Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Trochę inna wersja dawnego tekstu:)

 

 

Jędza Klejdra wyrywa mechate kłębki włosów, z kopułki szarej biegoczaszki. Całość  przestała właśnie obgryzać, popijając wyciśniętym potem. Z gałkami ocznymi robi w tej chwili : śluummp… a następnie połyka w całości. Przez chwilę wilgotna kulka figluje w przełyku, by chlupnąć gdzie trzeba.

 

Zbiera włosy, gdyż pragnie zrobić  Jaśka, dla różnych celów w potrzebie. Samotna po tym względem tak bardzo, że w samotności samotność odczuwa, ale jurnego kochanka, włochatego wewnętrznie, akurat wyczarować nie umie. Musi zrobić własnoręcznie, w ramach rękodzieła. Albo jeszcze lepiej, żeby ktoś zrobił, gdyż z racji wieku, nie taka znowu chyża. 

 

Nos jej zwisa za podwójne usta, z brodawką na siekaczu.  Obiekt węchowy, przyozdobiony zielonymi guziołkami i trzema dziurkami na odwłoku przednim, stanowi najładniejszą część całości. Gdy jednak coś pożera –– cokolwiek –– to musi go podnosić do góry, by nie odgryźć kawałka.
 
Wiele jeszcze włosogłówek biega w okolicznym lesie. Oddzielenie od tułowia nie stanowi problemu, albowiem podrasowana ongiś przez nią natura, wykształciła  w okolicy: jasny gwint. Żaden nie jest ciemny, po wykręceniu razem z wypustką, zwaną pieszczotliwie: kłaczkołebkiem.
 
Wtem echo leśne zostaje zbudzone do powtórki z rozrywki. Kilkakrotnie powtarza słowa wspomnianej wyżej:
 
–– Vikolasie. W te pędy do mnie.
–– Już jestem o Klejdro. Jam twój uniżony sługa. Co sobie życzysz, o pani?
–– Przytargaj mi tu zaraz, dwa ogromne liście słusznych rozmiarów. Chłopa zrobić muszę, a la kanapkę. Nie na próżno włosy z włosogłówek  darłam –– mówiąc to, wysławiająca słowa, groźnie rusza lewą dziurką od nosa i pypciem na powiece ucha. –– No dalej dalej. Nie guzdraj ciała!
–– Pragnę zauważyć o pani, że jeszcze nic nie uczyniłem. A zatem nie mogę –– jak to raczyłaś pięknie określić –– guzdrać.
–– Miarkuj mowę, ku mnie. Jam pobłażliwa, lecz nie płocha. Przywalić mogę, lub zamienić w co.
–– Pragnę zauważyć…
–– Masz szczęście, że cię lubię… a ti ti ti Vikolku. No więc, przytargasz te liścia, czy chcesz być cuchnącym bobkiem?
–– Jak już to liściem bobkowym wolałbym, o pani.
–– Czyli Laurą?
–– Już biegnę!
 
Po szybkiej chwili, pieszczotliwie wygnany, wraca z podróży po chaszczach leśnych. Taśta za sobą dwie zielone płachty. Żyły prześwitują przez powierzchnię, ale nie Vikolcia, jeno obszarów zielonych. Faktycznie duże są, gdyby przyrównać do podobnych, ale mniejszych. Krople potu spływają tachającemu, przeto taplać łapy musi w słonym strumyczku. Żaba dostaje grudką soli po wyłupiastych oczach i właśnie gryzie go zębatym kumkaniem.  Rechocze zajadle, lecz niewyraźnie, wczepiona w miękkie ciało podkolańskie.

 

Wierny sługa rzuca liście przed swoją panią, a żabę głęboko w las. Ta dostaje skrzydeł i odfruwa z tego całego pomyleństwa, radosna i czerwona z wysiłku, wreszcie swobodnie śpiewając.
 
–– Vikolasie. Kładź mi zaraz liść na polankę. Legnę na nim, a ty złapiesz mysz. Będziesz ją trzymać blisko zielonego materiału, pyskiem do dołu i przyduszać raz po raz. I tak z nią pochylony, obrysujesz mój kształt, a ona wnerwiona na ciebie wygryzie ścieżkę, bo nożyczek brak. No chyba, że nie brak.
–– O pani. Oczywiście, że nie brak. Wystarczy puknąć w pień i usłyszymy: dzyń, dzyń.
–– To mogłeś powiedzieć. Po co tłumaczyłam?
–– Będzie na później. Gdyby ktoś ukradł.
–– Niby kto?
–– No chociażby… Bigoś.
–– Ten olbrzym podobny do głąba, z brakiem rozumu w środku?
–– O pani. Kiedyś rzekłaś, że przystojny.
–– W chorobie coś majaczyłam
–– Tak pani. W chorobie.
 
Wszystko przygotowane. Dwa rozłożyste liście w kształcie wdzięków Klejdry, leżą na ziemi wśród rosochatych grzybów. Jeden na drugim. Tylko niezupełnie. Namiętnością stęskniona, włożyła między nie, kiście włosów powyrywanych z biegoczaszek. Nie wszystko może wyczarować. A szczególnie uczuć. Tego nigdy nie potrafiła. Coś jednak umiała, w latach świetności. Zostały z tamtych czasów i teraz  samoczynnie rozmnażają niektóre umiejętności.

 

Roślinne zwierzątka, z łebkami wkręcanymi w korpus, stanowią głowę, ręce i nogi. Jest jeszcze malusienka gałązeczka, zwisająca między kończynami, choć nie zawsze. To bardzo istotny szczegół, gdyż w przeciwnym wypadku biegających roślinek, by nie było. Hodowla owych przebiega bez zakłóceń. Dosłownie też. Najlepiej smakuje część z główki obgryziona, a tzw: włosy stanowią puszystość i miękkość. Reszta biega bez kwiatka na górze, przeważnie tam, gdzie pada deszcz. Oczu nie mają wykształconych w żadnym kierunku, więc nie ma w nich lęku, że gdzieś nie trafią.
 

A zatem zawsze nie trafiają, tam gdzie chcą.
 
–– Vikolku drogi. Dżdżownice sznurkowatą złapałeś?
–– Tak pani. Mam jednak obawy,  że może być za krótka.
–– Nie sądzę. Patrzę i patrzę, a końca nie widać.
–– Chyba dlatego, że w ziemi część schowana.
–– To wyciągnij całość.
–– A jak splecie supły, nieznośnica jedna, to co?
–– Zaczynaj. Zobaczymy co będzie.
 
Śllluuuup… wyciąga całą. Niesplątaną,  lecz  go ugryzła. Żaba odleciała w las, ale spuścizna intelektualno-gryząca, fruwać nie potrafiła.
 
Liściowa kanapka w kształcie Klejdry, potrzebuje jedynie zeszycia na pokracznym obrzeżu. Dżdżownica sznurkowata, rzyga jak mops, gdyż Viko obszywa jej ciałem na okrętkę. Długość szycia kończy niebawem, a wystającą resztę zjada obszywający, żeby miał siłę na powciskanie wystających kłaków. Resztę dżdżownicy usypia odorem z ust i sprawa zakończona prawie. Nagle słyszy wrzask Klejdry:
 
–– A tam kto łazi z prostokątem w łapie?
–– Gdzie, o pani?
–– Jak to gdzie? Przy tobie. Jasia mi podeptał głupek jeden i sobie maszeruje jakby nigdy nic, wpatrzony w ten pierdołek.
–– Ach ten. To człowiek. A ten prostokąt, to smartfon.
–– Smarki?
–– Smartfon. Ośmielę rzec informacyjnie, że tyś o pani w latach młodości, otwarła różne szczeliny do światów z przeszłości, przyszłości, równoległych, prostopadłych, na szagę, schowanych w strunach i innych.

 

–– Naprawdę ja? Taka byłam zdolna? On mnie widzi?
–– Sądzę, że raczej nie. Już by uciekł.
–– Pozazdrościł by mojej urody.
–– Właśnie. Za chwile i tak zniknie w wychodku.
–– To tam też muszą?
–– Wychodek to przejście, w te i wewte.

 

Po końcowym rzygnięciu dżdżownicy,  powstaje leżący, podeptany nieco i wypchany roślinnym włosiem, Jasiu. Pozostają jeszcze do zrobienia gałki oczne z cukrowych szyszek, oraz utwardzenie szczegółu. W zasadzie nic więcej Jasiu nie potrzebuje. No chyba, że trochę rozumu. Jędza skrawek swojego mu właśnie użycza. Porozumienie będzie łatwiejsze. Chociaż pewności nie ma i właściwie, po co? Nie o to biega.
 
***
 
Jestem Bigoś. Moja miłość do Klejdry większa z każdym spojrzeniem. A ja razem z nią. Muszę do niej pójść. Poproszę ją, żebym jej wybaczył. Żywię nadzieję czymkolwiek, że na pewno na to pójdzie. Ona wciąż o mnie myśli, tylko ostatnio coś za mało. Zaczęła myśleć o jakimś: kurduplu Jasiu. Jego wnętrze to kupa kłaków. Jak można kochać włochaciznę? Zaplątać umysł w taką miłość. Ja mam przynajmniej jakiś wygląd. Od ziemi, po sam czubek. Marzę o tym, żeby ją przytulić.
 
–– A tyś kto? Czemu nic nie mówisz?
–– Bigoś. Jam mysz, com Jasia wygryzła. Tylko ty nie pytasz o mnie… tak?
–– Ktoś tu idzie i główkuje.
–– To jeno autor pisze głupawy tekst –– wyjaśnia Bigoś. –– Pozwólmy mu przejść do Wychodka. On nas nie widzi chyba.
–– Ma fajną czuprynę. Wyrwę mu kłaki. Drugiego Jasia można by zrobić.
–– Nie radzę. I nie wspominaj mi o konkurencji, o pani.
 
***
 
Cały las trzeszczy w posadach, a w nim wszystkie drzewa. Gałęzie trzeszczą pod nogami, szczególnie te połamane, które spadły. Krasnoludki spieprzają do grzybów, zabierają najbardziej potrzebne rzeczy i spieprzają dalej. Co jakiś czas słychać dudnienie i widać ciemną powierzchnie na tle chmur i koron. To podeszwy skórzanych butów z przyklejonymi nadepniętymi.
 
To Bigoś biegnie miłością otumaniony. Niestety, jest coraz mniejszy. Traci nadzieję, mimo że niszczy zielony las. Ale i tak jest duży. Większy nawet lub jeszcze bardziej. Nieustannie marzy o ukochanej Klejce, jej zwisającym nosie, podwójnych ustach… ale o Jasiu marzy inaczej. Chociaż też go pragnie przytulić.
 
***
 
–– Vikolku. Spójrz jaki on ładny. Ten mój Jasio. Duży taki jak ja. Patrzy na mnie. Nawet myśli podobnie. Tyko oczy sklejone ropnie. Czyżby śpiący był? W takiej chwili?
–– Nie jestem śpiący, tylko upał tu. Oczy mam z cukru. Ściekają mi… ale tyś piękna.
–– No ba. Wiem co mówię… to znaczy: ty mówisz. Pójdźmy w głąb lasu. Vikolas popilnuje dobytku. Tyś we mnie zakochany. No powiedz. Chcę to usłyszeć.
–– Nie ma ust –– wyjaśnia Viko.
–– Przecie przed momentem gadał!
–– To nie on. To ten pan robił sobie jaja.
–– Vikolciu. Jaki pan? Jakie jaja?
–– No czasami wnikają za bardzo. To taki jeden z kabaretu. Już go nie ma.
–– Mój ty Jasiu kochany. Zaraz dokleję ci usta.
–– Byle nie z cukru, bo znowu zliżę owłosionym językiem.
–– Vikolciu… mówiłeś, że nas opuścił ten niegrzeczny pan z tabletu.
–– Tylko zakrzyknął z Wychodka... skąd znasz takie słowo?
–– Z czasów młodości. Mało tu różnych łaziło.

 

Epilog

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

1→Jasiu po przylepieniu ust, przewidział na oczy.
2→Zwiał do lasu.
3→Nie mógł biedak zapomnieć wdzięków.
4→Szybko zrezygnował z powrotu.
5→Bigoś złapał Jasia, rozpruł go i wyciągnął.
6→Akurat przechodził fryzjer ze świata prostopadłego i zabrał trochę  Jasia. Zarobił na peruce.
7→Czarownica Klejdra poszła za nimi. Zobaczyła Bigosia i powtórnie przylgnęła miłością.
8→Bigoś też. Duży był.
9→Zapytała Bigosia: „Co zrobiłeś z Jasiem’’
10→Odpowiedziała resztka  Jasia: „Moje wnętrze, jest teraz  peruką’’
11→ Dodał Vikolas: „No to fajnie. Pies ich drapał. Wreszcie trochę spokoju”
12→Namiętnie rzekła Klejdra: „Ciebie wielkiego będę pieścić i tego tam, a ciebie: czochrać”.
13→Ze Świata Ukośnego nadleciał statek ze znajomymi obcymi i wylądował na wszystkim.

 

14→Po chwili odleciał  i zagiął czasoprzestrzeń, ale Wychodka – między – nie spłaszczył. Obcy wysiedli jak stali na cokolwiek. Przypadkowo zgarnęli staruszkę razem z zebrą, z przejścia dla pieszych, w innym świecie. Pospołu z obcymi, przepchnęła rakietę na drugą stronę Wychodka. A właściwie tłukła ich parasolem, dla większego pośpiechu. Paliwo zużyli na powtórny manewr zagięcia. Upiekli zebrę. Sam czarne paski, tylko zostały.
 
***
 
–– Czułek! Zerknij tam. Widzisz?
–– Cholera jasna. To Klejdra i reszta.
–– W każdym świecie, można ich spotkać.
–– Czy oni nas widzą?
–– Oby nie! Jeszcze by chcieli tu zostać.
–– Lepiej zwiewajmy do Czarnej Dziury, poza horyzont zdarzeń. Tam ich raczej nie spotkamy.
–– Nie byłbym tego taki pewien.

–– Cholera! Hamuj! Auć !!
–– Za późno. Stuknęliśmy w Punkt.
–– W Punkt? Ten Punkt, czy jakiś inny?
–– A skąd ma wiedzieć… o jasny gwint. Spójrz.
–– Gdzie?
–– No tam.  Na punkcie siedzi Jasiu!

 

 

 

 

Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Dark_Apostle_ Ten wiersz byłby świetnym wstępem do mrocznego opowiadania grozy. 
    • "Surrealistyczna podróż" /Przerwa między atomami/   Rozszczelnia się nagle tkanka dnia, niepostrzeżenie, bez zbędnego echa. To nie koniec, to tylko prześwit, gdzie grawitacja przestaje pytać o imię. Jesteśmy z wszystkim co posiadamy, w tej szczelinie, której nie widzą oczy, niesieni prądem, co nie zna brzegów, ku pieśniom, co rodzą się z ciszy.   Nie trzeba krzyku, by pękła szklana ściana powietrza. Wystarczy oddech, miękki jak mech na skraju lasu, gdzie czas nie ma zegarka i nic nie musi się zdarzyć. Rozluźnij dłonie. Pozwól, by niepokój spłynął jak kropla deszczu po szybie, którą noc przemywa oczy.   Tam, gdzie jesteś,  i tu, gdzie ja trzymam rytm, niebo ma ten sam odcień spokoju. Wystarczy być. Bez ciężaru oczekiwań, w tej krótkiej pauzie między jednym a drugim uderzeniem serca. Geometria tęsknoty rozpuszcza się w błękitnym kwadracie.   Punkty bez powrotu stają się liniami, które nie pytają o cel. Pamięć to tylko kurz wirujący w snopie światła, które nie ma źródła. Przesiewamy milczenie przez gęste sita, aż zostanie tylko to, co nieważkie. Słowa to tylko cienie ryb płynących pod taflą nieistniejącego jeziora.   Wszystko jest echem, które zapomniało, kto je wywołał. Jesteś kolorem, którego nie ma na palecie. Czekaniem, które przestało liczyć minuty. Pustka nie jest brakiem, jest tylko najczystszą formą obecności. Rozpryskują się galaktyki pod powiekami, atomy tańczą walca w próżni między myślami.   Jestem pyłem, który śni o byciu słońcem, podczas gdy kręgosłup staje się osią świata. Nie ma góry, nie ma dołu, tylko nieskończone "teraz" rozciągnięte na ranie czasu. Cisza wybuchła supernową w pokoju. Wypijam mrok zamiast herbaty, czując na języku smak miedzi i gwiezdnego wiatru.   Wszystkie mosty stały się horyzontem zdarzeń. Nie szukaj mnie w słowach. Szukaj mnie w przerwie między atomami, tam, gdzie muzyka sfer gra solo na nerwach. Jesteśmy tylko wibracją w wielkim nic, które jest wszystkim.   Zegar wykrwawia się białą farbą na podłogę, z której wyrastają szklane żyrafy o oczach z bursztynu. Twoje imię, wymawiane wspak, zamienia się w klucz do drzwi, których nie ma. Śpimy na grzbietach wielorybów płynących przez piaski pustyni, podczas gdy nasze sny szyją ubrania dla wiatru.   Wszystko jest już napisane w powietrzu, zanim pomyślisz, że w ogóle jesteś. Zgaś światło wewnątrz myśli. Słyszysz? To tylko my, stajemy się światłem, zanim zdążymy o tym zapomnieć.   -Leszek Piotr Laskowski 
    • @KOBIETA Żartujesz  Jeśli tak odebrałaś przepraszam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Nie pierwsza mówisz, że  mam idiotyczne żarty.  Pozdrawiam 
    • @KOBIETA Och,cóż za odbiór.  Jeśli tak odebrałaś przepraszam.  Kobiece czytanie intencji... to spory problem 
    • @Jacek_Suchowicz

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...