Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Po dwóch godzinach odebrałem ponownie telefon. Dzwoniła zapłakana Susan:

 

- Thomas, przyjedź pilnie, on jest na intensywnej terapii, chce
z tobą rozmawiać.

 

Poczułem przerażenie i strach. Strach o życie Jacka, ale także o swoje zdrowie. Pojechałem do szpitala. Jack leżał na tej samej sali co Georg miesiąc temu. Jakbym przeżył de javu. Tym razem przed salą był ordynator. Rozmawiał z Susan. Susan płakała i była przerażona. W końcu wskazała ordynatorowi na mnie. Podszedłem a on zwrócił się do mnie:

 

- Pan pracuje razem z naszym pacjentem?
- Tak.
- Masz na imię Thomas?
- Tak.
- Thomas możesz wskazać jakieś czynniki które powodują tą
 tajemnicza chorobę?
- Nie mam pojęcia co to może być.
- Wiesz, muszę powiadomić FBI oraz CDC*. Konieczna będzie
 szczegółowa kontrola waszego laboratorium pod kątem
znalezienia jakiegoś czynnika, który odpowiada za tą

chorobę. FBI musi prowadzić dochodzenie, czy ktoś za tym
nie stoi. Musimy coś wiedzieć, żeby go leczyć. Inaczej umrze
tak jak Georg, miesiąc temu. Thomas, naprawdę nie jesteś 
w stanie nam jakoś pomóc?
- Nie mam pojęcia co mu jest.
- A jak ty się czujesz?
- Dobrze, wszystko ze mną w porządku, przynajmniej na razie.
- Chcielibyśmy przeprowadzić ci badania. Zgodzisz się?
- Oczywiście, a kiedy?
- Teraz, zaraz. Już dzwonię po pielęgniarkę, zaprowadzi cię.
- Dobrze, tylko chwilę z nim porozmawiam.

 

Wystraszyłem się o losy naszego odkrycia. FBI będzie przeszukiwać nasze laboratorium, może nawet moje mieszkanie. Nasze dane mogą zostać przejęte przez służby, zanim opublikujemy odkrycie. A poza tym, bez danych nikt nam nie uwierzy. No i nasze torby z pieniędzmi w piwnicy, pomyślałem. Wszedłem do sali na której leżał Jack. To ta sama w której zmarł Georg. Wziąłem Jacka za rękę. Otworzył oczy.

 

- Thomas, nasze kobiety, zadbaj o nie. Daj Susan pieniądze 
i zadbaj o moją córkę. Thomas.

 

Jack przycisnął mnie bliżej do siebie. Przystawiłem głowę do jego ucha:

 

- Thomas, opublikuj to, obiecaj mi, ja obiecałem to Georgowi.
- Opublikuje, nie martw się o to. Obiecuję.

 

Odpowiedziałem. Jack poprosił żebym zawołał Susan.


  Poszedłem z pielęgniarką wskazaną przez lekarza, która pobrała mi krew do badań. Następnie wykonano mi tomograf pleców. Potem szybko pojechałem do mieszkania które wynajmowałem i mieszkałem w nim z Evą. Jeden z lokatorów wyjechał kilka tygodni temu na kontrakt na Bliski Wschód. Był inżynierem, mieszkał obok nas. Dał nam klucze od mieszkania, żeby czasem tam zajrzeć czy wszystko w porządku i podlewać kwiatek. Poszedłem tam od razu i udało mi się znaleźć klucz od jego piwnicy. Przełożyłem nasze torby z pieniędzmi z mojej piwnicy do piwnicy sąsiada. Nie chcieliśmy od razu ujawniać dziewczynom, że mamy taką kasę. Baliśmy się, że ktoś jednak może tych pieniędzy szukać. Uznaliśmy z Georgiem i Jackiem, że najbezpieczniej będzie, żeby one na razie o pieniądzach nic nie wiedziały. Chcieliśmy dać im je po jakimś czasie. Potem wziąłem z domu plecak i pojechałem do laboratorium. Na szczęście żadnych służb tam jeszcze nie było. Postanowiłem, że usunę z laboratorium wszystko co dotyczy naszego odkrycia. Zdecydowałem się zabrać stamtąd wszystkie nośniki danych, wszystkie notatki oraz zdemontować z komputerów wszystkie dyski twarde na których są jakiekolwiek dane związane z tym, co odkryliśmy. Jak opublikują artykuł, to zaniosę plecak na uniwersytet Stanforda* aby tam potwierdzono nasze odkrycie eksperymentalnie. Już chciałem zacząć rozkręcać komputery aby wyjmować dyski, ale jeszcze ostatni raz uruchomiłem urządzenia. Nawiązałem połączenie z Jackiem. Od razu zorientowałem się, że jest nieprzytomny. Monitory były puste. Jack o niczym nie myślał. Na monitorze wyobrażani widziałem tylko czerwony pasek niepokoju. Słyszałem szum aparatury medycznej. Słyszałem również tętno Jacka, słabło z minuty na minutę. I wtedy niespodziewanie na monitorze wyobraźni pojawiła się dziwna wizja. Nieprzytomny Jack zobaczył scenerię antycznego świata. Była tam stara kobieta ubrana w skromną, staroświecką, niebieską suknie, przypominającą te, które noszono we wczesnym średniowieczu. Klęczała nad jakimś ziemnym wykopem. Wewnątrz widoczna była kamienna struktura. Ona miała zadbane, upięte włosy i wypielęgnowane dłonie a z szyi zwisał jej złoty medalion, zawieszony na dość grubym złotym łańcuszku.
Patrzyła w dól w stronę kamiennej groty. Nagle, jasne słoneczne światło zalało jej postać, a ona odwróciła swoją twarz wprost w stronę mnie, obserwującego ją na monitorze. Zdrętwiałem z przerażenia. Wtedy wyciągnęła rękę w moją stronę, tak jakby na mnie wskazywała i wypowiedziała jedno słowo:

 

- Sacramentum.

 

Automatyczny tłumacz wbudowany w oprogramowanie naszych urządzeń natychmiast przetłumaczył z języka łacińskiego:

 

- Tajemnica.

 

Stałem w milczeniu niczego nie rozumiejąc. Wtedy wizja zniknęła a ja usłyszałem że serce Jacka przestało bić. Wielki żal odczuwałem wszystkimi zmysłami. Tedy przerwał połączenie. Jakoś opanowałem się na tyle, że zdemontowałem wszystko co chciałem. Zrobił się z tego pokaźny kilkukilogramowy ładunek. Po kilkunastu minutach dzwoniła Susan. Kończyłem już, ale byłem jeszcze w laboratorium. Odebrałem. Powiedziała tylko trzy krótkie słowa zapłakanym głodem:

 

- Jack nie żyje.

 

I się rozłączyła.


                       *****

Wydarzenia ciągle toczyły się szybkim tempem. Z Australii wróciła Eva. Wiedziała już, że Jack nie żyje bo Elen od razu do niej zadzwoniła. Eva była przerażona. Lekarze sądowi, którym zlecono sekcje zwłok Jacka zapowiedzieli, że pogrzeb odbędzie się najszybciej za dwa tygodnie. Byli zdeterminowani, aby dowiedzieć się na co Georg i Jack zmarli. Schowałem plecak z danymi do piwnicy naszego sąsiada w której wcześniej ukryłem pieniądze. Z laboratorium dzwonił do mnie Edward. Poinformował mnie że FBI przeszukało całą pracownię i skonfiskowało wszystkie komputery. Szef chciał dowiedzieć się, co myśmy tam jeszcze odkryli o czym mu nie mówiliśmy i kto wymontował dyski, ale nic mu nie powiedziałem. Po kilku dniach przyjechała do naszego mieszkania policja i przeszukała wszystko, włącznie z naszą piwnicą. Niczego nie znaleźli. Wezwano mnie i wszystkie trzy dziewczyny na przesłuchane. Śledczy bardzo chcieli się dowiedzieć czy mówiliśmy coś o naszej pracy  i kto mógłby być zainteresowany w przejęciu danych. Chcieli się również dowiedzieć czy ktoś mógłby być zainteresowany eliminacją naszego zespołu. 


Z Susan przebywaliśmy prawie cały czas. Pocieszaliśmy ją wszyscy razem i na zmianę, włącznie z Elen, która przecież również straciła Georga. Susan nie umiała dojść do siebie. Od razu po śmierci Jacka wziąłem od Susan laptopa Jacka, na którym był artykuł do publikacji i wsadziłem go do trefnego plecaka. U niej w domu też była rewizja. Powiedziałem Susan, aby nie informowała śledczych, że Jack miał laptopa, którego zabrałem. Starannie wyczyściłem również laptopa Georga ze wszystkich śladów naszego artykułu i naszego odkrycia. Wszystkie dane były już wyłącznie w plecaku. Po tygodniu usiadłem obok Evy, przytuliłem ją i powiedziałem:

 

- Dzisiaj prześlę artykuł z naszym odkryciem do
opublikowania w magazynie “Science”. Eva słuchaj mnie
uważnie. Gdyby mi też coś się stało.

 

Eva się rozpłakała.

 

- Proszę cię, nie mów tak Thomas. Ja bez ciebie umrę.
- Nie umrzesz, słuchaj mnie uważnie. Gdyby mi się coś stało,
to w piwnicy naszego sąsiada są trzy duże torby. Jedna jest
dla ciebie, jedną dasz Susan a jedną dasz Elen. Tutaj masz
klucz od tej piwnicy. Pamiętaj, że on wraca za miesiąc 
i trzeba te torby stamtąd zabrać i oddać klucz od piwnicy do
jego mieszkania.
- Co w nich jest?
- Zobaczycie potem, ważne żebyś o tym pamiętała. Cokolwiek
by tam było to należy do was i nikomu o tym nie mówcie.
Słuchaj dalej. Zaraz tam zejdę po to aby wysłać artykuł, bo
jest tam laptop Jacka. W tej piwnicy oprócz tych toreb jest
również plecak. Tam są wszystkie dane o naszym odkryciu.
Dyski twarde i nośniki oraz notatki. Śledczy tego właśnie
szukają. Gdybym ja też zachorował, to weźmiesz ten
 plecak i zawieziesz go do dziekana wydziału fizyki na
uniwersytecie Stanforda. Powiesz, że kazałem ci to tutaj
przynieść. Zrobisz to dopiero po opublikowaniu artykułu. To
będzie głośne. Będą o tym mówić w telewizji. Będziesz
wiedziała kiedy. Zrozumiałaś?
- Tak
- Powtórz.
- Jedna torba dla Elen a druga dla Susan.
- Tak, trzecia jest twoja.
- Plecak mam zawieźć na wydział fizyki na Stanforda jak
opublikują artykuł.
- Dokładnie.
- Thomas musisz to publikować? Może to od tego?
- Muszę, obiecałem chłopakom. To nie od tego, to przecież
niemożliwe.

 

Zszedłem do piwnicy, wyjąłem z plecaka laptop Jacka. Znalazłem artykuł. Otworzyłem program pocztowy. Napisałem krótkiego maila do redaktorki “Science”, dołączyłem artykuł i trzymałem palec na padzie aby potwierdzić wysyłkę. W końcu kliknąłem “wyślij”. Stało się to, czego dokładnie się spodziewałem. Po raz pierwszy poczułem potworny ból w plecach. Ledwie doszedłem do domu. W domu trochę mi przeszło. Na drugi dzień poszedłem do znajomych już lekarzy w szpitalu. Przebadano mnie 
i polecono abym został w szpitalu. Nie zgodziłem się. Powiedziałem im wprost, że nie są w stanie mi pomóc. Wcale nie oponowali. Moja choroba, choć miała te same objawy, to przebiegała nieco mniej gwałtownie. Stanęło na tym, że wyposażono mnie w wózek, bo miałem problemy z chodzeniem i zobowiązałem się do przyjeżdżania codziennie do szpitala na badania i po leki. Eva została moją opiekunką. Pomagała mi we wszystkim, cały czas płacząc. Widziałem również, że po kryjomu modli się za mnie, choć to ukrywała. 


Po tygodniu.

  Siedziałem na wózku zamyślony, będąc na pogrzebie Jacka. Patrzyłem obojętnie na płaczącą Susan, ubraną w ciasną czarną sukienkę i próbowałem jakoś poukładać myśli. Wydarzenia ostatnich dwóch lat nakładały się na siebie tworząc tą dziwną, tajemniczą, tragiczną, historię. Z zamyślenia wyrwał mnie głos mojej kochanej Evy:

 

- Thomas, pora już jechać, muszę zawieźć cię do kliniki,
musisz dostać leki.
- Ok, Eva jedźmy już stąd.

 

Odpowiedziałem.

Mój stan zdrowia w kolejnych dniach zaczął się pogarszać. Oczekiwałem jakiś wieści od “Science”, ale na razie nic od nich nie dostawałem. W końcu nie byłem w stanie już samodzielnie wstać z łóżka i sam zdecydowałem, że pojadę do szpitala. Eva histeryzowała coraz bardziej. Ból się nasilał i dostawałem coraz większe dawki leków przeciwbólowych, aż w końcu i ja trafiłem na oddział intensywnej terapii. Położono mnie na tym samym łóżku, na którym umarł Georg. Eva nie odstępowała ode mnie. Prawie w ogóle nie spała. Lekarze byli bezradni i specjalnie tego nie ukrywali. Nie leczono mnie tak intensywnie jak Georga i Jacka. Może dlatego jeszcze żyłem. Rozmowa przychodziła mi z coraz większym trudem. Zdążyłem jeszcze pożegnać się z rodzicami, którzy przyjechali w ostatniej chwili. Potem straciłem przytomność w objęciach szlochającej Evy.


Dwa dni później.

  Eva, Susan i Elen stały w trójkę pod salą intensywnej terapii. Elen z Susan pocieszały zapłakaną Evę. Przed kilkoma minutami przyszedł do nich lekarz i oświadczył:

- Szykujcie się na najgorsze. Wyniki są bardzo złe. To
odpowiedni czas aby pożegnać Thomasa. Odejdzie 
w przeciągu kilku godzin.

 

Eva w objęciach Elen histeryzowała:

 

- Thomas nie zostawiaj mnie! Ja żyję tylko dla ciebie. Po to
mnie wtedy uratowałeś, żeby teraz mnie zostawić! Thomas
nie odchodź!

 

Susan zainteresowały słowa Evy.

 

- Eva, o czym ty mówisz? Kiedy Thomas ciebie uratował?

Eva zapłakana odpowiedziała:

- Dziewczyny, ja już praktycznie nie żyłam, stałam na skraju
 przepaści, chciałam skończyć ze sobą, chciałam skoczyć 
i wtedy...

 

Susan i Elen bardzo to zainteresowało. Susan dociekała:

 

- Eva, mów co wtedy! 
- On do mnie zadzwonił, właśnie wtedy, w tym momencie.
- Kto?
- Thomas, dzięki niemu jeszcze żyje.
- Co takiego?! Gdzie do ciebie zadzwonił?
- Do mnie do Australii na Moreton.
- Zadzwonił do ciebie ze Stanów jak chciałaś skoczyć 
w Australii?
- Tak. Ja wiem że to dziwne. Też tego nie rozumiem.


Susan i Elen doznały małego szoku. Eva kontynuowała:

 

- Nigdy mu tego nie powiedziałam, on uratował mi życie. Nie
chcę żyć bez niego.

 

Susan i Elen patrzyły na siebie w zdumieniu. W końcu Susan się odezwała:

 

- Eva, wiesz co, wcale nie jest pewne, że on o tym nie wiedział.
- Jak to? O czym ty mówisz?
- Oni coś odkryli, coś nadzwyczajnego, możliwe, że coś nie 
z tego świata. Oni wiedzieli więcej, niż może nam się
wydawać.

 

Susan stała chwilę w zamyśleniu aż wyraźnie się ożywiła. Dało się wyczuć, że nagle chce podjąć jakieś działanie. Mówiła głośno i szybko, prawie krzycząc:

 

- Eva, co z tym artykułem? Wysłał go do “Science”?
- Wysłał, ale źle.

 

Odpowiedziała zdziwiona Eva.

 

- Jak to źle?!
- No dzisiaj dzwoniła do niego jakaś redaktorka z “Science”.
 Odebrałam telefon. Ona chciała z nim rozmawiać, ale
powiedziałam jej, że on jest chory i jest w szpitalu. Ona
mówiła żeby przesłał artykuł jeszcze raz bo był załącznikiem
maila i się nie przesłał. Mówiła, że on chyba przez pomyłkę 
w ogóle go nie dołączył i żeby mu to przekazać.
Zapomniałam o tym a on i tak jest nieprzytomny.
- Co takiego? Eva czyli on go nie przesłał.
- No chyba nie.


Eva kontynuowała:

 

- Słuchajcie on mi mówił, że gdyby mu się coś stało, to jak ten
artykuł się ukaże, to mam zanieść jakiś plecak z dyskami na
uniwersytet Stanforda. No, ale teraz, jeśli ten artykuł się nie
przesłał to co ja mam zrobić?
- Eva jaki plecak? O czym ty mówisz?
- No, tam podobno jest wszystko na temat tego odkrycia.
Wszystko tam jest, jakieś dyski, nośniki, notatki, on tak
mówił.

 

Susan intensywnie myślała:

 

- “To odkrycie. To ono ich zabija. Chcą go ujawnić
i... umierają.”

 

Susan krzyknęła:

 

- Eva! Gdzie ten plecak?!
- W piwnicy od sąsiada.
- W jakiej piwnicy?
- No w tym domu gdzie Thomas wynajmuje mieszkanie.
- W waszej piwnicy?
- Nie, w tej z numerem 7, od sąsiada który wyjechał na
kontrakt.
- Masz klucz od tej piwnicy?
- Tak, leży w salonie na stole. Taki z zielonym sznureczkiem, od
kłódki.

 

Susan wydała polecenie:

 

- Dawaj klucze od mieszkania.


 Eva posłusznie podała jej klucze o nic nie pytając. Wtedy przyszedł ten sam lekarz:

 

- Mamy najnowsze wyniki. To nie godziny, to minuty. Jest
naprawdę bardzo źle. 

 

Eva znowu wpadła w histerię, ale Susan jej przerwała:

 

- Eva uspokój się, idź do niego! Mów do niego! Musi żyć
jeszcze przez godzinę! Elen jedziesz ze mną, pomożesz mi.

 

Elen i Susan wybiegły ze szpitala. Dobiegły do auta Elen bo było bliżej.

 

- Dajesz do ich mieszkania, najszybciej jak umiesz.
- Co chcesz zrobić?
- Zobaczysz.

 

Dziewczyny wbiegły po schodach, otwarły drzwi od mieszkania, chwyciły wskazany kluczyk i zbiegły do piwnicy. Otwarły piwnicę numer 7 i Susan chwyciła plecak z laptopem, dyskami i komputerowymi nośnikami. Wybiegła z budynku wraz z Elen. Dobiegły do auta.

 

- Elen jedź ! 
- Gdzie?
- Na most!
- Na jaki most?
- Jak to jaki? Na ten z którego chciałaś skakać!

 

Elen zrozumiała co Susan chce zrobić. Koła gwałtownie zapiszczały. Elen pędziła niemal tak samo szybko jak Georg, który jechał swoją Hondą, aby ratować jej życie. Dziewczyny zatrzymały auto przy krawężniku, przy przęśle i wbiegły z samochodu. 

 

- Gdzie chciałaś skakać? 
- Tu, dokładnie w tym miejscu.

 

Susan podeszła do barierki i wyrzuciła plecak. Zanim usłyszały plusk, to minęło kilka długich sekund. Plecak długo jeszcze niesiony prądem opadał na muliste dno rzeki Guadelupe. W końcu znalazł swoje miejsce wiecznego spoczynku, głęboko pod korzeniami przybrzeżnego, dawno obumarłego drzewa. Minie kilkanaście lat zanim zjawiska chemiczne zachodzące w środowisku wodnym bezpowrotnie usuną wszystkie zawarte na dyskach dane. Jednak proces ten jest nieunikniony i w żadnym razie, nieodwracalny.

 

- Obym miała racje i nie było za późno. Jedziemy do szpitala.

 

Susan podsumowała ich nagłą akcje spokojniejszym głosem.

 

 

 

……………..
* Uniwersytet Stanforda (ang. Stanford University) – prywatna uczelnia w Stanfordzie, w Dolinie Krzemowej, w bezpośredniej bliskości miasta San Jose. Jeden z najbardziej prestiżowych uniwersytetów świata.
* CDC - Centers for Disease Control and Prevention - amerykański odpowie- dnik Sanepidu.

 

.........................

 

Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów       .........   www. Ebookowo.pl

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...