Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano


 

Rok 2045. Północny Liban. 16 miesięcy po Lilian Day.

 

  Doktor wraz ze swoimi bandytami wynajęli pokoje w tanim hotelu w Sydonie, a głowicę trzymali pod łóżkiem nie spuszczając jej z oka. Siedzieli bezczynnie w tym hotelu już drugi tydzień, a doktor najwyraźniej na coś czekał. W końcu poinformował ich, że jutro rano powie im co będą dalej robić, dzięki czemu my mogliśmy być czujni i go we właściwym momencie podsłuchiwać. My już trochę się domyślaliśmy bo często myślał o tej właśnie części swojego planu i mieliśmy okazje już fragmenty podglądnąć, bo obserwowaliśmy go przez ostatnie kilka tygodni regularnie.
  Otóż dalszy plan doktora nie był dla niego rzeczą nową. Już od lat zastanawiał się, jak przeszmuglować do Jerozolimy materiały wybuchowe, choć nigdy nie miał nadziei na to, że to może być głowica jądrowa. Doskonale wiedział o bardzo skrupulatnej kontroli wszystkiego, co wjeżdża do Izraela. Państwo to, z racji swojej sytuacji geopolitycznej, niejako z założenia,  jest celem ataków terrorystów arabskich. Dzięki temu do perfekcji opanowano ochronę swojego terytorium przed sabotażystami i wwożeniem tam niebezpiecznych materiałów i broni. Samochody osobowe są na granicy szczegółowo sprawdzane i generalnie niechętnie wpuszczane a żadna, nawet niewielka ciężarówka ani autobus, za mur nie wjedzie. Wszystko jest przeładowywane i szczegółowo sprawdzane na granicy. Doktor był bardzo dobrze wykształcony i oprócz wielu najczęściej używanych języków świata, znał również arabski, choć może nie biegle. Utrzymywał kontakty z fundamentalistami arabskimi, choć nie był to nurt ideologiczny, który przyświecał akurat jemu w jego anarchistycznej działalności.

  Otóż już od lat zgłębiał temat przemycenia terrorystycznej kontrabandy w ciałach zmarłych w Libanie bogatych Żydów, którzy często chcieli być chowani na żydowskich cmentarzach, tuż przy murach Jeruzalem. Był to jego autorski pomysł z którego był dumny. Jak dowiedział się, że ma szansę kupić głowicę jądrową to postanowił swój pomysł zrealizować. Znalazł zaufany kontakt w Libanie i jego bratni towarzysze, oczywiście za stosowną opłatą, rozpoznali możliwość włamania się do największej kostnicy w Sydonie. Poinformowali go, że aby dostać się do prosektorium i pomieszczenia lodówek, wystarczy otworzyć tylko jedne drzwi, zamykane na zwykły, pojedynczy zamek, a cały teren w nocy nie jest strzeżony. Towarzysze zorganizowali mu klucz do tych drzwi i szczegółowy plan pomieszczeń. Poinstruowano go, gdzie trzymane są ciała i jak są identyfikowane oraz gdzie jest stół do przeprowadzenia sekcji zwłok. Libańscy towarzysze zachodzili przy tym w głowę, po co mu to wszystko wiedzieć. Doktor dowiedział się również, że ciała Żydów do Izraela transportuje się w trumnach, które są przygotowywane do takiego transportu właśnie w tym prosektorium. Zaczął tłumaczyć kompanom swój plan, a cała nasza trójka słuchała z zainteresowaniem i obrzydzeniem, ale również podziwem dla przebiegłości filozofa.

 

- Panie doktorze, jaki jest dalszy plan? Nic nam pan nie mówi 
 a siedzimy tu już dwa tygodnie bezczynnie.
- Nie mówię, bo wszystkiego będziecie dowiadywać się 
w stosownym czasie. Najważniejsze jest utrzymanie
tajemnicy.
- Jak długo będziemy tu czekać?
- Nie musimy już czekać, to na co czekaliśmy już się stało.
Jutro zaczynamy.

 

  Po analizie myśli profesora, wykoncypowaliśmy, że czekał on aż jeden z szanowanych obywateli narodu żydowskiego zmarł w szpitalu w Syjonie. Profesor tak dobrze przygotował swoją akcję, że wiedział, że taka osoba jest w szpitalu w stanie terminalnym i niedługo musi umrzeć. Wiedział również, że człowiek ten załatwił sobie pochówek pod murami Jerozolimy, choć koszt takiej usługi to mała fortuna. Byliśmy pod wrażeniem perfekcji planu i wysiłku, jaki został włożony w przygotowania. Jednak nadal byliśmy sceptyczni co do szans powodzenia. Doktor kontynuował przekazywanie swoich instrukcji:

 

- Jutro w nocy weźmiemy nasz “gadżet”, zaniesiemy go do
kostnicy i schowany w ciele nieboszczyka.
- Co takiego? W ciele nieboszczyka? Przecież to duża bomba.
Jak to schowamy?
- No normalnie, weźmiemy sekator, wytniecie co trzeba, tak
żeby pasowało. Schowamy, zaszyjemy, ubierzemy
nieboszczyka, wsadzimy z powrotem do trumny i gotowe.
Resztę dokończymy już w Jerozolimie.
- Doktorze co to znaczy, wytniecie co trzeba? My mielibyśmy
to robić?
- No przecież ku..a jesteście bandytami i dobrze wam płacę.
Jakie macie wątpliwości?
- Nie jesteśmy rzeźnikami!
- Ani kanibalami!

 

Dodał drugi.

 

- Przecież nie każę wam go zjadać. To nieboszczyk, sztywniak,
do tego zamrożony nie będzie krwawił. Pół godzinki i po
robocie.

 

My słuchając, nie mogliśmy w to uwierzyć, nie wiedzieliśmy czy mamy się śmiać czy ubolewać nad obrzydliwością tego planu. Jednak uśmiechów nie umieliśmy powstrzymać. Bandyci nie bandyci, ale obserwowaliśmy oczami doktora miny tych nieszczęśników, którzy będą musieli zrobić coś takiego. Wtedy Georg wpadł na pomysł.

 

- Słuchajcie, mam pewien pomysł.
- Jaki?

 

Zapytałem.

 

- Chodźcie dopiszemy kilkanaście linijek kodu do
oprogramowania Teddy‘ego. Tak żeby analizował czy 
w promieniu trzystu metrów od profesora nie pojawiają się
ciągle te same identyfikatory innych osób.

Od razu zrozumieliśmy o co mu chodzi.

 

- Jesteś geniuszem.

 

Georg podejrzewał, że azjatycki oligarcha nie pozostawił swojego towaru, zupełnie bez “opieki” profesorowi i jego ludziom i będzie chciał mieć jakieś rozeznanie, gdzie jest głowica, dopóki nie dostanie za nią pieniędzy. Jak się okazało Georg miał racje i głowicę dyskretnie eskortowali nie tylko ludzie profesora, ale również zaufany bandyta, komandos Iwana, który cały czas podążał ich tropem. Na rozkaz swojego szefa w każdej chwili był gotowy pozbyć się doktorka i jego ludzi oraz odzyskać “towar”.


Nazajutrz.

 

  Wiedzieliśmy o której profesor zaplanował nocną akcję w prosektorium, więc czekaliśmy w napięciu w trójkę w laboratorium, co będzie działo się dalej, choć pora dnia była dla nas trochę nietypowa i ochrona instytutu podejrzanie na nas patrzyła. Jednak o nic nie pytali, byli przyzwyczajeni do tego, że naukowcy potrafią czasem siedzieć do nocy przy swojej pracy. Po ustanowieniu połączenia widzieliśmy, że profesor ze swoimi zbirami jest już pod zakładem pogrzebowym. Widzieliśmy jego oczyma, jak zbiry wyciągają bardzo ciężką torbę z bagażnika samochodu i niosą ją z trudem do drzwi piwnicznej części prosektorium, a profesor otwiera drzwi dorobionym dla niego kluczem. Wszystko szło sprawnie. Wewnątrz było ciemno i nikt prosektorium nie pilnował. Profesor szybko znalazł gotową do transportu trumnę i zidentyfikował ją po oznaczeniu. Wiedział już, że wewnątrz był “jego” nieboszczyk. Trumna była zamknięta jednak w taki sposób, aby po odkręceniu czterech wkrętów łatwo było ją otworzyć. Profesor wiedział, że takie trumny są na granicy otwierane i sprawdzane. Choć nie znał szczegółów tej kontroli to miał nadzieje, że po prostu się do nich zagląda 
i jak wszystko “wygląda dobrze” to ponownie zamyka i przepuszcza przez granicę. Ponieważ trumna była w znacznej części metalowa, to do jej kontroli nie stosowano wykrywacza metalu. Profesor ryzykował konfiskatę przesyłki, ale nie miał wyjścia.

  Cała trójka założyła na głowy latarki czołowe i otworzono trumnę. Rzeczywiście wewnątrz był bardzo gustownie ubrany i przygotowany do pogrzebu Żyd. Plan profesora był tak precyzyjny, że wiedział on nawet, że osoba ta jest bardzo wysoka, potężnej budowy ciała i bardzo otyła. Szukał ciała w którym byłoby “dużo miejsca“. Cała trójka 
z największym trudem wyciągnęła nieboszczyka z trumny i rozebrała ze wszystkiego w co był ubrany, a następnie korzystając z wózka, który był na wyposażeniu prosektorium, zawieziono go do pomieszczenia sekcyjnego. To co działo się potem nie daje opisać się żadnymi słowami. Z obrzydzeniem odwracaliśmy głowy od monitora, widząc co te wynaturzone palanty robią z ciałem. Teddy i tak, ku naszej uldze przerwał połączenie. Zdążyliśmy jedynie zobaczyć, że głowica nie chce się zmieścić i trzeba ją siłą upychać. Po ponownym ustanowieniu połączenia, z czym specjalnie się nie śpieszyliśmy, zobaczyliśmy, że “zboczona brygada” zaszywa ciało przygotowaną wcześniej nicią chirurgiczną a plastikowy duży worek w torbie w której przyniesiono bombę, jest teraz wypełniony tym, co trzeba było usunąć. Następnie doktor 
z kompanami  umyli nieboszczyka oraz całe pomieszczenie sekcyjne wykorzystując do tego myjkę, która była tam zainstalowana. Potem przewieziono nieboszczyka z powrotem do pomieszczenia z trumną, starannie go wytarto, ubrano i do trumny włożono. Choć całe to przedsięwzięcie budziło naszą odrazę, to podziwialiśmy dzieło. Wszystko naprawdę wyglądało dobrze a kanty trefnego cylindra naciągnięte skórą, maskował skutecznie obszerny garnitur.
Profesor z brygadą zamknęli trumnę, przetarli  wszelkie ostatnie ślady, zabrali torbę i narzędzia, wyszli, zamknęli drzwi i spokojnie poszli do samochodu. To co miało trwać pół godziny trwało prawie cztery, ale rzeczywiście wszystko im się udało. Zainstalowali głowicę jądrową w ciele nieboszczyka. Zwróciliśmy uwagę na jeszcze jedną istotną okoliczność. Komandos Iwana przegapił nocną akcję profesora i jego brygady. Inwigilując w nocy profesora widzieliśmy, że w jego pobliżu nie ma człowieka Iwana. Zbir ten śledził głowice, ale tylko od świtu do nocy. Był tam w końcu sam i musiał kiedyś iść do hotelu. Widać nie przyszło mu do głowy, że profesor może wynieść gdzieś głowicę w nocy. Niestety dla bandytów, stara głowica nie była wyposażona w nadajnik GPS który pozwalałby śledzić jej lokalizacje.

 

Wpadliśmy w panikę. Widzieliśmy, że zupełna bierność może okazać się niewystarczająca. Profesor na razie skutecznie realizuje swój plan. Tak na wszelki wypadek, postanowiłem jednak jakieś przygotowania poczynić, gdyby przyszło nam wykazać aktywność w tej sytuacji. Mianowicie poszedłem kilka dni wcześniej na znany w mieście bazar i rozpytałem się, gdzie można kupić telefon komórkowy. Domyślałem się, że pewnie będzie kradziony. W końcu wskazano mi właściwego sprzedawcę. Był to młody, nerwowy chłopak. Był trochę nieufny, ale pokazał mi swój asortyment. Miał kilka sztuk do wyboru.

 

- Daj taki najtańszy.
- To ten. 20 baksów, ale do tego niestety nie mam ładowarki.
- A do którego masz?
- Do żadnego nie mam.
- Tak drogo za taki szajs?

 

Podroczyłem się z nim trochę.

 

- Chcesz lepszy to idź do salonu.
- Muszę kupić jakikolwiek bo mój mi przed chwila zwinęli. Nie
masz go czasem?

 

Zagadałem z głupim uśmiechem.

 

- Spadaj, gościu.

 

I zaczął zwijać towar.

 

- Dobra masz te dwadzieścia baksów i dawaj, ale muszę mieć
taki z kartą, żebym mógł zadzwonić do żony, chciałbym aby
po mnie przyjechała.
- Działających nie sprzedaję, nie jestem złodziejem.

 

Wyciągnąłem kolejne dwadzieścia dolarów. Chłopak wziął z pewną obawą, rozglądając się nerwowo, ale w końcu pokazał mi wzrokiem kosz na śmieci, kilkanaście metrów dalej. Podszedłem i zobaczyłem że ktoś wyrzucił do niego kilka kart do telefonów. W ten prosty sposób dysponowaliśmy już sprzętem, aby w ostateczności powiadomić jakieś służby w Izraelu. Przygotowaliśmy sobie również stosowne numery.

Zorganizowaliśmy krótką naradę.

 

- Trzeba chyba zacząć coś działać.

 

Zagaiłem.

 

- Chcesz powiadamiać jakieś służby w Izraelu?
- No chyba sprawy zaszły już tak daleko, że nie mamy wyjścia?

 

Myśleliśmy dłuższą chwilę, aż na twarzy Jacka zajaśniał szeroki uśmiech.

 

- Jack, ja nawet nie wiem czy chcę słuchać twoich pomysłów.


Zareagował Georg.

 

- Ja też się boję, co on zaś wymyślił?
- To mogę w końcu powiedzieć czy nie?

 

Z głupią miną zapytał Jack.

 

- No dobra gadaj, jakoś to przeżyjemy.
- Wiem co zrobić żeby bomba nie wybuchła, obejdzie się bez
żadnych służb.
- No, słuchamy?
- Podpierniczymy im kasę.

 

Na twarzy Jacka rozpromieniał świetlisty banan.

 

- No co się tak gapicie? W końcu młodzi jesteśmy, na starcie
życia... to się przyda. Przecież to nie będzie kradzież, tylko
bohaterska próba ratowania dziedzictwa kulturowego całej
ludzkości. I to jeszcze trzech kultur. Akurat też będą trzy
torby to będzie łatwo się podzielić.
- No tak, jedna torba, jedna kultura. Słuchaj przyjacielu, to
całe towarzystwo to najbardziej brutalni mordercy, jacy
chodzą po tym ziemskim padole. Jak chciałbyś to zrobić?
- A normalnie, przecież znamy hasło do skrytek. Jak jedni kasę
tam zostawią to zanim następni przyjdą to my ją
zagospodarujemy.
- To niby co chciał byś z nią zrobić? To 150 kg.
- Nic. Wynajmiemy sąsiednie skrytki i torby się przełoży. To
wszystko, wystarczy polecieć do Tampy. Pięć minut roboty. 
A jak wszystko się uspokoi i towarzystwo powyrzyna się
nawzajem to spokojnie za kilka dni się kasiorkę przywiezie 
i tyle.

 

Odpowiedź nie chciała przejść mi przez gardło. Ale w końcu poczucie analitycznej, naukowej poprawności wewnętrznie we mnie zwyciężyło z poczuciem rozsądku i instynktu samozachowawczego. Skwitowałem z głupim uśmiechem:

 

- W sumie, dobry pomysł.

 

Twarz Georga również zajaśniała szyderczym uśmiechem.

 

.......................

 

Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów       .........   www. Ebookowo.pl

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...