Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

@violetta nie muszę tam być, trzeba do cholery myśleć, bo to jest przerażające, że w obliczu wpadnięcia Polski w łapy putina, bo to nam grozi, jeśli pisobolszewia dalej będzie przy władzy czy inna (kon)federacja rosyjska wejdzie z nimi w koalicję, są tacy, co się zastanawiaj, myślą, dumają etc...

@violetta u mnie w robocie też jest dużo Ukraińców, Białorusinów, niech sobie będą, my też szukaliśmy w latach 80. schronienia w Niemczech czy gdzie indziej na zachodzie

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

Czytaj z pełnym rozumowaniem i przestań myśleć stereotypami, słowem: masz kompletnie wyprany mózg - będę głosował na Mateusza Morawieckiego, nie należę do żadnego stada dwunożnych ssaków agresywnych, a ludzi z tożsamością, życiorysem i odruchami człowieczeństwa traktuję jako jednostki personalne, wiesz może, że rząd ma w planach utworzenie ogromną sieć polskich supermarketów? Właśnie: w celu zahamowania inflacji i non stop sztucznego podkręcania cen - wyrugowania z polskiej ziemi obcego kapitału, który właśnie doprowadził do takiego stanu, jeśli wybory wygra twój ulubieniec - Donald Tusk - będzie jeszcze gorzej - będziesz musiała pracować za marne grosze jako niewolnik bez jakichkolwiek praw i to też już było - to nic innego jak praktyka błędnego koła, używając metafory: przeciąganie włókna na własną stronę.

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Somalija

 

Niestety: doskonale znam prawo administracyjne i karne, dlatego nie potrzebuję żadnego tam adwokata, tylko: prokuratura, otóż to: mieszkam sam, oszczędzam wodę - kupiłem dwie miski i zawsze zakręcam wodę obok licznika, jak dotąd: co pół roku niedopłata wynosiła około 400 zł, a teraz nagle mam zapłacić 2000 zł - skąd taki potrójny wzrost? Wygląda na to - jakby w moim mieszkaniu mieszkało pięć osób lub muszą zapłacić za cały blok, podejrzewam: jest to tylko i wyłącznie decyzja polityczna - podobna do bezprawnego wyrzucenia mnie na warszawską kostkę brukową przez Hannę Gronkiewicz-Waltz - kilka lat temu, bardzo mali ludzie na wysokich i odpowiedzialnych stanowiskach grzeją sobie dupy po znajomościach (nepotyzm) i z góry patrzą na takich jak ja - taka jest bolesna i okrutna prawda.

 

Łukasz Jasiński 

 

@violetta

 

Lepiej idź do szkoły lub do kościoła, oczywiście: gdybym sam własne życie zmarnował - wziąłbym za to odpowiedzialność, niestety: mam czyste sumienie i nie będę brał odpowiedzialności za to - czego nie zrobiłem i nie próbuj mnie zmieniać i wpływać na moje decyzje, jako osoba egoistyczna, antypatyczna i narcystyczna nie masz żadnego pojęcia o życiu - realnej rzeczywistości, jak wynika z twoich wypowiedzi: nie interesuje ciebie moja osoba, tylko: moje życie - w jakim celu? Otóż to: sama robisz tutaj propagandę polityczną... Ręce opadają, dzieciaku...

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Łukasz Jasiński uczę się języków :) miałam na wiosnę dopłatę za energię 2 tys, bo ceny zwiększyły się, nie robiłam z tego problemu, ucieszyłam się, bo Bóg opłacił:) wzrost cen nie może zaburzać moich nastawień do życia, które kocham. Wszędzie na świecie jest drogo, trzeba umieć zarobić, a do tego jest potrzebna tylko nauka i chęci:)

Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

Nie mieszaj w te sprawy "Boga" i przestań być pasożytem, gdybyś pracowała - nie miałabyś żadnych problemów, a tak to - jestem pod presją, abym pracował i utrzymywał takie osoby jak ty, natomiast: w sprawie Mateusza Morawieckiego nie zmienię zdania - nie ignoruje on ludzi takich jakich ja, nawet przeczytał mój esej: "Tajne Specjalnego Znaczenia" i zmienił politykę w sprawie Ukrainy, zresztą: polityka to bezwzględna gra interesów, jeszcze jedno: kościoły w Polsce są puste, bo: w Polsce nie ma katolików według wizji biurokratów z Watykanu - w Polsce istnieje ludowy katolicyzm, słowem: jest to synteza pogaństwa i katolicyzmu - Polacy zawsze mieli, mają i będą mieli ścisłe związki ze Świętą Matką Natury, dlatego też: protestują przeciwko nagrodzie w Watykanie za niemiecki gniot propagandowy Agnieszki Holland - "Zielona granica", dokładnie: Mateusz Morawiecki realizuje ideę Romana Dmowskiego, przy okazji: proponuję zacząć czytać książki Feliksa Koniecznego, to nie jest tak jak myślisz: Zygmunt III Waza i jego syn popełnili strategiczny błąd podczas rządów w Moskwie, a wiesz dlaczego? Realizowali plan Watykanu i przyszły car Zygmunt III Waza nie chciał zmienić "wiary" na prawosławie i nadal pragnął korony szwedzkiej - nie widząc zagrożenia ze strony Turcji i Kozaków (Ukrainy wtedy nie było, a prawidłowa nazwa to: Ruś Kijowska), strategiczny błąd popełnił również król Jan III Sobieski - nie powinien pomagać Wiedniu - doprowadził on do osłabienia Rzeczypospolitej Obojga Narodów i rozbiorów, powinien raczej walczyć z wrogami - z Rosją, Austrią i Prusami, nomen omen: Turcja miała takich samych wrogów jak Polska, niestety: interesy Watykanu były najważniejsze.

 

Łukasz Jasiński 

 

@Somalija

 

Wiem, tylko, że ja nie mieszkam w przedwojennej kamienicy, tylko: w powojennym bloku, który należy do zasobów samorządowych i nie mam własnego mieszkania, a umowę najmu na pięć lat - lokal socjalny, wiesz, że nie mogą mnie wyrzucić? Muszą najpierw złożyć wniosek do sądu i to sąd decyduje, a nie administracja i ewentualny komornik, niestety: to ja mam dowody złamania prawa - oni nadal tkwią w mojej przeszłości i nadal próbują wyłudzić ode mnie "dług" - tak działa ten zakulisowy system - żebracy i złodzieje na wysokich stanowiskach, oczywiście: uważają, iż są wyżej w hierarchii i są mądrzejsi ode mnie, to: dlaczego nie okradają bogatych?

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@violetta

 

Nie, mam wszystko opłacone i to wy, wychowane jako bezmózgowe barany - bezrobotni niewolnicy - ciągle kombinujecie, kombinujecie i kombinujecie, natomiast: "Bóg" - on jest z kolei zwyczajnym gównem, bo: "Bóg" to według ciebie "Mąż" lub "Ksiądz" lub "Sponsor" lub "Góra" - taka jest bolesna i okrutna prawda, słowem: kręcisz się jak przemądrzała zakonnica według własnej dupy, ojej, według własnego nosa, jasne: traktujesz mnie według własnej miary i nie możesz wejść na mój poziom - spojrzeć na życie z mojej perspektywy, tak: dokumenty (dowody złamania prawa dałem mamie i mama poszła do administracji - niech wezmą odpowiedzialność za to - co zrobili i niech przestaną jak niedojrzałe emocjonalne dzieci własne problemy przerzucać na osoby takie jak ja - bez problemów).

 

Łukasz Jasiński 

 

@Somalija

 

Nie, pani Agnieszko, nie będę spłacał obcego długu i nie będę pracował, jeśli już: to obowiązkiem administracji jest wymiana licznika - miała być we wtorek i ten gówniarz nie przyszedł, jeśli jesteś taka pewna: to sama znajdź mi pracę, naprawdę, znajdź, zobaczysz...

 

- A po co panu praca? Przecież pan ma rentę socjalną...

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Somalija

 

A co? Kiedy ktoś mi pluje w twarz, a ja mam udawać, że to deszcz pada? Ona nie jest problematyczna, wręcz przeciwnie: chora psychicznie i już wszystko jasne: inspektor z administracji był zaskoczony i dał mamie numer telefonu do hydraulika - mama mi pomoże, nie będę już pisał wierszy, nie będę pracował i będę robił co chcę - to jest moje życie! Jeśli ktoś ma problem z własnym życiem - niech sam rozwiązuje własne problemy, powtarzam: jestem po trzech legalnych pracach i mam doświadczenia zawodowe - nie będę pod pantoflem lub obcasem, niektórym zależy na tym, aby mnie wypluć z systemu i wrzucić na wolny rynek - do wyścigu szczurów i gdzie wtedy wyląduję? Zrozum, doskonale znam realny świat - miejsce żebraków i złodziei w białych kołnierzykach powinno być na ulicy, a nie na wysokich stanowiskach po znajomościach, poza tym: ona obniża mi poziom intelektualny i poczucie własnej wartości.

 

Wiesz, że już wszystko w życiu miałem? Dlaczego po raz kolejny mam zaczynać wszystko od samego początku? W moim wypadku jest to samobójstwo, miej trochę wyobraźni, a są właśnie ludzie, którzy tego pragną, moje talenty artystyczne może na przykład wykorzystać jakiś reklamodawca, dziennikarz lub osoba bez jakichkolwiek talentów, sęk w tym: najpierw umowa o dzieło - kasa, oni, niestety: chcą wszystko za darmo lub na wyłączność - czy to nie jest pasożytnictwo? U mnie już nic a nic nie ma za darmo i na wyłączność - o mojej własności intelektualnej tylko i wyłącznie ja decyduję - nie jest ona na sprzedaż, dajmy przykład: ktoś potrzebuje sentymentalnej rymowanki na święta bożonarodzeniowe, podpisujemy umowę o dzieło - opłata i już dzieło jest gotowe i zawsze trzeba przypominać - Autora:

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Somalija

 

Zacznijmy od od tego: mam średnie zawodowe wykształcenie - jestem komputerowym składaczem tekstu - poligrafem, mam również egzamin dojrzałości - maturę i zostałem wychowany w sposób iście patriotyczny - w konkursie o wiedzy - o symbolach narodowych zająłem drugie miejsce w Liceum Zawodowym, tak: nikomu nic a nic nie zawdzięczam, pracę zaczynałem jako pomocnik u ojca - pomagałem mu na przedmieściach u nowobogackiej elicie intelektualnej - poza miastem w układaniu kostki brukowej na podwórku, oczywiście: była to praca na trzy dni na czarno - zarobiłem dwieście złotych, także: roznosiłem gazety i reklamówki, poważną pracę znalazłem dzięki ukończeniu kursu o samodzielnym poszukiwaniu pracy - było to jednocześnie Biuro Pracy - znalazłem pracę w Zakładzie Pracy Chronionej (samodzielnie i bez żadnych znajomości), potem: pracę w Archiwum Akt Nowych zaproponował mi kierownik działu gospodarczego - Bogdan Latarski - pracowałem jako pomocnik gospodarza i zostałem przeniesiony do biura jako pomocnik archiwisty, dyrektorem wtedy był Tadeusz Krawczak, oczywiście: znałem jego syna - Michała Krawczaka, znałem również Krzysztofa Naimskiego i Miłosza Grabowskiego - teraz z nimi nie mam żadnego kontaktu - wina nie leży po mojej stronie, proszę mi wskazać: gdzie tutaj jest nepotyzm? Nepotyzm: to - wszystko robienie po znajomości, dalej: również sam znalazłem pracę w Narodowym Klubie Libertyńskim - bez niczyjej pomocy, kiedy jeszcze mieszkałem na Czerniakowskiej z nudów zacząłem szukać pracy - już nie znalazłem, nawet: w Urzędzie Pracy...

 

- Po co panu praca? Przecież pan ma rentę socjalną!

 

Według mojej interpretacji: otrzymuję dożywotnie odszkodowanie za utratę słuchu z winy państwowego szpitala, miałem operację na nosie - prawdopodobnie przez źle użytą narkozę, dalej: kiedy zostałem bezprawnie wyrzucony na warszawską kostkę brukową przez Hannę Gronkiewicz-Waltz - przeżyłem piekło zgotowane mi przez dwunożnych ssaków agresywnych, otóż to: pracę w Polsce, także: w Europie - można znaleźć po znajomości lub z nadania politycznego - to też jest nepotyzm, niestety, współczesne pokolenie to kompletne nieroby, uważa, że im się wszystko za darmo należy, a to gówno prawda!

 

Mogę iść do Opieki Pomocy Społecznej i złożyć wniosek, że potrzebuję opiekuna socjalnego i teraz pomyśl, pani Agnieszko, co mi zaproponuje opiekun socjalny? To samo - co teraz robi twoja najdroższa przyjaciółka - Wioletta i wtedy jaka będzie moja reakcja? A ja już nie mam siły to samo w koło powtarzać, więc: zdenerwowany - powiem prawdę w oczy.

 

- Gdzie panie były, kiedy potrzebowałem pomocy? Odesłały mnie panie do noclegowni! A teraz, kiedy mam mieszkanie, to: nagle chcą panie mi pomóc? Nie! Zależy paniom tylko i wyłącznie na moim mieszkaniu i pieniądzach - decydowaniu o moim życiu!

 

I kulturalnie wskażę im drzwi! A na odchodne dodam: wszystko opublikowałem na Polskim Portalu Literackim - proszę czytać i myśleć! Dlatego też, pani Agnieszko, nie zrezygnuję z trzech kont: tego, Datezone i Facebooku, nie mając kontaktu ze światem: zniszczą mnie, wykorzystają mnie i zabiją mnie, pani Agnieszko, przecież pani używa dwóch telefonów - służbowego i prywatnego, pierwszego w pracy do podwładnych, drugiego: do znajomych, nieprawdaż?

 

Łukasz Jasiński 

Edytowane przez Łukasz Jasiński (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @piąteprzezdziesiąte Dziękuję za szczerość 
    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...