Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Tajemnica Pluszowego Misia opowiadanie science fiction cz.23 ostatnia


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W szpitalu

 

Po godzinie wróciły do szpitala. Spodziewały się najgorszego. Eva siedziała przy łóżku Thomasa, trzymała go za rękę. Susan weszła do sali intensywnej terapii.

 

- I co z nim?
- Żyje jeszcze, jakby trochę równiej oddychał.

 

Do sali weszła pielęgniarka z oddziału oraz Elen. Siostra się odezwała:

 

- Słuchajcie dziewczyny, to dziwne, nie chcę wam robić
złudnych nadziei, ale on jakby jeszcze walczył. Wyniki sprzed
chwili są lepsze od ostatnich.


Po trzech dniach.

 

  Ocknąłem się, słysząc rytmiczne klikanie i buczenie aparatury medycznej. Dźwięk tłukł się w mojej głowie, jakbym słuchał w kuźni kowalskiego młota. Widziałem jak przez mgłę. W pierwszej chwili widziałem tylko jasne światło, ale po chwili zaczęły wyłaniać się z niego ściany i sufit sali intensywnej terapii. Sali w której przeleżałem już tydzień, przez większość czasu nieprzytomny. Czułem, że ktoś trzyma mnie za rękę. W końcu zacząłem rozróżniać szczegóły. Nad sobą zobaczyłem oblicze Evy. Jej glowa nagle zbliżyła się do mnie i poczułem pocałunek na moich ustach.

 

- No budź się wreszcie, Thomas. Czekamy na ciebie.

 

Godzinę wcześniej podekscytowana zadzwoniła kolejno do Susan i Elen przekazując im tą samą informację:

 

- Odzyskuje przytomność.

 

Obie dziewczyny niezwłocznie przyjechały i teraz w trójkę stały nade mną. Myśli w mojej głowie zaczęły powoli się porządkować. Pierwsze co pomyślałem to:

 

- “Chyba jeszcze żyję? Dlaczego nie umarłem tak jak Jack 
i Georg?”

 

Pomyślałem przez chwile, że może lekarze w końcu odkryli na co chorowaliśmy i znaleźli właściwe leczenie.

 

- Eva?

 

Cicho zapytałem:

 

- Co mi było? Dlaczego żyję?
- Nikt nie wie co ci było ani na co zmarli Georg i Jack.

 

Wtedy odezwała się Susan:

 

- Thomas, nikt oprócz nas. Ty też wiesz dlaczego.
- Susan, o czym mówisz?

 

Zapytałem.

 

- A jak myślisz?
- Artykuł! Opublikowali?!
- Nie.
- Nie?

 

Odpowiedziałem ze zdziwieniem.

 

- Nie opublikowali bo go nie wysłałeś.
- Nie wysłałem? Jak to?
- Nie załączyłeś załącznika do maila do “Science”.
- Nie załączyłem?
- Nie.

 

Odpowiedziała Susan.

 

- To wyślijcie!
- Thomas przykro mi, ale to nie możliwe.
- Dlaczego?

 

Czułem jak rozmawiając z Susan szybko wraca mi pełna świadomość i rośnie ciśnienie. Eva i Elen przysłuchiwały się w napięciu.

 

- Ponieważ twój plecak miał wypadek.
- Plecak miał wypadek? Co to znaczy?
- Postanowił skończyć ze sobą.
- Co takiego?
- No tak, skoczył z mostu do rzeki.
- Co?! Do jakiej rzeki? Z jakiego mostu.
- Thomas, no normalnie, skoczył do rzeki Guadelupe z tego
samego mostu z którego chciała skakać Elen. No, właściwie
to skoczył zamiast niej.

 

Przez chwilę intensywnie myślałem o czym Susan do mnie mówi. W końcu zrozumiałem.

 

- Co wyście zrobiły!?


Powiedziałem z wyrzutem. Susan kontynuowała:

 

- Właściwie to nic, oprócz tego że uratowałyśmy ci życie.

 

Dziewczyny długo oczekiwały mojej reakcji. Uśmiechnąłem się do Susan i z trudem podniosłem rękę. Susan zbliżyła swoją 
i przybiliśmy sobie “piątkę” a następnie przytuliłem Evę. Pomyślałem jeszcze:

 

- “Dlaczego ja tego nie zrobiłem jak tylko zachorował Georg.
 Jaki byłem głupi.”


Tydzień później.

 

- Powoli na tych schodach. Niczego nie noś, ja zaniosę.


Eva pomagała mi pierwszy raz od wyjścia ze szpitala wejść do naszego mieszkania.

 

- Nie martw się, nic mi nie będzie, już czuję się dobrze.

 

Usiedliśmy naprzeciwko i patrzyli na siebie. Nie wiedziałem co mam mówić. Czułem żal za naszym odkryciem, ale jednocześnie rozumiałem już, że jeśli miałem żyć, to tak musi być. W końcu Eva pierwsza się odezwała:

 

- Wiesz, nie miałam okazji już ci tego powiedzieć. Jak byłam
na Moretonie to dowiedziałam się, że ta babcia która
wynajmowała mi domek, umarła. Dzwoniła do mnie jej córka 
 i powiedziała, że rodzina nie chce go już wynajmować, chce
go sprzedać. Powiedzieli, że gdybym była zainteresowana to
mam prawo pierwokupu i dostanę zniżkę. Oni wszyscy
zawsze bardzo mnie lubili. Powiedziałam im, że raczej nie
będę zainteresowana. Nie mam tyle pieniędzy i nie dam rady
wziąć takiego kredytu.
- Co takiego? Eva co ty gadasz? Chcesz komuś oddać nasz
domek na Moretonie? Przecież wiem jak ci na nim zależy. To
całe twoje życie. Pewnie kochasz ten domek bardziej ode
mnie. Nigdy! Ja się nie zgadzam. Było powiedziane, że się
tam zestarzejemy.
- Thomas. To prawda, kocham to miejsce, ale mnie nie stać
żeby to kupić. Skąd weźmiemy tyle pieniędzy? Tam ziemia jest
bardzo droga!
- Kurde Eva, te torby o których ci mówiłem.
- Jakie torby?
- No te w piwnicy, otwierałaś je?
- A te, coś mówiłeś, ja nie miałam głowy do tego,
zapomniałam o nich.
- Zapomniałaś o tych torbach?
- Było tam coś wartościowego? Bo wiesz co, one, to znaczy
Elen i Susan coś mi mówiły potem, że chyba nie zamknęły tej
piwnicy jak ten plecak brały, bo bardzo się śpieszyły. Mówiły
mi potem, że mam sobie tą piwnicę zamknąć, ale o tym też
zapomniałam.

 

Popatrzyłem dziwnie na Evę.

 

- Zostawiłyście otwartą piwnicę?
- No możliwe, czy to ważne?
- Gdzie kluczyk?
- Mam go w torebce.
- Bierz go i idziemy tam.
- Od razu? Teraz?
- Eva nie wkurzaj mnie, idziemy.

 

Zeszliśmy do piwnicy. Na szczęście torby w piwnicy nr 7, pomimo, że piwnicę zostawiono otwartą, spokojnie leżały sobie na samym wierzchu pod ścianą. 

 

- Bierzemy jedną na górę!
- Matko, jaka ciężka, co w niej jest?
- Zobaczysz na górze, dawaj i zamknij piwnicę.

 

Wtaszczyliśmy razem z trudem pięćdziesięciokilogramową torbę do naszego mieszkania. Eva musiała mi pomóc, byłem słaby po chorobie. Położyłem torbę na środku salonu i usiadłem zmęczony na fotelu.

 

- Otwieraj.
- A co tam jest? Takie ciężkie?
- Otwórz, zobaczysz.

 

Eva rozsunęła suwak. Stała w szoku nad torbą i odjęło jej mowę. W końcu uklękła przy niej i zanurzyła obie ręce aż po łokcie w paczkach 50 i 100 dolarówek spiętych banderolami.

 

- Dobry Boże, skąd masz tyle kasy? Obrabowaliście bank?
 Okradliście mafię? Ile tu jest pieniędzy?
- Cztery miliony dolarów, rzeczowo odpowiedziałem.
- Kurde, to niemożliwe a tamte torby w piwnicy? 
- No takie same, w sumie 12 milionów. Trzy torby po cztery
miliony.
- Czyje są te pieniądze?
- Twoje. No może trochę nieprecyzyjnie się wyraziłem,
powiedzmy nasze.

Eva spojrzała na mnie radosnymi oczami.

 

- A... nie moje, tylko nasze. A mówiłeś że tak bardzo mnie
kochasz.
- No pięć tysiaków jest na pewno tylko twoje.
- No przecież, w końcu je wygrałam.

 

Roześmialiśmy się oboje.

 

- To wiesz co, ty za nie pójdziesz do więzienia a ja je sobie
spokojnie, powoli będę wydawać.

 

Podsumowała Eva.

 

- Nikt nie pójdzie do więzienia. Dzwoń do Brisbane i umów
 transakcję. Naszego domku nikomu nie oddamy, nawet
gdybyśmy tylko mieli jeździć do niego na wakacje.

 

Perspektywa wykupienia domku sprawiła Evie wielką radość. Znałem ją już na tyle dobrze, że potrafiłem to zauważyć, pomimo że to ukrywała.


Nazajutrz.

 

  Ciężko dysząc razem z Evą staliśmy pod drzwiami mieszkania Susan. Rozdzielała nas wypchana pieniędzmi torba. Susan otwarła drzwi zdziwiona. 

 

- To wy? Tak bez zapowiedzi? Tobie już tak wolno chodzić?
- To wpuszczasz nas czy nie?
- No właźcie, co to jest?
- Sama jesteś?
- Tak.

 

Położyliśmy torbę na podłodze.

 

- Susan otwieraj, to dla ciebie.

 

Powiedziała Eva. Susan otwarta torbę i patrzyła w milczeniu, wybałuszonymi oczyma na zawartość. W końcu Eva wyrwała ją z letargu. 

 

- Susan, tak się gapisz jakbyś kasy nigdy nie widziała. To tylko
zwykłe cztery miliony dolarów. Dla ciebie. Idzie się
przyzwyczaić. On mówi że od Jacka.
- Bo to prawda.

 

Dodałem. 

 

- Boże, skąd to macie?
- Słuchajcie dziewczyny, nie będę wam tego tłumaczył. Tak
macie to wydawać, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Nie
umiemy udokumentować ich legalnego pochodzenia. Ale
przecież nas znacie. Wiecie, że żaden z nas nie był
złodziejem. Te pieniądze zarobiliśmy w trójkę z Georgiem 
i Jackiem za to, że uratowaliśmy życie dziesiątków tysięcy
ludzi. A poza tym, z tego co wiem, to nikt ich nie szuka.

 

Susan się rozpłakała.

 

- Słuchajcie, chce wam jeszcze coś powiedzieć. Jestem w ciąży.

 

Eva przytuliła Susan.

 

- To chyba dobrze,

 

Powiedziała. Wtedy ja dodałem od siebie.

 

- Susan, ja też chcę ci coś powiedzieć, oczywiście zrobisz jak
będziesz chciała.
- Co?

 

Susan popatrzyła zapłakanymi oczami.

 

- Jack chciał żebyś nazwała ją Lily-Rose.
- Wiedział że jestem w ciąży?
- Tak.
- Thomas, skąd? Przecież sama wtedy nie wiedziałam.
- Wszystkiego nie mogę ci powiedzieć.
- Skąd wiesz że to dziewczynka? Nikt tego jeszcze nie badał. To
też wiedział?

 

Skinąłem głową. Na drugi dzień w trójkę zanieśliśmy trzecią torbę Elen. Płakała cały czas. 

 

                       *****
Epilog. 
Cztery lata później. Australia, wyspa Moreton. Rok 2050.

 

- Ciociu jaki był mój tata?
- Przystojny i bardzo mądry. Był zdolnym naukowcem.
- A kto to jest naukowiec?
- To człowiek, który wszystkiego jest ciekawy.
- Tak jak ja?
- No tak.
- Ciociu, dlaczego masz taki brzuch?
- Bo jestem w ciąży.
- A co to znaczy być w ciąży? Co tam masz?
- Dziecko, małego chłopczyka.

 

Lily-Rose zdziwiona intensywnie się zastanawiała, jednocześnie z ciekawością obmacując Evy brzuch. W końcu odsłoniła pępek i przyłożyła do niego ucho.

 

- Dziecko? A skąd się tam wzięło?
- Wujek dał nasionko i samo urosło.
- Z nasionka?
- No tak.
- A jak je tam wsadziłaś? Połknęłaś je?

 

Eva się zarumieniła a następnie podała mi Lily-Rose.

 

- Wujek, weź ją sobie na trochę.

 

Mała przesiadła się na moje kolana nie przestając pytać. Podałem jej szklankę z sokiem pomarańczowym i słomkę z nadzieją, że przestanie mówić. Siedzieliśmy na tarasie naszego domku na Moretonie. Temperatura na dworze przekraczała 40 stopni. Był środek lata. Susan wrzuciła Lily-Rose do szklanki dwie kostki lodu.

 

- Wujek, skąd wziąłeś nasionko? Pokaż mi je, masz ich więcej?
- Miałem tylko jedno.
- Tylko jedno? Wujek a co to jest lód?

 

I zaczęła grzebać małymi paluszkami w szklance z sokiem.

 

- Pij, i nie wkładaj tam rąk. Lód to zamarznięta woda.
- Zamarznięta? A co to znaczy?
- To znaczy, że jej było bardzo zimno i zamarzła.
- Wujku a gdybym siedziała na dachu domu i miała taką długą
słomkę to mogłabym pić soczek z tej szklanki?
- Byłoby ci trudno, a jakbyś weszła jeszcze trochę wyżej to 
w ogóle byś nie mogła.
- A dlaczego?
- A teraz ja cię zapytam, który to ten guziczek?

 

Pokazałem na trzy guziczki, które Lily-Rose miała przy sukience.

 

- Co który?
- No ten którym się Lily-Rose wyłącza.
- Wujku.

 

Powiedziała z wyrzutem w głosie.

 

- Susan? Ona tak zawsze?

 

Eva zwróciła się do Susan.

 

- Cały czas, od chwili jak nauczyła się mówić. Trzeba uważać
co się jej odpowiada bo wszystko zapamiętuje.


  Susan z Lily-Rose przyleciała do nas na Moreton kilka dni temu. Zdecydowaliśmy jeszcze w San Jose, że spędzimy razem na Moretonie kilka tygodni. Niestety o nurkowaniu nie mogło być mowy bo Eva była w siódmym miesiącu ciąży. Generalnie dzieliliśmy czas pomiędzy Moretonem a San Jose. Ja znalazłem prace na wydziale fizyki na uniwersytecie Stanforda, a Eva w sezonie leciała na kilka miesięcy pracować na marinie. Odwiedzałem ją wtedy tak często, jak to było możliwe. Rok po śmierci Jacka została moją żoną. Większą cześć roku spędzaliśmy jednak razem w San Jose. Wiedliśmy w sumie proste, szczęśliwe i zgodne życie. Do badań nad zjawiskiem splątania od tamtej pory nigdy już nie wróciłem i nie zamierzam tego zrobić.


  Dzisiaj siedzieliśmy zmęczeni po wycieczce na wyspie w upalny dzień. Każdy był rozleniwiony. Temperatura gorącego dnia odebrała nam całą energię. Na temat naszego odkrycia nigdy już nie rozmawialiśmy. Dopytywało mnie kilku naukowców i jakiś dociekliwy dziennikarz o to, co właściwie wydarzyło się w naszym laboratorium. Historia tajemniczej choroby trzech młodych naukowców odbiła się po świecie szerokim echem. Nikomu niczego nie ujawniłem. Dobrze mi się żyło i nie chciałem niczego zepsuć.

  Żar lał się z nieba. Nawet ciekawska Lily-Rose zasnęła u mnie na kolanach. Susan zaniosła ją do klimatyzowanego pomieszczenia, rozebrała i położyła do łóżka. Wyremontowaliśmy i usprawnili trochę domek, który był już naszą własnością.


Po kilku dniach

 

Byłem z Susan w salonie. Eva była w kuchni i robiła coś do jedzenia. Lily Rose już spała. Eva słyszała o czym rozmawialiśmy. W pewnym momencie Susan wyraźnie się ożywiła.

 

- Thomas słuchaj no, muszę, ale to muszę cię o coś zapytać. Ja
wiem, że o tamtych sprawach nie wolno ci nikomu mówić, ale
chociaż daj mi jakiś znak, chociaż skiń głowa albo mrugnij
powieką.

 

Zaciekawiona Eva przyszła z kuchni do salonu. Susan kontynuowała:

 

- Thomas ja to muszę wiedzieć.
- Ale co?
- Thomas gadaj, Fiutek-rezolutek, czy to wasza sprawka?

 

Siedziałem z nieruchomą twarzą, jak posąg Buddy w pozycji Wajroczamy, a dziewczyny przybliżyły swoje oblicza i obie uważnie obserwowały moje oczy. Wiedziałem, że sytuacja stała się niebezpiecznie napięta i wkładałem wielki wysiłek w to, aby żaden z mięśni mojej twarzy nawet nie drgnął. Ale to było silniejsze ode mnie. Najpierw zdradziły mnie łzy radości, które zaczęły spływać po moich policzkach, a następnie moja twarz, zupełnie już bez kontroli mojej woli, stała się czerwona i w końcu wybuchłem śmiechem. Obie rzuciły się na mnie, i zaczęły mnie dusić. Susan krzyczała:

 

- Ja cie kurna uduszę! Ty draniu czy ty wiesz, że ten złamas śni
mi się po nocach, że mam koszmary senne, że budzę się 
w nocy i widzę trampeczki!

 

Eva też krzyczała, była bardziej konkretna:

 

- Zapomnij o seksie, przez tydzień, ech co ja gadam przez
miesiąc, kurde jaki miesiąc, przez pół roku nie dostaniesz! Ty
łotrze. Nawet mnie nie dotkniesz! Czy ty wiesz, co myśmy tam
przeżyły?!
- No przebaczcie, a poza tym ja niewinny, to nie był mój
pomysł.

 

Susan przeszła do kontrofensywy:

 

- Na nieboszczyka zwalasz, na mojego tragicznie zmarłego
męża?!

 

Dziewczyny miały liczebną przewagę i udało im się przewrócić mnie na podłogę. Już nie tylko dusiły mnie za gardło, ale całym ciężarem swoich ciał. Uratowała mnie Lily-Rose obudzona hałasem. Przyszła zaspana z sypialni i zobaczyła nas szarpiących się w trojkę na podłodze. Spytała:

 

- Co się tu dzieje? Zachowujecie się jak dzieci.

 

Dziewczyny odpuściły i śmialiśmy się wszyscy.


Po kolejnych trzech dniach.

 

  Susan rozleniwiona siedziała na fotelu i lekko drzemała, ale jednocześnie w chwilach kiedy oczy jej się otwierały, wpatrywała się z daleka na szafkę, na której były poustawiane pamiątkowe zdjęcia Evy. Susan była zmęczona kolejnym upalnym dniem. W chwili kiedy popadała w drzemkę, wydawało jej się że słyszy głos Jacka:

 

- “No podnieś że się i idź je pooglądaj.”


Susan walczyła ze sobą wewnętrznie, jednak tajemniczy wewnętrzny głos nasilał swoje polecenie:

 

- “Wstawaj i idź pooglądaj.”

 

Susan w końcu niechętnie wstała i stanęła przed szafką, uważnie wpatrywała się w jedno z oprawionych w ramkę i stojących na szafce zdjęć. Zdziwiło mnie dlaczego przygląda się mu tak długo i z taką uwagą. Zbladła a na jej czole pojawiły się kropelki potu. Stan rozleniwienia natychmiast jej minął i doznała gwałtownego otrzeźwienia.

 

- Susan co z Tobą? Dobrze się czujesz?
- To zdjęcie.
- Co z tym zdjęciem? Cały czas tu stoi.

 

Podszedłem i przyglądałem mu się wraz z nią. Na zdjęciu były trzy małe, słodkie dziewczynki z bardzo uśmiechniętymi buziami, które trzymały się za rączki. Dwie starsze mogły mieć około 5 lat. W środku była Eva, o czym od dawna wiedziałem bo oglądałem już to zdjęcie dziesiątki razy. Eva była młodsza od pozostałych dziewczynek. Eva wraz z drugą dziewczynką przyglądały się tej trzeciej, która była z lewej strony. W tle było widać jakiś kościół. W końcu Susan  krzyknęła:

 

- Eva chodź tu!


Eva podeszła z ogródka wystraszona, bo myślała że coś się stało.

 

- Co tak krzyczysz?
- Skąd masz to zdjęcie?
- To zdjęcie? Dlaczego pytasz? To ja. To zdjęcie z dzieciństwa,
jak byłam mała. Rodzice mi je zrobili na jakimś
przykościelnym festynie, na zabawie dla dzieci.
- Masz je od dawna?
- Susan, mam je od zawsze, jak długo pamiętam.
- Jesteś pewna?
- Oczywiście.
- Co to za dziewczynki z tobą? To twoje koleżanki, znasz je?
- Nie no co ty. Nie mam pojęcie kto to jest. To jakieś obce
dzieci.

 

W końcu i ja się wtrąciłem:


- Susan, co z tobą? Dobrze się czujesz? Co z tym zdjęciem?
- Thomas, ta dziewczynka z lewej strony.
- Co?
- To ja.
- Co takiego??? Susan, dobrze się czujesz?

 

Eva się wtrąciła:

 

- Susan, co ty wygadujesz? Przecież to zdjęcie stąd, 
z Australii, z Brisbane, 30 km od nas, od wyspy. A ty
wychowywałaś się w Stanach. Jak to możesz być ty?
- Nie mam pojęcia. Gdzieś tam z rodzicami czasem
wyjeżdżaliśmy za granice, ale nie wiem gdzie to było. Ale
mówię wam że to ja. Tak wyglądam na innych zdjęciach 
z dzieciństwa. A poza tym, nie przypomina wam kogoś? 

 

W tym momencie zrozumiałem, że dziewczynka ze zdjęcia to niemal wierna kopia małej Lily-Rose.

 

- Czekajcie chwile. 

 

Susan wyjęła telefon i wybrała numer:

 

- Cześć mamo.
- Susan cześć, tak rzadko dzwonisz ostatnio, co u ciebie.
- Dobrze wszystko. Mama, musisz mi powiedzieć czy jak byłam
mała to byliście ze mną w Australii?
- He??? Co ci chodzi po głowie? Co za pytanie?
- Byliście czy nie?
- Byliśmy raz, jak byłaś mała, mogłaś mieć może pięć lat. Tata
chciał zobaczyć rafę i ponurkował parę dni.
- Gdzie to było, w jakim mieście?
- W Brisbane. Czy to coś ważnego? Taka jesteś przejęta.
- Mamo czy byliście wtedy ze mną na jakiejś zabawie dla
dzieci?
- Z tobą na zabawie, w Brisbane? No czekaj, coś mi się
przypomina, tam chyba był jakiś piknik przy kościele. Coś
takiego pamiętam.
- Macie stamtąd jakieś zdjęcia?
- Nie, chyba nie. Susan co się stało?
- Nic mamo, nic ważnego, znalazłam się na starym zdjęciu 
z tamtych czasów. Trzymaj się, na razie, pa.

 

Susan, Eva i ja usiedliśmy ze zdziwienia. Susan trzymała zdjęcie trzęsącymi rękoma. W końcu się odezwała:

 

- Widzicie to co ja? Ta trzecia dziewczyna, przypomina wam
kogoś?
- Ja pierniczę, to niemożliwe.

 

Susan znowu sięgnęła po telefon i wybrała numer:

 

- Cześć Elen.
- Cześć, 
- Co u ciebie? Jak sobie radzisz?
- Próbuje żyć normalnie, co mam zrobić?
- Byłaś kiedyś w Australii?
- Nie, nigdy? 
- Jesteś pewna?
- No jak mnie już tak przesłuchujesz, to chyba kiedyś byłam,
jak byłam dzieckiem. A czemu pytasz?
- Ile miałaś wtedy lat?
- Może pięć, a co? Rodzice tam pojechali na jakąś wycieczkę.
- Pamiętasz gdzie to było?
- Chyba w Brisbane, a co?
- Byłaś tam na jakiejś zabawie dla dzieci?
- No skąd wiesz? Taki piknik, tam dużo dzieci było. Fajnie, do
dzisiaj pamiętam.
- Czy jest możliwe że mogłaś mieć taką sukieneczkę czerwoną
w białe groszki?
- Skąd to wiesz? To moja ulubiona była, mam ją do dzisiaj.
- Eee, wiesz nic takiego, tylko właśnie trzymam w ręku zdjęcie 
z tej zabawy na którym jesteś ty, ja i Eva i trzymamy się za
rączki.
- Cooooo takiego ??? To niemożliwe!!!
- Przecież mówię ci że trzymam je w ręce !!! leżało u Evy na
 szafce... ponoć od zawsze.

 

Po drugiej stronie połączenia zapadła cisza. Odezwałem się w końcu:

 

- Zobaczcie na tym zdjęciu, Susan ma na koszulce jakiś napis.
A wy dwie na nią patrzycie. Co tam pisze?

 

Eva wzięła zdjęcie od Susan i podeszła z nim do okna. 


W jaśniejszym świetle przeczytała napis:

 

       - “Keep the secret of the Teddy Bear.”

 

- “Nie zdradzaj tajemnicy pluszowego misia“.


                                                 koniec. 

 

........................

 

Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów       .........   www. Ebookowo.pl

Opublikowano

Bardzo dziękuję forumowiczom, którzy czytali moje dwa opowiadania. Rozumiem że pokazywanie tutaj długich, wieloczęściowych tekstów trochę mija się z celem. Każdy dysponuje swoim czasem jak chce i raczej nie po to tu przychodzicie, ale nie mogłem się oprzeć próżnej pokusie

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

. Może kiedyś jeszcze coś tu pokażę. Kto wie?
Pozdrawiam wszystkich. Andrzej S.

Opublikowano

Ilość komentarzy i polubień jest odwrotnie proporcjonalna do długości tekstu.

 

Dziś literatura ma być zwięzła i lakoniczna, bo jesteśmy zawaleni informacją o znikomej wartości. Wystarczy publikować sam tytuł i każdy wie o co chodzi.

 

Jeśli już pisać długie opowiadanie to tylko dla przyjemności pisania.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Pozdrawiam.

 

 

Opublikowano

@Kapistrat Niewiadomski Mówisz że tytuł wystarczy :). Oczywiście ze dla przyjemności pisania. Zgadzam sie w 100%. Jednak fajnie jest jeśli ktoś czasem przeczyta coś, co się napisało. Nie ważne czy mu się spodoba czy nie. Myślę że łatwiej coś samemu napisać niż przeczytać coś, co napisał ktoś inny. Sam pewnie tez taki jestem. Jestem w stanie bezkrytycznie przeczytać trzy czy cztery linijki czyjegoś tekstu. Potem czekam na własną reakcję. Czytam dalej jeśli w mojej głowie zaświeci się komunikat: Kurde fajne. Niestety to bardzo rzadka okoliczność. Bycie czytanym to luksus, na który trzeba sobie jakoś zasłużyć. Pewnie talentem...czy ja wiem?

Opublikowano

@Dziadek grafoman

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

To prawda, bo każdy umysł pracuje inaczej i łatwiej jest podążać tokiem własnego rozumowania, aniżeli rozgryzać pomysły innych ludzi, które często wydają się dziwaczne bądź niezrozumiałe. Tak jest nie tylko w pisaniu, lecz również rozmaitych dziedzinach życia.

 

 

Nawet wybitny talent to za mało, bo jest wielu znakomitych pisarzy, których nikt nie czyta. Książki napisane dawno temu są dziś zapomniane. Sztuka pisania zanika powoli; nic nie trwa wiecznie.

 

Jednak znikomą popularność kompensuje olbrzymi zasięg: publikując tutaj udostępniasz swoje utwory milionom ludzi na całym świecie, a to już jest coś.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 

Czy to opowiadanie opublikowałeś tutaj?

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Opublikowano

@Kapistrat Niewiadomski Zgadzam się całkowicie. dzięki za komentarz. Dziwna rzecz, pod twoim postem pojawił się link do jakiegoś wydawnictwa, które sprzedaje moje opowiadania w formie ebooku. Nawet nie bardzo wiem skąd tam się wzięło. Ja nie mam z tym nic wspólnego i nie bardzo wiem jak działa to forum. Moje opowiadania rzeczywiście opublikowałem gdzieś tak rok temu na jednym z portali wydawniczych, które wydaje wyłącznie ebooki. Tam może, praktycznie bez kosztowo, publikować każdy, do czego gorąco zachęcam każdego początkującego twórcę. Trzeba jedynie zapłacić za konwersję pliku, ale to nie są duże koszty. Jednak na jakieś zarobki liczyć nie radzę

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

. Raczej na odrobine satysfakcji. To wydawnictwo rozprowadza wydane ebooki po innych sklepach. To chyba dzieje się automatycznie i stąd ta reklama. Dlaczego znalazła się na tym forum pod twoim postem?. Nie mam zielonego...???. jak ktoś wie to niech mi to powie. Oczywiście w ogóle mi to nie przeszkadza i nie mam o nic żadnych pretensji.

Opublikowano

@Dziadek grafoman Na powyższy link natrafiłem wpisując w wyszukiwarce następujący tekst:

„Tajemnica pluszowego misia”.

 

Ciekawe, że wyszukiwarka nie zamieściła odnośnika do niniejszej strony (poezja.org).

 

Co się tyczy zarabiania pisaniem — przypomniałeś mi nowelę Jacka Londona „Martin Eden”, w której opisał swoje zmagania z wydawnictwami.

 

Obiecano mu płacić ileś tam centów za słowo (co nie było mało, jak na tamte czasy), ale odrzucano wszystkie nadesłane maszynopisy, a gdy przez czysty przypadek wydrukowano jedno opowiadanie, nie zapłacono mu ani centa. Zmusiło to autora do złożenia wizyty w redakcji i pod groźbą użycia siły odebrania należnej kwoty. Pomyślał, że jeśli nie piórem, będzie w stanie się przebijać pięściami, lecz następna redakcja była przygotowana na taką ewentualność i zatrudniła zawodowych bokserów, którzy zrzucili go ze schodów.

 

Życie pisarza nie jest łatwe.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Opublikowano

A rozumiem. To Ty umieściłeś linka. Może lepiej tu tak nie robić bo to jednak reklama. To pewnie niezgodne z regulaminem. Jeszcze jakiś administrator będzie miał pretensje. Ech, Jack London. Jak miałem około 10 lat to w ręce wpadło mi krótkie opowiadanie "Przed Adamem". Byłem zafascynowany i zachwycony. Dla mnie było to najprawdziwsze science fiction, choć wtedy jeszcze nie wiedziałem pewnie co to znaczy.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...