeżone.]

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Edytowane przez Kamil Olszówka (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Corleone 11 A gdzie tam ukończyłem... prawdę mówiąc dopiero zacząłem...

 

Aktualnie pracuję nad następującymi Powieściami osadzonymi w realiach historycznych:

 

„Samotny posąg w sercu puszczy” ukończona w ok. 95%
„Sen o Wandzie…” ukończona w ok. 8%
„Duch Wandy” ukończona w ok. 10%

,,Irydy i Skorpiony. Lot w alternatywną rzeczywistość" ukończona w ok. 10%

 

Zbiór kilkudziesięciu opowiadań „Gawędy starego Węgra" ukończony w ok. 8%

 

Nie wiem, który z tych projektów uda mi się ukończyć jako pierwszy... Pozdrawiam najserdeczniej!

Opublikowano

@Kamil Olszówka

   Domyślam się, że najpierw uda Ci ukończyć pierwszą ze wspomnianych powieści - z wiadomego powodu. Ale przyszłość pokaże

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

.

   Domyślam się również, że Tobie, podobnie jak mi, przydałaby się dłuższa doba. Taka przynajmniej trzydziestogodzinna ... Jeśli nie siedem razy w tygodniu, to chociaż trzy . 

   Serdeczne pozdrowienia.

Opublikowano

@Kamil Olszówka

   

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Pozwolę sobie dodać to, czego już się domyśliłeś (no, chyba że już wcześniej to powiedziałem): bardzo chętnie przeczytam wszystkie. W postaci książkowej z Twoją dedykacją. 

    Dziękuję Ci i również pozdrawiam najserdeczniej . . 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...