Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Doktor Smile

 

Doktor Smile naprawdę miał na imię Pierre. Jego nazwisko od dzieciństwa było jego przekleństwem. Było pochodzenia brytyjskiego i we Francji brzmiało śmiesznie. Nasłuchał się w szkole rożnych złośliwości z tego powodu, choć rzeczywiście do niego pasowało. Mlody Pierre był typem wesołka i na jego twarzy prawie zawsze gościł uśmiech. Złośliwości nasiliły się na studiach medycznych. Niemal od początku, choć do zdobycia uprawnień medycznych jeszcze sporo czasu go dzieliło, został „ochrzczony” przez koleżanki i kolegów doktorem Smile`m. Miało to oczywiście zwiazek ze znaną kampanią reklamową pewnego produktu stomatologicznego. Ci co słabiej go znali, nawet nie wiedzieli że na imie ma Pierr. Doktora Smile`a znali wszyscy. Pierr był przystojny i cieszył się powodzeniem u kobiet. Był przy tym imprezowiczem i utracjuszem. Znany był z tego, że nie przepuścił żadnej okazji, aby zaliczyć kolejną panienkę. Wśród studentek zaczęły krążyć legendy o jego talencie i predyspozycjach, do zaspakajania potrzeb kobiecej seksualności. Wiedziano również, że zdawanie kolejnych przedmiotów szło mu wyjątkowo opornie. Był znawcą tematyki ostatnich terminów, egzaminów komisyjnych, itp. Potrzebującym chętnie udzielał rzeczowych porad w tym zakresie. Każdy student uczelni w kłopocie zgłaszał się do niego o poradę. Kiedy Pierr w końcu skończył studia, to fama jego luzackiego podejścia do obowiązków i życia w ogóle ciągnęła się za nim. Zresztą jego podejście do pracy zawodowej w szpitalu, w którym podjął pracę podtrzymywało tą opinię. Często się spóźniał, zdarzało się, że niespodziewanie błagał kolegów o zastępstwo, bo „zabalował” zbyt ostro i nie mógł potem przyjść. Generalnie w pracy był lubiany acz nie cieszył się autorytetem. W związku z tym, w obawie o zdrowie pacjentów, zaczęto odsuwać go od czynności wymagających dużej wiedzy i odpowiedzialności. Miano nadzieję, że kiedyś zwiąże się z kimś na stale i ustatkuje. Przydzielano mu za to zadania mniej ważne, których inni podejmowali się niechętnie. On się przed tym nie bronił.W ten sposób stal się stałym rezydentem przyszpitalnej przychodni, do której przychodzili pacjenci „ z ulicy”, wymagający pomocy doraźnej.

Francję nawiedziła epidemia choroby wirusowej. Generalnie lekarze uważali ją, jako kolejną mutację wirusa grypy. Była bardzo zaraźliwa. Wydawało się, że jest bardziej zaraźliwa od zwykłej grypy. Do przychodni Pierr`a zwaliły się tłumy pacjentów. Jednak objawy były stosunkowo łagodne. Gorączka, katar i kaszel trwały kilka dni. Jedynie w wyniku gorączki, a potem osłabienia chorobą, stwierdzano u większości pacjentów zaburzenia neurologiczne, polegające na rozdrażnieniu i trudnościach ze skupieniem się. Leczenie polegało tylko na podawaniu leków antywirusowych i wzmacniających odporność, a nawet bez leczenia choroba u większości zarażonych szybko ustępowała. Nie powodowała żadnych trwałych następstw.

 

Pierr właśnie przyszedł rano do przychodni i z trwogą stwierdził, że na korytarzu czekał tłum pacjentów. Wszedł do gabinetu i zobaczył, że jego biurko cale zastawione jest kartami. Choć wszystkie dane pacjentów przechowywano na serwerze przychodni, to jednak od czasu poważnej awarii głównego komputera, która miała miejsce kilka lat temu i spowodowała utratę wszystkich danych, kierownik przychodni polecił, aby najważniejsze informacje zapisywać również na papierowych kartach pacjentów.

Do gabinetu weszła pielęgniarka, którą Pierr dobrze znał. Przyniosła mu kawę. Była młoda i ładna, jednak była mężatką dopiero od kilku miesięcy, a w związku z tym była poza kręgiem zainteresowań lekarza, uwodziciela:

 

- Ty, co to ma być?

 

Wskazał wzrokiem na biurko.

 

- Panie doktorze, tylu ich dzisiaj przyszło.

- Tylu, to znaczy ilu?

- No przecież pan widzi: 53.

- Mam dzisiaj przyjąć 53 pacjentów?

- No i co takiego? Jest pan mlody.

 

Pierr włączył na swoim terminalu funkcję kalkulatora.

 

- Podejdźmy do tematu systemowo. Mam pracować sześć godzin, to jest 6 razy 60 czyli 360 minut. W tym czasie przynajmniej raz będę musiał wyjść się wysikać czyli minus 5, to daje 355 minut. Podzielmy to przez 53, to daje ok 6 minut i 40 sekund na pacjenta. 4 minuty i 40 sekund zajmuje mi wpisanie danych pacjenta do systemu i wypisanie recepty. Tak więc, na zbadanie i postawienie diagnozy zostają mi równo 2 minuty.

- No spoko, wyrobi się pan doktorze. 2 minuty to naprawdę sporo czasu. To az 120 sekund. Prawie wszyscy mają grypę.

 

Jak wychodziła z gabinetu, to na jej twarzy pojawił się szyderczy uśmiech:

 

- Proszę się uśmiechnąć doktorze Smile. Najważniejsze: utrzymać właściwy rytm pracy.

 

Zanim zamknęła drzwi, to usłyszała:

 

- Więcej tu dzisiaj nie przychodź, bo cię uduszę.

 

Cztery godziny później.

 

Pierr był już przy czterdziestym pacjencie, był naprawdę zmęczony. Choć karty miał ułożone zgodnie z numerkami, jakie otrzymali pacjenci w kolejce, to jedna z kart była ułożona w niewłaściwej kolejności. Pierr odruchowo przywitał starszą panią, patrząc na imię na karcie:

 

- Witam Marie-Claire. Proszę usiaść, co dolega?

- Przepraszam, ale nie zrozumiałam pana doktora.

- No mówię, że witam.

- A no tak, to jeszcze zrozumiałam, tylko już dalej nie usłyszałam.

- Pani ma na imię Marie-Claire.

- Nie, ciągle nie rozumiem.

 

Pierr popatrzył na nią z ciekawością.

 

- Jak pani ma na imię?

- A no tak, jestem Colette. 

- Colette? Chwila...

 

Pierr spojrzal na ułożone karty.

 

- A no tak, przepraszam Colette, pomyliłem karty. Są źle ułożone.

 

Jednak coś go tchnęło. Drzemiący w nim żartowniś podsunął mu nagle i z nikąd niedorzeczny pomysł. Widział na karcie Colette, że ma 66 lat, ale z głupim uśmieszkiem stwierdził:

 

- Colette, ma pani 68 lat.

- Przepraszam, ale znowu pana nie rozumiem.

- No mówię, że ma pani 66 lat.

- A tak, zgadza się.

 

Pierr, pomimo zmęczenia, natychmiast się ożywił. Jego twarz zapłonęła rumieńcem.

 

- „Co kurde?”.

 

Pomyślał. Wyczytał z karty, że Colette mieszka

w Paryżu na ulicy Rue de Rivoli.

 

- Mieszka pani na Rue de Mouffetard.

- Doktorze, znowu pana nie rozumiem.

- Powiedziałem, że mieszkasz na Rue de Rivoli.

- A tak, zgadza się.

 

Pierr wypisal receptę i Colette wyszła z gabinetu. Postanowił nadal sprawdzać swoje odkrycie. Nie wierzył własnym uszom i oczom. Przy kolejnych kilku pacjentach chorujących na grypę, specjalnie ich oszukiwał i podawał im fałszywe informacje, obserwując z ciekawością ich reakcje. Z niedowierzaniem stwierdzał, że za każdym razem jak ich okłamywał, to ci nie rozumieli, co do nich mówi.

 

- „Przecież to niemożliwe, niedorzeczne, co za bzdury, nie ma takiej choroby”.

 

Myślał. Ostatnia, 53, była młoda dziewczyna. Niestety natura całą swoją mocą sprzeciwiła się jej fizyczności. Była po prostu zupełnie nieatrakcyjna, żeby nie powiedzieć: okropnie brzydka. Pierr spojrzał na nią i diabeł mieszkający na stałe w jego duszy szepnął mu do ucha:

 

- „Teraz idź na całosć”.

 

Z wylewnym uśmiechem rozłożył ręce i zaintonował zalotnie, zdając sobie sprawę z ryzyka:

 

- Ależ piękne dziewczę do mnie dzisiaj zawitało.

 

Dziewczyna popatrzyła na niego dziwnie i zakłopotana powiedziała:

 

- Panie doktorze, przepraszam, ale nie zrozumiałam, co pan do mnie powiedział.

 

 

Nazajutrz.

 

Pierr w szpitalu spotkał swojego przełożonego. Ordynatora oddziału na którym pracował. Jego wczorajszy dyżur w przychodni był na razie ostatnim. Kolejny, najbliższy, miał za trzy tygodnie.

 

- Panie ordynatorze, chciałbym podzielić się z panem swoim wczorajszym odkryciem.

- Pierr, wyrwałes nową laskę?

 

Ordynator zwrócił się do niego lekceważąco.

 

- Ale ja mówię poważnie.

- Co chcesz?

- Ten wirus grypy, który teraz panuje.

- Co z nim?

- Powoduje u pacjentów niecodzienny, nieznany objaw.

- Jaki?

- Nie rozumieją kłamstw.

 

Ordynator popatrzył na niego zmęczonym wzrokiem:

 

- Doktorze Smail, dość tych bzdur, bo każę ochronie przynieść alkomat.

 

Pierr machnął na to ręką. Po kilku dniach o tym zapomniał. Nie wiedział, jak blisko był prawdziwej sławy. Zwykli ludzie się domyślali, gadali miedzy sobą rożne rzeczy, ale nikt oprócz Pierr`a do tematu nie podszedł w sposób naukowy. Ten nowy wirus badany był w trzech renomowanych ośrodkach. Okreslono jego DNA, opracowano szczepionkę, wiedziano, że powoduje dziwne zaburzenia neurologiczne, ale nikt w całej Francji nie wpadł na to, co on. Nie uwierzono mu, bo nie cieszył się autorytetem.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...