Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Widzę te miejsca i tych ludzi po raz pierwszy w maju 1990 roku. Przyjeżdżam samochodem nad rzekę i stawiam go na łące. Nie wiem czyja-jestem tu bowiem po raz pierwszy. Podoba mi się i już jestem stałym tego miejsca stróżem. Z czasem poznaje człowieka, który przychodzi z krową na tę łąkę, na krańcu której stawiam samochód. Z czasem też, po zdawkowym dzień dobry rozmawiamy. Najpierw o pogodzie, bocianach, rzece. Ta łąka to własność Pana Antoniego.
Pan Antoni jest biednym człowiekiem. Niski, pokurczony, skarlały pewnie już od urodzenia. Głębokie bruzdy na twarzy. Kościste, sękate ręce z krótkimi palcami. Dziwne nogi. Buty od prywaciarza, takie czarne, skórkowe, wiejsko staromodne. Gdy mokro, obszerne kalosze. Te stopy Pana Antoniego zawsze mnie intrygują. Czasem pilnuję się żeby na nie nie patrzeć ale wciąż mnie hipnotyzują. Dlaczego?
Lubię te okolice.
Północne krańce Jury krakowsko-częstochowskiej. Niedaleko stąd rezerwat Węże i góra św. Genowefy-Jury północny ostaniec. Dużo lasów, łąk sporo zwierząt i ptaków. Woda a w niej ryby i raki.
Nasz bohater nosi czapkę maciejówkę-jest zniszczona tak, że nie widać daszka, zlał się bowiem w jedną całość z jej górną częścią. Jedno miejsce wyświecone szczególnie. To miejsce służy do łapania czapki przy jej zdejmowaniu. Z przodu, trochę z prawej strony. Ta czapka jest nieodłączną częścią ubrania Pana Antoniego. Jest na nim i latem i zimą. Zawsze ta sama. Komu Pan Antoni czapkuje, żeby świecił tak to miejsce? Nikomu. Pan Antoni wyświecił to miejsce, gdy poprawia czapkę przy pracy. Widziałem ten ruch. Pewny chwyt, czapka przesuwa się do przodu o malutki kawałeczek, później zdecydowany ruch do tyłu i jeszcze powolniejszy do przodu i już jest dobrze. Ręka wraca dalej do pracy.
Łąka naszego bohatera przylegająca do rzeki to łąka biedna. Krety walczą skutecznie z równością terenu. Pan Antoni je toleruje. Czasem tylko grabiami rozrzuci te ich ziemne kopce ruchem desperackim. Ale jak to zrobi to jeszcze butem potupie po rozrzuconej ziemi, jak w jakimś egzotycznym powolnym tańcu. Tę zawziętość kretów widać wszędzie. Zarośnięte, stare już kopczyki nie poddają się nawet ciężarowi krowy.
Pan Antoni ma przez te cztery lata mojego przebywania tę sama krowę. Jej smutne, granatowe, wielkie oczy błądzą za mną kiedy przechadzam się wokół niej. Ale nie ma w nich niepokoju. Czasami przy jej boku jest jej córka. Pachnąca mlekiem, radosna, piękna. Potem znika. Nie chce myśleć co się z nią stało.
Bohater naszego opowiadania ma dom. Jest to murowany chlew z białego, wapiennego kamienia. Dwa pomieszczenia w nim przerobiono na mieszkanie. Tych remontów nie pamiętam. Prawdziwy dom zawalił się już dawno, bo pozostałości po nim zgarnięto na bok, a w jego miejscu jest ogródek z malwami, pomidorami i całą zgrają chwastów.
Pan Antoni nie ma studni. Wodę czerpie z wąskiego strumyczka, który w deszczowe pory roku płynie tuż obok jego domu. Ten strumyczek przepływa wcześniej przez oddalaną o kilometr, nowobogacką, cuchnącą wieś. Gdy wysycha w upalne lato, Pan Antoni zaprzęga do wozu jakby wyjętego z bajki prawie czarnego konia, który stąpając jak baletmistrz przywozi w niebieskich plastykowych beczkach wodę z rzeki. W wykopanej pod zamieszkałą przez Pana Antoniego częścią chlewu, piwnicy, woda stoi przez cały rok. Nie nadaje się do picia. Jest czarna i śmierdzi.
Pan Antoni jest kawalerem, ma lat 55, a wygląda na 70. Od dwóch lat mieszka z obszerną kobietą, której na imię Dzidzia. Takie dziwne imię wśród kur, kaczek, psa Cygana i wiejskiego bałaganu. Pani Dzidzia nijak nie pasuje do miejsca gdzie jest. Wolałbym widzieć tu samego Pana Antoniego.
Na podwórku stoi jeszcze rozlatująca się w upływie czasu stodoła. Jej czarne deski krzyczą, że musi być bardzo stara. Ozdobą podwórka jest wiejska, podwórkowa, potężna lipa. Gdyby stała w zieleni traw byłaby ozdobą. Tutaj pewnie nie dożyje starości. Pani Dzidzia, która jest tu zaledwie od dwóch lat, wydała już na nią wyrok śmierci. Drażni ją jej aromat.
Dom Pana Antoniego nie leży na pustkowiu. Jest końcem dużej wsi „Za lasem” i liczącej sobie ze 20 domostw. Obok domu naszego bohatera stoi piętrowy, z wysokim strychem, nowo wybudowany dom Będków. Jego wielkie, uzbrojone w firany okna patrzą się bezczelnie na biedne podwórko sąsiada. Śmieją się z tego chlewika przerobionego częściowo na mieszkanie, z tej sczerniałej stodoły, z łypiącego jednym okiem psa Cygana i z samego Pana Antoniego. Pan Antoni ich nie lubi.
- Te Będki to mają księdza w rodzinie – powiedział mi któregoś dnia konspiracyjnym szeptem, chociaż staliśmy samotnie na nadrzecznej łące; - panie, ile oni mieli wszystkiego kiedy był ten cały stan wojenny – kontynuował; - złodzieje jedne! - dokończył.
Pan Antoni nie lubi księży. Nie wyzywa na nich sam z siebie, ale gdy prowokująco poruszam ten temat obrzuca ich niewybrednymi epitetami, mocno przy tym gestykulując. I raz tylko powiedział jak ksiądz „zdarł ze mnie ile tylko mógł” – gdy chował brata. O tym mówił mi ściszając głos, że ledwie go słyszałem.
Pan Antoni cierpi na ból w stopie. Szczególnie kiedy są deszcze nie znacznie utyka na prawą nogę „z bólu panie” - wyjaśnia uprzejmie.
Z tego pewnie powodu, Pan Antoni porusza się po świecie rowerem. Jest to pojazd, jak domyślam się z jego konstrukcji, pochodzący z czasów tuż powojennych. Myślę sobie, że go bardzo lubi. Nie ma na nim śladu lakieru, cały jest taki rdzawy z wytartymi białymi miejscami tam gdzie są ręce i nogi. Zeszłego roku właściciel wyposażył go w wachlarz tylny z aluminiowej blachy. Trochę mnie drażni ten świecący, zrobiony pewno ze starej miednicy wachlarz. Nie jest tutaj na swoim miejscu.
W niedziele Pan Antoni zakłada szary garnitur pochodzący zapewne z początku lat 60-tych. Niemodny i ciasny, sprawia ze jego właściciel wygląda gorzej niż w dni powszednie. Zakłada ten garnitur pewnie z odwiecznego przyzwyczajenia, że w niedziele tak trzeba.
Pan Antoni nie odwiedza w tym garniturze niedalekiego, nowo-wybudowanego, wielkiego kościoła. Nie chodzi tam, bo jak mi kiedyś powiedział „zbyt marnie wyglądam”. Jeździ w nim za to, na swoim, jakby z nim zrośniętym rowerze, po nadrzecznych łąkach, rzucając przelotne spojrzenia na swoją krowę. Zatrzymuje się wówczas niedaleko mnie, układa swój rower na ziemi i przygarbiony podchodzi, by podać mi swoją kościstą, sękatą, starą dłoń.
Nie umie się Pan Antoni cieszyć, może dlatego, że niczego pięknego od życia nie otrzymał. A może cieszy się i raduje, ale ja tego nie widzę za nieprzeniknioną maską pooranej głębokimi bruzdami życia twarzy.
Ale co może go ucieszyć? To że niedawno, gdy odwiedziły go dwie panie z opieki społecznej, oszukał je swoją biedą, chowając do szafy dwudziestoletni telewizor. Od tamtej wizyty telewizor zadomowił się w tej szafie na dobre. Ogląda się go więc otwierając po prostu szeroko jej drzwi. A więc oszukał Pan Antoni te dwie, wyposażone w czarne i cwane oczy baby, bo telewizora nie znalazły.
A może cieszy się Pan Antoni, gdy uda mu się zabić w kurniku tchórza zwyczajnym, brązowym kaflem z pieca?
Nie można dociec czy może się z czegoś cieszyć.
Jest wiecznie jednakowy, przygarbiony, zniszczony, stary - gdy boli go brzuch, gdy zabije biednego tchórza, gdy spojrzą sobie z krową prosto w oczy i gdy wraca rowerem z kamieniołomów, gdzie sporadycznie latem dorabia.
Smutne jest życie Pana Antoniego.
Smutne jest jego życie jak los pracowitego, biednego, samotnego, chłopa polskiego.
Kiedy umrze w ciszy pochowają go na cmentarzu w niedalekich P. , pokłócą się trochę o marną ziemię po nim i zapomną.
A najwierniejsza towarzyszka jego życia, rzeka, bezczelnie podmyje i zabierze kawałek łąki po nim, jakby na złość jej nowym właścicielom.

Opublikowano

Jacku, całkiem miło się czytało. Tym razem bez "bomby" na zakończenie, bo przecież "bombę" nie wszędzie można podłożyć. Zrezygnowałabym z tych podsumowań na końcu (o chłopie polskim), ale ostatnie zdanie jest OK. Pozdrawiam/Ania

Opublikowano

z tą biedą chłopską to istotnie przesadziłem,
ale tylko w wymiarze materialnym,
w intelektualnym i moralnym absolutnie nie,
tylko po co piszę o tym ciepło ?
dziękuję Aniu ; jacek

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...