Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 

Zawiać egzorcystów i Alias cały,
którzy zbierają do dziś daniny z tac;
pieniądze człowieczych kości w ofierze
pracą — jaką ludzkie dłonie na wierze
opierają z Bogiem swoje istnienie

 

Wychodzi na to, że 'kundelownia' nam
merda Państwu ogonem po kieszeniach,
które zwykli; 
szczerze obywatele
napełniać wam kabzą dla zmian — wy! Cwe...

 

Okradacie Nas, za darmo myślicie,
samochodzikami sobie jeździcie,
a z cudzego życia robicie bajki,
fałsz wkręcając prawdzie w nasze alejki;
żarówkami szkła manipulujecie, 
by z fałszu prawda przypadkiem nie wyszła
na jaw — pieprzy cały czas mgła ubrania,
w białe wprowadza do szarości krochmal,
zapach niweluje, bo ważniejszy szmal

 

Z ludzkich wartości się śmiejecie jak grosz,
jakim po ziemi sypiecie w mróz cieniem,
by nie było ślisko — taka sól z oczu
rozpuści kry, pod którymi tak blisko 

Tak blisko...
Tak blisko jesteście poznania prawdy;
pierwsze kroki stóp zróbcie na resory —
gniazda zniszczcie, bo po głowie te wszy
dużo już wypiły za świat wesoły.

 

Koniec ssania krwi jest końcem drwin z ciała.
Bóg działa w bardzo tajemniczy sposób!

*******************************************************

"Wypędzał diabła salcesonem, teraz buduje pensjonat. ... jak przy pomocy salcesonu wypędził demony z wegetarianki"

 

Odautorska notka:

Od ośmiu wieków sprawdzona formuła 'Alcuina',

nałożona przez Kościół postawiła wysokie wymagania przed egzorcystami:
"winien on być pobożny, roztropny, nieskazitelnie żyjący,

powinien także pokładać zaufanie w Bogu czy Mocy Chrystusa,

nie zaś we własnej sile."

 

Każdy, prawdziwy egzorcysta rozmawia 
z siłami nieczystymi, by zdusić je w zarodku;
co niektórzy najwidoczniej poddali się ich woli,
w zamian otrzymując pieniędzy strumienie 

 

To samo tyczy się lekarzy,

którzy złożyli przysięgą Hipokratesa,

iż nie będą szkodzić pacjentom.

 

Nie piszę o wszystkich, ale o tych pseudo,

dla których najważniejszy jest dochód z ludzkiej krwi i Boga,
jakiego każdy z nas ma w sobie.


Co, zatem dzieje się z etyką?

 

 

 

 

Opublikowano

@Nefretete

Religia i pieniądze to nie jest dobre połączenie. Między innymi z tego powodu ludzie uciekają z instytucjonalnych kościołów do małych nieformalnych grupek, gdzie nie ma dogmatów i kasy. A jeszcze częściej zostają w domu, choć to ostatnie nie jest najlepszym wyborem.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

To! Tak samo można porównać do Mikołaja -:) Wystarczą długie wąsy i broda. Wykreował się zawód, a ludzie zaczęli zapuszczać włosy, kto wie> czy ktoś przypadkiem nie używał jakiegoś środka na szybki porost -:)

Czego ludzie nie zrobią dla kasy, by ją generować... No ooo, taki świat; ale są też inni, którzy z powołania czynią to, co dla nich jest słuszne, prawda? Jedyna obawa jest taka, że coraz mniej takich ludzi jest.

 

Dziękuję za zajrzenie i komentarz.

Pozdrawiam serdecznie!

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Oczywiście zgadzam się z tobą, bo temat religijny kompletnie mnie nie interesuje, natomiast wiara, tak!

Tylko cały szkopuł polega na tym, że ciężko dziś zaufać osobom; podające się za mistrzów opętywania czyjegoś indywiduum, powiedzmy, nie mają stóprocentowych kompetencji, dzięki jakim mogą oszacować tylko swój dochód w zamian za prawdziwą pomoc. Nie mówię tu o sobie -:) Lecz o ludziach, którzy, za pewne korzystają z takich praktyk, i często, po prostu... są finansowo naciągani. To, tyczy się również, w wielu innych dziedzinach, gdzie głównym dochodem jest cżłowiek...

 

Dziękuję za komentarz i pozdrawiam cię serdecznie!

 

 

Parafraza:

Szczerze powiedziawszy, gdybym chciał wyrwać zęba, to zrobiłbym to sam; oplótłbym wokół powierzchni szkliwa nić, której  koniec zawiązany jest na klamce i poprosiłbym pewnie kogoś, by te drzwi z rozmachem otworzył -:) Mnóstwo tu przykładów...

 

Edytowane przez Nefretete (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Choć jestem cześcią systemu, to od niego stronię , jak najdalej, bo dzisiaj cenię sobie wolny czas; owszem pracuję itp. niekiedy udzielam się, jeśli muszę. Sam się wyplułem, byłem szybszy. To, co dzisiaj daje mi radość, to poezja, taniec, spacer po lesie, kitesurfing na pustyni 'Loon op Zand', itp.

 

Dziękuję!

 

Pozdrowienia ślę

Opublikowano

@Nefretete

"Wszyscy zgrzeszyli i pozbawieni są chwały bożej."

Jedynym wejściem do wolności jest śmierć.Choćby nie wiem jak piękny obraz swobody, ktoś sobie namalował. Będzie to tylko sen. Lepszy dobry od złego.

System zawsze Cie dopadnie i wsadzi do psychiatryka lub więzienia według własnego uznania.

Bez kompromisu nie ma życia.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Tak...

To ,co zaznaczyłem pogrubioną czcionką, jest dla mie bardzo ważne, ponieważ śmierć nie jest mi obca...

I z całych sił staram się korzystać z życia, możliwie jak najlepiej.

Każdy system bywa inwazyjny w stosunku do działań ze strony człowieka, który pragnie być wolny;

w tym sęk! Aby nie dać się pożreć. Bo pożarty człowiek będzie manekinem w jednym teatrze zdarzeń, w jakim jego wpływ będzieć mieć stosunkowo mały udział...Dlatego warto walczyć o własną wyspę i ją bronić, by nie zwariować.

Póki kompromis istnieje ( inaczej to wygląda w pięcioletniej samotności, w jakiej jesteś sam sobą Panem) , to dualistyczna perspektywa będzie zawsze garścią nitek, jakie z przędzy przerabiamy na materiał... Ten materiał, to my.

 

Pozdrawiam!

Dziękuję

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Nie mnóż bytów ponad potrzebę   Nie mnóż znaczeń ponad potrzebę    Może jedna jest brzytwa !?        
    • @Robert Witold Gorzkowski   Robert.   świetnie  że jesteś :)   przedstawiłeś nam pean, w którym miłosć przestaje być uczuciem, a staje się zasadą istnienia.   prowadzisz  ją przez język sakralny i erotyczny, scalając ciało z metafizyką w jedno doświadczenie   przemiany .   patos jest tu świadomy i utrzymany konsekwentnie  nie jako ozdoba  lecz jako wyraz powagi wobec słowa. najistotniejsze pozostaje przekroczenie granicy "ja” i "ty” gdzie miłosć jawi się jako akt jednoczenia, oczyszczenia i duchowej integracji.   to poezja bardzo dojrzała, która nie szuka efektu, lecz sensu.   głos poety traktującego zarówno uczucie, jak i czytelnika z nalezytą powagą.     glos piekny i ważny.  
    • @Starzec Trzeba było sporo przeżyć, by tak napisać.  
    • [] Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać.  — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła. Rozejrzał się powoli. — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę. Zapadła cisza. [] Ciemność przylegała do skóry. Okowy były brudne i oślizgłe. Chłód stali palił boleśnie. Było gorąco, a potem zimno. Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty. [] — Zaczynam być ciekawa. — Oszukiwali? Śmiech przeciął ciszę. [] — Witamy, chłopczyku. — To i tak stosunkowo wysoki tytuł. Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład? Głos był wszędzie. — Twój widok. Mlasnął z niesmakiem. — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje. Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy. — Cóż mógłby nam zaproponować? — Ja…  Wyszeptał z trudem. — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj. — Bezpański. — Bezpański… ładnie powiedziane. — Trafnie, przede wszystkim. Uderzył talią o stół. [] — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był? — Za chwi…  — Czego chciały Diabły? Barman przeciął odpowiedź. [] Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak.  — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność. Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się. Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się. — Ryzykować czy nie ryzykować? — Ryzykować? — odezwał się środkowy. — Państwo gotowi? Poprosimy o karty. Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama. — Panowie. Bez tradycji? Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie. Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg. Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę.  — Tradycji stała się zadość. — Powiem. Wykrztusił mężczyzna. — Powiem. Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk. Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał. Zrobiło się goręcej, a potem zimniej. — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii…  — może… — …miłosnej? Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole. Powietrze reagowało na ich głos. — Bo ja… — Bo ty. — Cisza! Powietrze zatrzasnęło się. — Jestem tchórzem. [] — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa. Dziewczyna zmarszczyła brwi. — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana? Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło. — Nie musiało. [] Mężczyzna podniósł głowę. — Panowie pozwolą. Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu. — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać. Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo. Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech. Środkowy głaskał maskę. — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty. Elegancki z trudem powstrzymał chichot. — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same. Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował. — Myślałem, że wszystko ułoży się samo. Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć. — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła. Na stole pojawiła się kolejna z kart. — Dosyć — uciął Środkowy. Głowa opadła w dół. Nie skończył. … [] Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę. — Cholera. Teraz? Barman porwał zmiotkę i szufelkę. Starszy siedział z zaciśniętymi ustami. Młodszy kręcił guzikiem koszuli. Dziewczyna oparła głowę na dłoniach. W barze zrobiło się cieplej. — Co było dalej? Młodszy podniósł gwałtownie głowę. — To nie koniec, prawda? — Nie… nie koniec. []   Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja. — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność. Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie. — Twój ruch. Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął. — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu. Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę. — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka? Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział. Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie. — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej. Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole. — Sprawdzę. Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę. — Pas. Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą. — Skoro pas, to pas. Cisza. — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki. Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy. … Leżał na ziemi. Skulił się. — Nie powiedziałem jej. [] Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło. Zimno wchodziło pod skórę. Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno.  [] Diabły rozkoszowały się oceną. Maski leżały na stole. — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność. Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy. — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste. Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół. — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione.  — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka. Krupier uśmiechnął się. — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić. Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki. []  Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne. Przez chwilę pomyślał, że to… Cylinder nie pozostawiał wątpliwości.  Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię. Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać. — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie. Prychnął. Mężczyzna drżał. Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią. — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy. Podciągnął rękaw. Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej. Opuścił rękaw. — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz? Klęknął. Odłożył cylinder. Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku. Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się. Ramiona opadły. … — Dlaczego? — Nawet my potrafimy mieć nadzieję. Jego oczy błysnęły. — Ty też? — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec. — To nie koniec. — Pomóżmy sobie. Odczuł ciepło słów na skórze. — Czego chcesz? Diabeł uniósł głowę. Patrzył długo. Nie odezwał się. [] Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę. — Przepraszam. Potrzeba. Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro. Wrócił. Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę. — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza. Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę. — Za historię. [] Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił.  Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie. — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę. Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty. — To obelga. Psy przy stole. Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko. — Mam nadzieję, że będzie ostrzej. — Oby. Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera. Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem. — Czekamy… z niecierpliwością. Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta. — Mam mówić dalej? Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast. Wanilia. [] Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość. Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco. Uśmiechnęli się pod nosem. — Nie… Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się. [] — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból.  Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza. —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca. — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja. Wycedził elegancki Diabeł i wstał. Chwycił wieszak i przycisnął do siebie. Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę. Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko. Jego kształt falował. Czas zastygł. Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce. — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna. — …że to było miłe? — Tylko na chwilę. Na stole pojawiła się karta. Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło. Zrobiło się zimniej. Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły. Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu. — Va banque.  Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty. — To nie koniec historii? Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu. W gardle pojawiła się suchość. Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł. Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki…  Nie zrobił tego. — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie. []  Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt.  — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły? Młodszy potarł brodę. — Lepiej nie. — Nie napił się ze szklanki? — On nie, ale ja chętnie to zrobię. Zrobiło się późno.  [] — Moja kolej. Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią. Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku. Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku. — Chodź… przejdziemy się. Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą. [] Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny. — Zamknięte! Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć. — Ale przecież… Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły. [] Znajdował się teraz na peronie. Związany i niemy.  Mógł jedynie obserwować. Ciężar osiadł w piersi. Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki. Oddzielały ich tory. — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole? Warknął, kręcąc przy tym głową. — Klasyka. Nieśmiertelna. Zawył głośno. Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki. Nagle z jednej strony peronu wyszła para. Mężczyzny nie rozpoznał. Ją — od razu. Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę.  Szli blisko, trzymając się za ręce. Szeptali sobie do ucha. W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim. Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg. Ona wsiadła.  W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna.  Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się. Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż. Odeszli w drugą stronę. — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi. Odezwał się w końcu Diabeł. Kolejna para. Kolejny pociąg. [] — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę. Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste… Czy psy zaczną w końcu szczekać? Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób. Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu. — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i… — Pas. — Ja również. Kart nie rozdano. Siedział na krześle. Oddech przyspieszył. — Tym razem, łatwo nie będzie. Zimny głos uderzył go. Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami. Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć. Brakowało mu tchu. Pstryk. Mężczyzna siedział teraz przed lustrem.  Było zakurzone. Milczało. []              
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...