Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Rok 1842. Osada El Pueblo de San José de Guadalupe.  W przyszłości miasto San Jose w Kalifornii. Manufaktura wytwarzająca farby i barwniki. 

 

- William. Choć szybko. Przywieźli dostawę. Widzę wozy
jadące z portu.
- Jesteś pewny, że do nas?
- Na pewno, zobacz co wiozą.
- Dębowe beczki, to na pewno dla nas.
- Tak, nasz Vermilion *. Długo trzeba było czekać.
- W końcu płynął z Hiszpanii.
- John, idź po więcej ludzi. Trzeba to bezpiecznie rozładować.
- W przyszłym tygodniu powinni przywieźć Natron*. Wtedy
będziemy mogli zacząć produkcję.


  Wiliam i John to dwaj młodzi, zaradni osadnicy i rzemieślnicy jednocześnie, którzy przypłynęli do byłej zamorskiej kolonii brytyjskiej w celu dorobienia się majątku. Inni osadnicy przywozili ze sobą chęć do pracy i siłę własnych rąk, lecz Wiliam i John przywieźli coś więcej. Obaj pracowali w dużej londyńskiej wytwórni barwników i przywieźli ze sobą wykradzioną tajemnicę technologii ich produkcji. Wiedzieli już, że zapotrzebowanie w niedawno powstałym państwie na różnego rodzaju chemikalia wciąż rosło, a ich ceny, w związku z koniecznością transportu morskiego i lichwą gildii kupieckich były bardzo wysokie. Posiadali już pewien dorobek i zainwestowali w stworzenie manufaktury do produkcji barwników. Jednym z procesów technologicznych, jaki zamierzali zastosować, było ługowanie zasadą sodową, siarczku rtęci. Wiedzieli jak robiono to w Londynie i mieli nadzieję, że uda im się odtworzyć proces w Stanach Zjednoczonych. W wyniku tego uzyskiwano cynober, czyli jeden z najbardziej cenionych barwników wykorzystywanych do trwałego farbowania tkanin oraz do produkcji farb. Zamierzali produkować również inne barwniki na bazie siarczku rtęci w reakcjach z różnymi chemikaliami, tak jak robiono to w Londynie. Cena cynobru, tak jak i innych barwników była bardzo wysoka a popyt spory. Problemem jednak był ciekły odpad, który powstawał w trakcie procesów i płukania instalacji.

 

- John co zrobimy z odpadem? Będziemy spuszczać na drogę?
- Nie, tak nie wolno. Myślałem o tym. Z drogi odpad dostanie
się do rzeki i zdechną wszystkie ryby. Mogliby mieć do nas
pretensje a poza tym ochrona środowiska to bardzo ważna
sprawa.  (opowiadanie pisałem dwa lata temu 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

)
- Wiec co? No przecież nie na naszą działkę. Zatrujemy się tym
 świństwem.
- Oczywiście, że nie na działkę. Wiliam, nie ma problemu.
Przecież tam gdzie jest stara chałupa, jest ta stara studnia 
i tak z niej nie korzystamy bo mamy nową.
- Myślisz że weźmie?
- A czemu nie? Wszystko wsiąknie, dowiadywałem się, pod 
 pięciometrową warstwą gliny jest piasek.
- Musimy więc poprowadzić tam jakiś rów.
- Z tym nie będzie problemu, wykopiemy rów. Jest dużo
chętnych ludzi do roboty.

 

                       *****

Pół roku później.

 

- Wiliam, te ostatnie są jeszcze lepsze od tych poprzednich.
- Świetnie wyszły. Mówiłem, żeby trochę zwiększyć
temperaturę.
- Miałeś rację, mają głębszy kolor.
- I tak wszystko zeszło. Ściągają do nas z połowy Stanów.
- Wszyscy są zadowoleni. John, wkrótce będziemy bogaci!
- Już jesteśmy.

 

Na drodze w oddali pojawił się jakiś jeździec. Widocznym było, że jedzie z daleka. Juki miał wypełnione bagażem i był solidnie ubrany.

 

- Ktoś jedzie. Chyba do nas.
- Wygląda jakby kupiec.
- Na wszelki wypadek przynieś Petersona*.

 

Jeździec zatrzymał się przed manufakturą i zsiadł z konia.



- Hej, czy to wy wytwarzacie barwniki?
- Tak.
- Dostałem próbki waszych wyrobów.
- I co?
- Spełniają moje wymagania. Przyjechałem z daleka.
Chciałbym złożyć zamówienie.
- Na cynober?
- Tak i na pozostałe barwniki również.
- Mamy jeszcze trochę, ile chcesz?
- Chcę zamówić w sumie 100 centarów*. Potraficie tyle
wyprodukować?
- Co takiego? Chcesz 100 centarów naszych barwników. Wiesz
ile to kosztuje?
- Wiem, nie ma problemu. Odbieram towar i płacę gotówką.
- Na kiedy potrzebujesz?
- Kiedy zrobicie?
- 100 centarów? Jakie byś chciał? I ile z każdego?
- Mam tu listę, zobaczcie.
- Jakieś dwa miesiące. Nie mamy tyle składników. Musimy
sprowadzić.
- Może być, za 8 tygodni przyślę cztery wozy po towar.
- Po co ci tyle?
- Niedawno otwarliśmy fabrykę tkanin. Testujemy nowe krosno
 mechaniczne.
- Spiszmy umowę.
- Wiozę ją ze sobą, w umowie macie dokładnie ile i czego
potrzebuję, tylko ją podpiszcie.

 

Po dziesięciu minutach.
 
- Nie wiecie gdzie mógłbym znaleźć nocleg?

- Jedź dalej do miasteczka, tam jest karczma i tam cię
przenocują.
- To do zobaczenia.
- Trzymaj się.

 

Klient odjechał a John i Wiliam spojrzeli na siebie.

 

- Stary jesteśmy bogaci
- 100 centarów. Dobry Boże. Widziałeś kwotę na tej umowie?
- Damy radę tyle zrobić?
- Vermilionu i reszty chyba nam starczy, trzeba tylko
sprowadzić Natron. No i zamówić beczki.
- Jutro poślemy posłańca, za miesiąc dowiozą. Beczki zrobią
nam na miejscu. Zatrudnimy kilkunastu ludzi na czas
produkcji. Będziemy robić po 16 godzin dziennie.
- Wiliam, studnia nie weźmie tyle ścieku.
- Myślę o tym. Od jutra każemy kopać trzy następne obok tej
starej. To majątek nie kosztuje.
- Świetny pomysł. Że też o tym sam nie pomyślałem.

 

                       *****


Historia Elen. Ciąg dalszy. Osiem miesięcy po Lilian Day.

 

  Elen bez trudu znalazła pracę podobną do tej, jaką już miała, tyle że w mniejszej firmie. Firma ta również zajmowała się handlem nieruchomościami w okolicach San Jose 
i w samym City. Jej nowy szef aniołem nie był a raczej starą, ciągle narzekającą i wszystkiego czepiającą się zrzędą, ale Elen po doświadczeniach w korporacji była odporna na wszystkie możliwe złośliwości, jakie mogły ją w pracy spotkać i nie przejmowała się niczym. Była już jak doświadczony szczurzy ninja, zaprawiony w szczurzych podgryzach i wyścigach. Zresztą jak się szybko przekonała, w istocie nikt nie chciał jej dokuczać i być w stosunku do niej złośliwy, a szefowi chodziło tylko o efektywną pracę. Kiedy się zorientowano, że naprawdę dobrze zna się na swojej robocie, to od razu zaczęto ją cenić i dano jej wprost do zrozumienia, że na kogoś takiego właśnie w firmie czekano. Korporacja przez kilka lat inwestowała aktywa w rozwój zawodowy Elen, a nowy pracodawca dostał ten bagaż doświadczeń i umiejętności gratis.

W efekcie bardzo szybko awansowała na szefową swojego małego, trzyosobowego działu i powierzono jej odpowiedzialne zadania, kluczowe dla funkcjonowania firmy.

 

  Elen wyceniała i skupowała niewielkie działki na przedmieściach, pod budowę domów jednorodzinnych, a firma po ich technicznym uzbrojeniu i przygotowaniu prawnym, sprzedawała je z zyskiem. Interes dobrze się kręcił i Elen zaczęła dobrze zarabiać. Jednak pewnego dnia szefostwo jej firmy poinformowało ją, że dostało poufną informacje z pewnych źródeł, że na rynku pojawi się wkrótce działka w samym centrum San Jose. Działka pod budowę wieżowca w City. Elen dostała zadanie przygotować rekomendacje do ewentualnego kupna tej działki. Doskonale rozumiała, że jej cena wielokrotnie będzie przekraczać cenę wszystkich działek jakie firma sprzedała wszystkim swoim klientom od początku swojej wieloletniej działalności. Na tej działce firma może zarobić krocie i może to być dla firmy interes życia, ale najpierw trzeba by wziąć ogromny kredyt na jej kupno. Takie działki pojawiają się raz na kilka lat. Jeśli transakcja okazałaby się niewypałem, to doprowadziłoby to do bankructwa. Elen znała się już na tyle dobrze na tej robocie, że czuła, że to zadanie ją przerasta. Takimi właśnie działkami handlowano w korporacji. Wiedziała, że takie działki potrafią mieć najróżniejsze wady techniczne i prawne, a sprzedający zrobią wszystko, żeby tych wad nie ujawnić. Wiedziała również, że efektywne wykorzystanie takiej działki może nawet zależeć od relacji politycznych nabywcy w stosunku do aktualnie panujących władz miasta albo nawet od terminu wyborów i tego kto je wygra. 


  Działka rzeczywiście pojawiła się na rynku i to w wyjątkowo atrakcyjnej cenie. Wszystko wyglądało bardzo dobrze i kierownictwo naciskało Elen na pilną rekomendację pozytywną. Zaczęto już załatwiać kredyty. Elen zwlekała i kierownictwo zaczęło być w stosunku do niej bardzo nieprzychylne. Szef ją opierniczył i polecił wskazać, jakie według niej są przyczynki ku temu, żeby tej działki nie kupować.

 

Elen ze łzami w oczach podzieliła się swoim problemem z Georgiem. Relacje pomiędzy Elen a Georgiem były już tak bliskie, że Georg częściej nocował u niej, niż 
w naszym wspólnym mieszkaniu. 

 

- Elen gdzie jest ta działka i kto ją sprzedaje? 
- Po co ci to wiedzieć? 
- No gadaj.
- Santa Clara Street 230. Sprzedaje agencja Shmith.
- Dzielnica wieżowców. Wstrzymaj decyzję jeszcze o jeden
dzień, spróbuję coś sprawdzić.

 

Elen bardzo to zdziwiło i zaskoczyło.

 

- Co ty jesteś w stanie sprawdzić? Przecież zupełnie się na tym
nie znasz.
- Oczywiście że się nie znam, ale może znam kogoś kto się zna.
Tam gdzie pracuję mają kontakty naprawdę z wpływowymi
ludźmi w tym mieście.

 

Elen była bardzo zdziwiona tym co jej Georg powiedział.

 

Nazajutrz.

 

Elen jest w biurze i słyszy że Georg do niej dzwoni. 

 

- Kupiliście już?
- Jeszcze nie, powiedzieli że kupią bez mojej rekomendacji, 
a mnie wywalą z roboty.
- Elen, idź do nich natychmiast. Rekomendacja jest prosta. Nie
 kupować!
- Co ty gadasz?
- Nie kupować!!! 
- Dlaczego?

 

Elen przez chwile słuchała Georga, a następnie wparzyła od razu do gabinetu szefa.

 

- Nie kupujemy!
- Co takiego? Dlaczego?
- Nie mam pewności, ale nie kupujemy. Wstrzymaj transakcję!
- Spokojnie, jeszcze chyba niczego nie podpisywaliśmy.
- Nie kupujcie ! Ta działka jest trefna!
- Jesteś pewna?
- Tak, mam informację na którą czekałam, dlatego zwlekałam.
- Już dzwonię do zarządu. 

 

Po kilku minutach szef przyszedł do Elen. 

- Ubieraj się, kontrahenci już są w drodze do siedziby zarządu.
 Jedziemy tam razem. Ale jak się pomyliłaś to zwolnią i mnie 
i ciebie a wtedy ja zrzucę cię z mostu do rzeki... i z czego się
śmiejesz?


Po trzydziestu minutach Elen z szefem weszła do gabinetu zarządu firmy w której oboje pracowali. Było tam kilku mężczyzn w tym prezes i dyrektor do spraw finansowych oraz dwóch przedstawicieli spółki Smith, która sprzedawała działkę. Prezes od razu przeszedł do rzeczy:

 

- Panowie, zanim podpiszemy papiery to nasi przedstawiciele
działu rekomendacji chcieliby zadać wam jeszcze kilka pytań.

 

Na twarzach sprzedających Elen zauważyła lekkie objawy zdenerwowania, które obaj próbowali ukryć.

 

- O co ta młoda dama chciałaby nas jeszcze zapytać? Co cię
 panienko niepokoi? Bo jak tu usłyszałem, tylko ty masz jakieś
 wątpliwości.

 

Elen również przeszła od razu do meritum:

 

- Czy przeprowadzaliście badania środowiskowe dla tej
działki?
- Jakie badania?
- Czy grunt nadaje się do zabudowy?
- To chyba oczywiste, to działka budowlana, można na niej
 wybudować wieżę do samego nieba.
- No tak, do nieba. Czy badaliście toksyczność gruntu?

 

Obaj panowie na chwilę zaniemówili. Ich oblicza w tej samej chwili zapłonęły takim rumieńcem, jakiego nie powstydziłby się zwycięzca konkursu jedzenia papryczek chili.

 

- Po co mielibyśmy to robić? Żadne przepisy tego nie
wymagają.
- Przy sprzedaży działki nie wymagają, ale przy odbiorze
budynku a zwłaszcza apartamentowca w którym jedno
mieszkanie kosztuje kilka milionów dolarów, to już może być
inaczej. Inspektorzy budowlani choć nie muszą, to mogą
zażyczyć sobie takich badań. Bardzo bogaci ludzie lubią
oddychać bardzo zdrowym powietrzem w swoich bardzo
drogich mieszkaniach.
- Nie chcecie tej działki to wasza sprawa, jak jej nie kupicie to
 sprzedamy komuś innemu. Sami możecie sobie to przebadać.

 

Wtedy wtrącił się szef Elen:

 

- No właśnie, o to nam chodzi, poczekajmy jeszcze parę dni.
 My pilnie zlecimy badania gruntu na nasz koszt, tak że nic
was to panowie nie będzie kosztować i jak będzie wszystko 
w porządku, to kupimy działkę.
- Chcecie badać działkę, która do was nie należy, a z jakiej
racji, nie ma mowy, sprzedamy ją komuś innemu.

 

Wtedy wtrącił się prezes zarządu:

 

 - No to w takim razie sprzedajcie nam ta działkę o 5% taniej,
bez żadnych badań.

 

Zapadło milczenie.

 

- Musimy wyjść i się zastanowić, zaraz wrócimy. 

 

Przedstawiciele firmy Smith wyszli na korytarz a szef Elen zapytał się prezesa zarządu:

 

- Chcesz to kupić taniej pomimo wątpliwości?
- Jak wrócą i powiedzą, że się zgadzają to wykopię ich na zbity
pysk.

 

Po minucie wrócili.

 

- Zgadzamy się.
- Dzięki panowie, ale my jednak odstąpimy od umowy,
szukajcie innego kupca. 

 

Zdenerwowany prezes wsadził umowę i inne dokumenty do neseseru i od razu wyszedł. Elen widziała w oczach panów od Smitha, którzy bacznie się jej przyglądali, że gdyby oni dzisiaj dorwali ją na tym moście, to wcale nie musiałaby sama z niego skakać.


Kilka godzin wcześniej.

 

Georg przyszedł do pracowni i od razu zaczął uruchamiać całą aparaturę. Ja i Jack byliśmy już tam również.

 

- Georg, co robisz? Na razie pracujemy, zabawki po południu.
- Wiem, ale muszę coś sprawdzić, od tego zależy los Elen.
- Coś jej los coraz częściej zależy o Teddy‘ego. Mam nadzieję,
że wiesz co robisz i pamiętasz, że zabawki są tajne.
- Wszystko pamiętam, ale muszę sprawdzić.
- Pomożemy ci, co chcesz wiedzieć?
- Agencja nieruchomości Shmith. Trzeba namierzyć tam kilku
gości.

 

Zaczęliśmy szukać i w końcu trafiliśmy na prezesa w swoim gabinecie. Cicho rozmawiał ze wspólnikiem. Przeszli do tematu a Georg usłyszał to, o co mu chodziło.

 

- Nie wiem dlaczego tak to odwlekają? Mieliśmy to załatwić
już dwa dni temu. 
- Podobno jakaś smarkata baba jeszcze to blokuje.
- Nie wiesz co to za jedna?
- Słyszałem że jakaś ździra, wywalili ją z korpo, źle się
prowadziła, sprawiała im kłopoty. Jakaś afera z nią była.
- Może coś wiedzieć?
- Nie sądzę, niby skąd?
- Po cośmy tą gównianą działkę kupili. Trzeba to było
porządnie sprawdzić.
- Daliśmy się zrobić w... nie powiem w co. Teraz trzeba to
sprzedać i minimalizować straty. I tak stracimy na tym
fortunę.
- Ile tej rtęci wyszło?
- Dopuszczalna norma przekroczona 1300 razy.
- Rany Boskie, na drugi raz sprawdzamy wszystko. Ale to
naprawdę wszystko! Skąd to gówno się tam wzięło?
- Kartograf sprawdził to na starych mapach. Tam w XIX wieku
była jakaś farbiarnia.
- Co?
- No jakaś wytwórnia farb czy coś takiego, używali rtęci, taka
wtedy była technologia.
- Gnoje, spuszczali do gruntu, akurat na naszą działkę.
- Ci co nam sprzedali, wiedzieli?
- A jak myślisz?

 

Georg usłyszał myśl prezesa:

 

- “Ja was zasrańcy jeszcze dorwę. Zapłacicie za to. A tobie
wspólniku też podziękuję. Miałeś to palancie zbadać zanim
kupiliśmy a nie już po fakcie.”

 

Dalej rozmawiali:

 

- Jedźmy już, czas to mieć za sobą. Nikt nie może się nigdy
dowiedzieć, że coś wiedzieliśmy i że to badaliśmy. Oni przez
to zbankrutują i będą nas ciągać po sądach.
- Spokojnie, mamy dobrych prawników i jesteśmy w prawie.
- Gdzie jest ta ekspertyza?
- Wszystko zniszczyłem, nie ma żadnej ekspertyzy.
- Ta firma co to badała, jest pewna?
- Na 100%, to fachowcy, wiedzą o co chodzi, nie raz już dla
nas pracowali. Nikomu nie udzielą żadnych informacji.
- Jak się nazywa?
- Geotech. 
- No dobra, jedziemy, sprzedajmy to wreszcie.

 

Tedy przerwał połączenie a Georg chwycił za telefon i dzwonił do Elen. Po krótkiej rozmowie stał przez chwilę w milczeniu, aż w końcu zwrócił się do Jacka:

 

- Umiałbyś się włamać do komputerów tego Geotechu i to dla
mnie znaleźć?
- Ja? Przecież znasz się na tym lepiej ode mnie.
- Widziałem, że dobrze ci idzie z tym translatorem.
- Pogrzebię trochę potem. Gdzie ta działka?
- Santa Clara street 230.
- Po co ci to?
- Mam pewien pomysł.

 

Popatrzyliśmy Georgowi w oczy.

 

- Ty łotrze. 
- Ja chyba też wiem co kombinujesz.

Roześmialiśmy się jak zawsze.

 

 Nazajutrz.

 

Jack zwrócił się do Georga:

 

- Mam te ekspertyzy o które prosiłeś z tego Geotechu.
- Włamałeś się na ich serwer?
- Ani serwerem bym tego nie nazwał ani włamaniem. Ten
serwer to zwykły komputer, a ich sieć to jeszcze dwa inne
komputery i to wszystko. To malutka firma. Lista płac ma
siedem nazwisk. O włamaniu też bym raczej nie mówił.
Wszystko zajęło 10 minut. Po prostu tam wszedłem. Hasło
zgadłem za piątym czy szóstym razem bez żadnych sztuczek.
Wiesz jakie było?
- Jakie?
- Geotech1.
- No tak.

 

Georg się uśmiechnął.

 

- Czemu mówisz że ekspertyzy?
- Bo są dwie, identyczne, dotyczą tej samej działki, Santa
Clara street 230.
- Dwie?
- No tak, jedna sprzed miesiąca dla agencji Shmith a druga
sprzed dwóch miesięcy dla firmy która tą działkę Shmith‘owi
sprzedała.
- Jak Shmith jej zlecił ekspertyzę to nie powiedzieli im, że już
robili ją dla kogoś innego?
- No pewnie że nie. Po co mieliby to robić? Nie będą się
wtrącać do czyichś interesów a poza tym wzięli kasę dwa
razy za to samo. Zmienili tylko tytułową stronę i zmienili daty
otworów i badań. Za drugim razem niczego już nie badali.
Wyniki i przekroje geologiczne są takie same. Wielkie
przekroczenia dopuszczalnego stężenia rtęci i to aż do 
30 metrów w głąb gruntu.

 

Georg się roześmiał.

 

- Świat jest zły. Wydrukujesz mi ją tak, żeby nie było wiadomo
kto ją zlecił i kiedy była robiona?
- No masz, już to zrobiłem, Masz w dwóch kopiach bo jak się
 domyślam, tyle będziesz potrzebował.

 

……………..
* Vermilion- (cynober) historyczna nazwa siarczku rtęci. Dawniej powszechnie używany pigment do produkcji czerwonego barwnika. Silnie trujący związek rtęci. 
* Natron- historyczna nazwa sody (węglanu wapnia). Minerał pozyskiwany z osadów jeziornych w klimacie gorącym, również z terenów obecnej Kalifornii. Służył do produkcji ługu sodowego.

* Peterson - od nazwy miasta, pierwszy pistolet produkowany przez Colta.

* 100 centarów - około 5 ton.

 

......................

 

Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów       .........   www. Ebookowo.pl

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...