Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Matka przychodzi zawsze w nocy, przychodzi dziwnie blada. Wie, że będzie umierać, choć przecież już umarła. Ale jeszcze chodzi i mówi, mimo że skóra jej twarzy zwisa sinymi płatami. Przychodzi i dziwnie się na mnie patrzy, tym wzrokiem trupa, chcąc mi przekazać jakąś utajoną wiadomość z zaświatów. Stoi i patrzy się na mnie, stoi… Stoi. Stoi…. I patrzy się tym wzrokiem strupiałego trupa.

Choć w ostatnim widzeniu starała się to ukryć tak, jak się ukrywa zmarszczki pod grubą warstwą pudru. Nie musisz już, mamo. Nie trzeba. Wiem, że już nic z tego nie będzie. Przepraszam cię. Pójdę na twój grób i położę ci na płycie czerwone róże, zapalę świeczkę. Tobie, ojcu i babci, której nie znałem. Ale zapalę, bo tak trzeba. I postoję w słońcu albo w deszczu, w zimnie albo upale… Ale będę. Tak, będę… Przepraszam cię, ale piszczy mi w uszach. To od ciśnienia. Słyszę szumy i gwizdy. Jakby przekaz z kosmosu od obcej, absolutnie obcej formy życia.

Powiedz, dlaczego mnie wybrali? Ach, tak. przez tę moją niekompatybilność z tym światem. A czy będę kompatybilny z nimi? Nie widzę ich twarzy. Ale słyszę jakieś szumy, szmery i niewyraźne jak w gorączce słowa…

Ciekawe, o czym to. O mnie? Opowiadają moje dzieje? Być może. Opowiadają samym sobie dzieje mojego żałosnego życia. Być może jacyś ichni naukowcy wzięli sobie na karb mój przykład. Ale, dlaczego akurat mój? Przecież jest tyle innych, pięknych…. Wręcz modelowych… Tu nie ma nic. Jedynie pustka i ból. Lodowata otchłań kosmosu. Ja już nie zmuszam do niczego. Kogo? Kogo, kogo… Już nikogo. A czy kogokolwiek zmuszałem do czegokolwiek? Nie wiem, nie pamiętam. Ale już nie zmuszam. Już nie zmuszam….Już nie. Już…

Podchodzę do splątanych w rogu pokoju rur. Żeliwnych. Pokrytych stłuszczoną, odpadającą farbą żeliwnych rur. Widzę, jak się rozchodzą wieńcem pod brunatnym od zacieków sufitem. Widzę, jak falują na nich pajęczyny. I widzę jestestwo jakiegoś martwego życia. Tam coś umarło, mimo że wciąż żyje. Mimo że przychodzi i objawia się srebrne w pełni blasku księżyca. Blade lica i usta. Nieruchome oczy. Mimo że wciąż udaje życie. Mimo że wciąż udaje normalne funkcjonowanie. Takie funkcjonowanie, jak gdyby nigdy nic. Ale to jest przecież nieżywe. Martwe w swojej martwości kamienia. Martwe i lodowate niczym bryła lodu.

 

Podchodzę do otwartego na oścież okna. Wchodzę po stołku na lastrykowy parapet…. Wiatr owiewa moje skronie, rozwiewa włosy…. Jest dzień, środek upalnego lata. Jest jakiś dzień, mimo że przed chwilą była noc. Ale jest dzień. Zatem staję na lastrykowym parapecie i zaczynam błądzić w zakamarkach wspomnień. Szumi wiatr. Rozwiewa włosy… Szumi jak tchnienia mojej matki, która umierała jak ten sen szumiący i tkliwy… Szumi. Szumi mi w uszach… Rozkładam ramiona, robiąc ten jeden, jedyny krok, wpadając w otchłań złudnej nicości…

Kiedy otwieram oczy, mości się wokół mnie przytłumiona zieleń drzew. Za mną nic. Nie ma żadnego okna ani parapetu. Za mną nic. Tu już nikt nie wejdzie. Jestem bezpieczny. Jest tylko przytłumiona zieleń drzew. I szelest liści, ciche skrzypienia dębów, kasztanów. Tu już nikt nie wejdzie…

Tak oto odpoczywam w świetle rozjarzonego dnia. W świetle upojnego lata. Ale tylko ja. Nikt więcej. Bo i nie musi tutaj nikogo być. Nie musi, ponieważ nie zmuszam do niczego.  Nie zmuszam, tak, nie zmuszam.

 

Obraz nieżywej matki zniknął albo przynajmniej mam taką nadzieję, że zniknął. On nie ma tu wstępu. Nikt nie ma tu wstępu. Odczepcie się! Dajcie mi spokój! Nie odwiedzajcie już mnie, błagam. Pójdę sobie tam, gdzie nie ma już nic. Albo jest, tylko niewidzialne. Pójdę sobie. Tak, pójdę sobie… Do kogo to piszę? Mówię? Do nikogo. Bo nie ma już nikogo. I nigdy już chyba nie było. Do kogo to mówię? Wybacz, że mówię nieskładnie i bełkotliwie. Wypiłem trochę i mieszają mi się wątki, epoki i lata. Ja już nie wiem, gdzie jestem. Tu, czy gdzie indziej? A zresztą, jakie to ma znaczenie? Nie ma już żadnego. Bo i kogo to obchodzi? Nikogo. Absolutnie nikogo. Zanurzam się w przytłumioną zieleń szeleszczących, szumiących liści dębów, kasztanów a może i strzelistych topól? Wchodzę w przytłumioną zieleń szumiących drzew. Sam. Sam, jak ten palec drwala. Dlaczego? Bo nikogo już do niczego nie zmuszam. Tak, nie zmuszam do niczego. Odpoczywam teraz, ponieważ niedowidzę. Ciśnienie miażdży mi pulsujące skronie, wzrokowe nerwy… Ja chyba niedługo umrę tym umieraniem nieobchodzącym nikogo.  Jak się umiera w ten sposób? Otóż umiera się po cichu albo po kryjomu. Umiera się i już. Tak, już. To nic takiego. To nic popularnego. To taka prosta śmierć niekompatybilnej z życiem jednostki. Lecz… — właśnie, co lecz? Umarłem? Żyję jeszcze? Chyba jeszcze żyje, bo boli mnie serce. Boli mnie tym ciągłym umieraniem. Tym ciągłym nawarstwianiem się nicości… Żyję, ponieważ czuję i czuję wciąż, choć już nie powinienem przecież niczego czuć.

 

No i popatrz, upiłem się. Nakrzycz na mnie, nazwymyślaj mi. Upadłem i nie mogę wstać. Tak jakoś nie mam siły się podnieść. Ale mam prośbę, nie nachodź mnie już więcej. Ja już nie chcę niczego, po prostu niczego. Tak to już jest, że niekompatybilność jest masakrowana trybami codzienności. A to są tryby nie do zniesienia. Wybacz, ale boli mnie głowa od ciśnienia. Od pulsującej nawały myśli…

 

Starałem się jak mogłem…

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2023-06-30)

 

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Abi wyciągnęła list ze skrzynki pocztowej, a delikatna faktura koperty w dłoniach przywołała uczucie czegoś niemal sakralnego – przesyłka była starannie przygotowana, a pismo tak piękne i precyzyjne, że od razu można było wyczuć w nim emocje nadawcy. List zaadresowano do Noela.

      – Ciekawe, od kogo…? – mruknęła do siebie, obracając kopertę w dłoniach z lekką nutą zazdrości. „Może od koleżanki? A może od kogoś, kogo kocha?” – zastanawiała się.

      Przez głowę przemknęła jej nieoczekiwana myśl: „Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo polubiłam Noela…”

      Łączyła ich niewidzialna więź. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, by wszystko zrozumieć. Takie milczące porozumienie, które nie potrzebowało słów.

      Po powrocie do domu położyła list na stoliku w holu, ale ciekawość nie dawała jej spokoju. Postanowiła jak najszybciej przekazać go adresatowi.

      – Pójdziemy na spacer, co? – zwróciła się do Lisy, a ona natychmiast podniosła głowę, merdając ogonem w odpowiedzi.

      Już od dawna planowała założyć tę piękną błękitną sukienkę kupioną razem z Zoe, ale jakoś nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja. Spotkanie z Noelem wywoływało lekkie drżenie jej serca i zdawało się doskonałym powodem do założenia kreacji.

      Przyjaciółki niedawno były na zakupach i kiedy Zoe dostrzegła w oknie wystawowym to cudo, wykrzyknęła z zachwytem:

      – Koniecznie musisz ją mieć! Gdy Noel cię w niej zobaczy, oszaleje z zachwytu!

      Abi uśmiechnęła się lekko, przeglądając się w lustrze. Już sama świadomość, że Noel zobaczy ją w zwiewnej sukience, a nie w szpitalnym uniformie, sprawiała, że jej serce podskakiwało z radości. Czuła w sobie coś więcej niż zwykłą radość – subtelny dreszcz sugerujący, że zaczyna jej zależeć na tym, by spodobać się właśnie jemu.

      Postrzegała Noela jako sympatycznego, ciepłego i wesołego chłopaka. Nie mogła dokładnie określić, co najbardziej przyciągało ją do niego – czy była to jego aura, dostrzegała podczas procesu zdrowienia i nabierająca powoli pięknych, delikatnych odcieni, czy może po prostu rodząca się między nimi więź. Każde spojrzenie, każdy drobny gest Noela sprawiały, że serce Abi zaczynało bić szybciej, a w jej głowie rodziły się ciche pragnienia.

      Zoe żartowała z typową dla siebie lekkością: „Właśnie tak jest, kiedy się kogoś kocha”. Abi uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc, że jeszcze nie jest gotowa przyznać się do swoich uczuć, nawet przed sobą. Przecież nigdy wcześniej nie kochała w ten sposób – oprócz rodziców, ale to zupełnie coś innego. Klark był dla niej bardziej jak przyjaciel i opiekun, dawał poczucie bezpieczeństwa. Z Noelem czuła delikatną iskrę sympatii, może nawet pierwszy płomyczek miłości, której jeszcze nie odważyła się w sobie odkryć.

      Szła teraz dumnie ulicą, trzymając Lisę na smyczy, a w jej wnętrzu tliło się ciche podekscytowanie. Czy naprawdę zauważał jej drobne gesty? Czy dostrzegał radość, którą emanowała, czy to tylko jej wyobraźnia, podsycana ciepłem emocji? Wszystko wydawało się możliwe, a ona pozwalała sobie na tę subtelną euforię.

      Promieniowała szczęściem i spokojem, każdy krok niósł poczucie harmonii i nadziei. 

      „Tak mogłoby być wiecznie” – pomyślała, pozwalając sobie na krótkie, słodkie marzenie o tym, że świat wokół niej zawsze będzie tak pełen ciepła i drobnych radości.

      Kiedy dotarły do kliniki, Abi poczuła lekkie mrowienie w brzuchu. 

      Pewnym krokiem weszła do pokoju Noela, a jej serce przyspieszyło rytm. Lisa podskoczyła radośnie, witając się z chłopakiem, a potem spokojnie usiadła, obserwując panią z uważnością typową dla swojego wrażliwego charakteru.

      – Cześć, Noel – powiedziała cicho, uśmiechając się, choć nie mogła powstrzymać lekkiego drżenia w głosie. – Mam coś dla ciebie…

      Noel nie mógł powstrzymać zachwytu, kiedy ją zobaczył:

      – Dzień dobry, księżniczko! Co zrobiłaś z moją przyjaciółką?

      – Wariat! Halo, to ja, ta sama Abi – odparła radośnie, siadając przy łóżku.

      – Niby ta sama, a jednak inna… – Uśmiechnął się rozbrajająco.

      Uśmiech Noela był pełen zachwytu, niemal nieziemski. W jego oczach pojawiła się czułość i podziw, jakby zobaczył coś najpiękniejszego na świecie.

      Abi podała mu przesyłkę

      – Zobacz, to może być coś ważnego.

      Patrzyła, jak powoli chwyta kopertę, jak wpatruje się w jej oczy, szukając wyjaśnienia, zanim jeszcze przeczyta słowa adresowane do niego.

      Noel zaczął powoli czytać list, jego wzrok ślizgał się po starannym, pełnym emocji piśmie. Abi stała tuż obok, widziała, jak na jego twarzy pojawia się kalejdoskop uczuć: zaskoczenie, wzruszenie, a gdzieś w tle – delikatna nuta radości i ulgi. Dawno tłumione emocje zaczęły przebijać się na zewnątrz, a każda z nich potwierdzała wagę tego, co trzymał w dłoniach.

      Kiedy przeczytał ostatnie słowa, jego ręka opadła bezwładnie na łóżko, a oczy zaszkliły się. Spod powiek powoli spływały łzy, które łagodnie sunąc po policzkach. Nie był przygotowany na taką wiadomość – wyznanie łączące w sobie skruchę, miłość i nadzieję.

      Widząc jego wzruszenie, Abi pochyliła się nieco, delikatnie obejmując jego dłoń swoimi palcami. 

      Poczuła nie tylko współczucie, lecz także coś głębszego, ciepłego – sympatię, która zaczynała przekształcać się w subtelną bliskość. W tej chwili nie musiała wypowiadać słów, bo wszystko, co czuła, było wyraźnie obecne w jej spojrzeniu, w delikatnym uśmiechu, w sposobie, w jaki delikatnie trzymała jego rękę.

      Noel spojrzał na nią i odnalazł w jej oczach bezpieczeństwo, zrozumienie i ciepło, którego brakowało mu przez całe życie. I choć dopiero odkrywał własne emocje, to Abi poczuła, że ta chwila – ich wspólna, cicha bliskość – staje się początkiem czegoś niezwykłego.

      – Wszystko dobrze? – zapytała łagodnie, a w jej głosie pobrzmiewała troska i subtelna nuta ciepła.

      – Tak… – odpowiedział, ocierając łzy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo dobrze… – Zawahał się, a potem spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem. – Przeczytaj to, proszę.

      Kochany Syneczku.

      Bardzo długo zbierałam się na odwagę, żeby napisać ten list. 

      Nawet nie wiem, czy będziesz w ogóle chciał go przeczytać. Masz pełne prawo podrzeć go i wyrzucić już teraz. Żywię jednak cichą nadzieję, że zrobisz to dopiero po doczytaniu do końca. 

      Tak trudno mi ubrać w słowa to, co czuję. Pragnę tylko, żebyś wiedział, jak bardzo mi przykro. Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak mocno zraniłam Cię swoim nagłym odejściem. Wtedy postrzegałam tę kwestię zupełnie inaczej i najważniejsze było dla mnie moje szczęście. 

      Dzisiaj już wiem, jak bardzo byłam samolubna i obojętna na uczucia innych. Odchodząc od Was popełniłam największy błąd mojego życia, ale czasu już nie cofnę i muszę żyć z tą świadomością do końca moich dni. 

      Nie proszę o przebaczenie, bo na nie nie zasługuję. Chcę tylko, żebyś wiedział, że cały ten czas byłeś zawsze w moim sercu, jako jedyna i prawdziwa miłość mojego życia. Brak kontaktu z mojej strony podyktowany był olbrzymim wstydem za czyn, którego się dopuściłam. Przez te wszystkie lata czułam się niegodna Twojej miłości, ale nosząc Cię w sercu żywiłam nadzieję, że wiedzie Ci się dobrze i że jesteś zdrowy. 

      Już od dawna zbierałam się na odwagę, by nawiązać z Tobą kontakt i pomógł mi w tym sen, który bardzo mnie zaniepokoił. Nie mogłam już dłużej zwlekać. 

      Nie wiem nawet, czy jeszcze mieszkasz z tatą, czy się przeprowadziłeś... 

      Ja nie jestem już z tym mężczyzną. Wynajmuję teraz mieszkanie w kamienicy mojej przyjaciółki Mai, zapewne ją pamiętasz. 

      Jest jeszcze coś bardzo ważnego, co powinnam powiedzieć Ci już dawno temu. Masz przyrodnią siostrę Karin, ona wie o Twoim istnieniu i często pyta o Ciebie. Moim jedynym marzeniem jest, żebyście mogli się kiedyś spotkać, poznać i porozmawiać. Odebrałam Wam tyle pięknych i szczęśliwych lat razem, ale może nie wszystko jeszcze stracone…

      Kocham Cię bardzo

      Mama

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...