Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Doktor Smile

 

Doktor Smile naprawdę miał na imię Pierre. Jego nazwisko od dzieciństwa było jego przekleństwem. Było pochodzenia brytyjskiego i we Francji brzmiało śmiesznie. Nasłuchał się w szkole rożnych złośliwości z tego powodu, choć rzeczywiście do niego pasowało. Mlody Pierre był typem wesołka i na jego twarzy prawie zawsze gościł uśmiech. Złośliwości nasiliły się na studiach medycznych. Niemal od początku, choć do zdobycia uprawnień medycznych jeszcze sporo czasu go dzieliło, został „ochrzczony” przez koleżanki i kolegów doktorem Smile`m. Miało to oczywiście zwiazek ze znaną kampanią reklamową pewnego produktu stomatologicznego. Ci co słabiej go znali, nawet nie wiedzieli że na imie ma Pierr. Doktora Smile`a znali wszyscy. Pierr był przystojny i cieszył się powodzeniem u kobiet. Był przy tym imprezowiczem i utracjuszem. Znany był z tego, że nie przepuścił żadnej okazji, aby zaliczyć kolejną panienkę. Wśród studentek zaczęły krążyć legendy o jego talencie i predyspozycjach, do zaspakajania potrzeb kobiecej seksualności. Wiedziano również, że zdawanie kolejnych przedmiotów szło mu wyjątkowo opornie. Był znawcą tematyki ostatnich terminów, egzaminów komisyjnych, itp. Potrzebującym chętnie udzielał rzeczowych porad w tym zakresie. Każdy student uczelni w kłopocie zgłaszał się do niego o poradę. Kiedy Pierr w końcu skończył studia, to fama jego luzackiego podejścia do obowiązków i życia w ogóle ciągnęła się za nim. Zresztą jego podejście do pracy zawodowej w szpitalu, w którym podjął pracę podtrzymywało tą opinię. Często się spóźniał, zdarzało się, że niespodziewanie błagał kolegów o zastępstwo, bo „zabalował” zbyt ostro i nie mógł potem przyjść. Generalnie w pracy był lubiany acz nie cieszył się autorytetem. W związku z tym, w obawie o zdrowie pacjentów, zaczęto odsuwać go od czynności wymagających dużej wiedzy i odpowiedzialności. Miano nadzieję, że kiedyś zwiąże się z kimś na stale i ustatkuje. Przydzielano mu za to zadania mniej ważne, których inni podejmowali się niechętnie. On się przed tym nie bronił.W ten sposób stal się stałym rezydentem przyszpitalnej przychodni, do której przychodzili pacjenci „ z ulicy”, wymagający pomocy doraźnej.

Francję nawiedziła epidemia choroby wirusowej. Generalnie lekarze uważali ją, jako kolejną mutację wirusa grypy. Była bardzo zaraźliwa. Wydawało się, że jest bardziej zaraźliwa od zwykłej grypy. Do przychodni Pierr`a zwaliły się tłumy pacjentów. Jednak objawy były stosunkowo łagodne. Gorączka, katar i kaszel trwały kilka dni. Jedynie w wyniku gorączki, a potem osłabienia chorobą, stwierdzano u większości pacjentów zaburzenia neurologiczne, polegające na rozdrażnieniu i trudnościach ze skupieniem się. Leczenie polegało tylko na podawaniu leków antywirusowych i wzmacniających odporność, a nawet bez leczenia choroba u większości zarażonych szybko ustępowała. Nie powodowała żadnych trwałych następstw.

 

Pierr właśnie przyszedł rano do przychodni i z trwogą stwierdził, że na korytarzu czekał tłum pacjentów. Wszedł do gabinetu i zobaczył, że jego biurko cale zastawione jest kartami. Choć wszystkie dane pacjentów przechowywano na serwerze przychodni, to jednak od czasu poważnej awarii głównego komputera, która miała miejsce kilka lat temu i spowodowała utratę wszystkich danych, kierownik przychodni polecił, aby najważniejsze informacje zapisywać również na papierowych kartach pacjentów.

Do gabinetu weszła pielęgniarka, którą Pierr dobrze znał. Przyniosła mu kawę. Była młoda i ładna, jednak była mężatką dopiero od kilku miesięcy, a w związku z tym była poza kręgiem zainteresowań lekarza, uwodziciela:

 

- Ty, co to ma być?

 

Wskazał wzrokiem na biurko.

 

- Panie doktorze, tylu ich dzisiaj przyszło.

- Tylu, to znaczy ilu?

- No przecież pan widzi: 53.

- Mam dzisiaj przyjąć 53 pacjentów?

- No i co takiego? Jest pan mlody.

 

Pierr włączył na swoim terminalu funkcję kalkulatora.

 

- Podejdźmy do tematu systemowo. Mam pracować sześć godzin, to jest 6 razy 60 czyli 360 minut. W tym czasie przynajmniej raz będę musiał wyjść się wysikać czyli minus 5, to daje 355 minut. Podzielmy to przez 53, to daje ok 6 minut i 40 sekund na pacjenta. 4 minuty i 40 sekund zajmuje mi wpisanie danych pacjenta do systemu i wypisanie recepty. Tak więc, na zbadanie i postawienie diagnozy zostają mi równo 2 minuty.

- No spoko, wyrobi się pan doktorze. 2 minuty to naprawdę sporo czasu. To az 120 sekund. Prawie wszyscy mają grypę.

 

Jak wychodziła z gabinetu, to na jej twarzy pojawił się szyderczy uśmiech:

 

- Proszę się uśmiechnąć doktorze Smile. Najważniejsze: utrzymać właściwy rytm pracy.

 

Zanim zamknęła drzwi, to usłyszała:

 

- Więcej tu dzisiaj nie przychodź, bo cię uduszę.

 

Cztery godziny później.

 

Pierr był już przy czterdziestym pacjencie, był naprawdę zmęczony. Choć karty miał ułożone zgodnie z numerkami, jakie otrzymali pacjenci w kolejce, to jedna z kart była ułożona w niewłaściwej kolejności. Pierr odruchowo przywitał starszą panią, patrząc na imię na karcie:

 

- Witam Marie-Claire. Proszę usiaść, co dolega?

- Przepraszam, ale nie zrozumiałam pana doktora.

- No mówię, że witam.

- A no tak, to jeszcze zrozumiałam, tylko już dalej nie usłyszałam.

- Pani ma na imię Marie-Claire.

- Nie, ciągle nie rozumiem.

 

Pierr popatrzył na nią z ciekawością.

 

- Jak pani ma na imię?

- A no tak, jestem Colette. 

- Colette? Chwila...

 

Pierr spojrzal na ułożone karty.

 

- A no tak, przepraszam Colette, pomyliłem karty. Są źle ułożone.

 

Jednak coś go tchnęło. Drzemiący w nim żartowniś podsunął mu nagle i z nikąd niedorzeczny pomysł. Widział na karcie Colette, że ma 66 lat, ale z głupim uśmieszkiem stwierdził:

 

- Colette, ma pani 68 lat.

- Przepraszam, ale znowu pana nie rozumiem.

- No mówię, że ma pani 66 lat.

- A tak, zgadza się.

 

Pierr, pomimo zmęczenia, natychmiast się ożywił. Jego twarz zapłonęła rumieńcem.

 

- „Co kurde?”.

 

Pomyślał. Wyczytał z karty, że Colette mieszka

w Paryżu na ulicy Rue de Rivoli.

 

- Mieszka pani na Rue de Mouffetard.

- Doktorze, znowu pana nie rozumiem.

- Powiedziałem, że mieszkasz na Rue de Rivoli.

- A tak, zgadza się.

 

Pierr wypisal receptę i Colette wyszła z gabinetu. Postanowił nadal sprawdzać swoje odkrycie. Nie wierzył własnym uszom i oczom. Przy kolejnych kilku pacjentach chorujących na grypę, specjalnie ich oszukiwał i podawał im fałszywe informacje, obserwując z ciekawością ich reakcje. Z niedowierzaniem stwierdzał, że za każdym razem jak ich okłamywał, to ci nie rozumieli, co do nich mówi.

 

- „Przecież to niemożliwe, niedorzeczne, co za bzdury, nie ma takiej choroby”.

 

Myślał. Ostatnia, 53, była młoda dziewczyna. Niestety natura całą swoją mocą sprzeciwiła się jej fizyczności. Była po prostu zupełnie nieatrakcyjna, żeby nie powiedzieć: okropnie brzydka. Pierr spojrzał na nią i diabeł mieszkający na stałe w jego duszy szepnął mu do ucha:

 

- „Teraz idź na całosć”.

 

Z wylewnym uśmiechem rozłożył ręce i zaintonował zalotnie, zdając sobie sprawę z ryzyka:

 

- Ależ piękne dziewczę do mnie dzisiaj zawitało.

 

Dziewczyna popatrzyła na niego dziwnie i zakłopotana powiedziała:

 

- Panie doktorze, przepraszam, ale nie zrozumiałam, co pan do mnie powiedział.

 

 

Nazajutrz.

 

Pierr w szpitalu spotkał swojego przełożonego. Ordynatora oddziału na którym pracował. Jego wczorajszy dyżur w przychodni był na razie ostatnim. Kolejny, najbliższy, miał za trzy tygodnie.

 

- Panie ordynatorze, chciałbym podzielić się z panem swoim wczorajszym odkryciem.

- Pierr, wyrwałes nową laskę?

 

Ordynator zwrócił się do niego lekceważąco.

 

- Ale ja mówię poważnie.

- Co chcesz?

- Ten wirus grypy, który teraz panuje.

- Co z nim?

- Powoduje u pacjentów niecodzienny, nieznany objaw.

- Jaki?

- Nie rozumieją kłamstw.

 

Ordynator popatrzył na niego zmęczonym wzrokiem:

 

- Doktorze Smail, dość tych bzdur, bo każę ochronie przynieść alkomat.

 

Pierr machnął na to ręką. Po kilku dniach o tym zapomniał. Nie wiedział, jak blisko był prawdziwej sławy. Zwykli ludzie się domyślali, gadali miedzy sobą rożne rzeczy, ale nikt oprócz Pierr`a do tematu nie podszedł w sposób naukowy. Ten nowy wirus badany był w trzech renomowanych ośrodkach. Okreslono jego DNA, opracowano szczepionkę, wiedziano, że powoduje dziwne zaburzenia neurologiczne, ale nikt w całej Francji nie wpadł na to, co on. Nie uwierzono mu, bo nie cieszył się autorytetem.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Od autora: Scena pochodzi z mojego dokumentu w Google Dokumenty. Jest on poświęcony moim ćwiczeniom w celu kształcenia warsztatu literackiego. 

      Scena z początku miała przedstawiać spotkanie po latach w kliszowej kawiarni, ale jak widać przerodziło się w trochę innego. Zapraszam do zapoznania się z tekstem :D

       

      Tego dnia Johanne Rosales była wykończona po udzielaniu wielu korepetycji z 

      dziedziny literatury. Jedyną rzeczą, o której w tej chwili mogła myśleć, była dobra kawa, dlatego wstąpiła do miejskiej kawiarni.

      Lokal był wystrojony w ciepłe odcienie żółtego i pomarańczowego. Ozdobiony w stylu dość nowoczesnym, ale z dodatkiem lat dziewięćdziesiątych. Nie było tłoczno. Nic dziwnego – była wystarczająco późna pora, że większość wróciła do domów i zajmuje się osobistymi sprawami. Przy oknie siedziała para w podeszłym wieku. Dyskutowali o czymś zagorzale. Johanne udało się usłyszeć fragment rozmowy.

      – Ja tam go lubię. Wydaje się porządnym gościem – powiedziała z pełnym przekonaniem.

      – Kochanie, ale on jest – urwał.

      – Proszę cię, co z tego, że jest z innego kraju i o innym odcieniu skóry, niż my?

      Johanne poszła dalej, minęła dwójkę osób machających do pozostałych gości. 

      – Już idziemy! Nathaniel, pośpiesz się! – wykrzyknęła dziewczyna o młodzieńczej twarzy, z piegami i zielonymi okularami na nosie.

      – Boże, Sophia. Nie dramatyzuj – odparł. 

      Korepetytorka ruszyła dalej, próbując znaleźć odpowiedni i najlepszy stolik. Wreszcie, gdy dostrzegła go poczuła jak przez jej ciało przepływa dziwna radość. Johanne nie sądziła, że widok takiej prostej rzeczy, jakim jest stół w kawiarni może wzbudzić taką emocję. 

      Usiadła przy nim i poczekała aż kelnerka przyniesie jej menu kawiarni. Kobieta rozejrzała się po sali i dostrzegła, że para która toczyła energiczną rozmowę opuściła lokal. Grupa przyjaciół zaczęli o coś się kłócić. Młoda blondynka rzuciła kawałkiem ciasta w chłopaka, siedzącego naprzeciwko ją i wybiegła z kawiarni. W całej przestrzeni zawiesiła się nieprzyjemna atmosfera. W końcu pozostali wyszli, a Johanne została sama. 

      Kelnerka wyszła zza lady i podeszła do kobiety. Przywitała ją miłym uśmiechem i regułką powtarzaną każdemu gościowi. Osoba, stojąca przy ladzie zwróciła się do kelnerki.

      – Violet, chodź! Twoja mama dzwoni – krzyknęła inna dziewczyna w fartuchu. Machała zielonym telefonem w ich kierunku.

      – Przepraszam, zaraz wrócę do pani. Proszę, oto karta. – Wręczyła jej czarną kartę, która oczywiście zawierała menu kawiarni. Kelnerka zniknęła za czarnymi drzwiami. Podeszła natomiast do niej ta druga pracownica. Wydawała się ją znać. Jej spojrzenie było badawcze, jakby szukała w odmętach pamięci skąd kojarzy Johanne.

      – Dobry wieczór, mogłabym się o coś pani spytać? – zaczęła dosyć słabo, jakby niepewnie.

      – Jasne. 

      – Czy pani nazywa się Johanne Rosales? – spytała, siadając na drewnianym krześle.

      Johanne spojrzała na dziewczynę z lekkim zaskoczeniem w oczach i wykrzywiła jedną brew. Jej wzrok podróżował na ladę, sprawdzając czy nikt nie usłyszał pytania.

      – Tak, to ja. Skąd takie pytanie? Ja pani nie znam.

      – Jejciu, Johanne! Kojarzysz Alexandra Moon?

      Johanne zdawała się odszukać go w pamięci, ale za nic nie potrafiła się go odnaleźć.

      – Niestety, ale nie.

      – W sumie nic dziwnego. Przecież chodziliście ze sobą aż kilka dni. To zaskakujące ze strony Alexa. On to co ledwo miał dziewczynę maks dwa tygodnie. – Kelnerka przyłożyła palec do ust, zdając się być głęboko pogrążona w myślach. – Jestem jego siostrą – dodała chwilę później.

      – A twój brat ma takie bujne, czarne loki?

      – Tak!

      – To chyba zaczynam go kojarzyć. Czemu o niego pytasz? Coś się stało?

      – Nie! – zaczęła wymachiwać rękoma, jakby o coś ją oskarżono – Wczoraj przeglądałam jego galerię w telefonie i natknęłam się na wasze wspólne zdjęcie z imprezy studenckiej. Podpisał je “Moja Johanne”, więc pomyślałam, że może miał poważne plany wobec ciebie.

      – To miło usłyszeć, że był mną oczarowany.

      Ktoś otworzył hukiem drzwi za ladą. Była to Violet. Podbiegła do naszego stolika i zaczęła się szybko kłaniać. 

      – Przepraszam! Nie spodziewałam się, że moja rozmowa z mamą tyle potrwa. Mam nadzieję, że pani się nie gniewa.

      – A skądże! Poproszę jedno espresso. – Szybkie spojrzenie rzuciła na dziewczynę, siedzącą z nią – Nie, poproszę jednak dwie. – Uśmiechnęła się w jej kierunku.

      – Jestem Caroline.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...