Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nazajutrz.

 

Musiałem coś chłopakom powiedzieć.

 

- Słuchajcie koledzy, chcę was o czym poinformować.
- No nawijaj.
- Od wtorku nie będzie mnie parę dni.
- Co takiego?
- No tak, muszę trochę odpocząć, no zregenerować siły, może 
 z tydzień.
- Co ty Thomas musisz?
- No parę dni. Już dzisiaj szefowi mówiłem, nie miał nic
przeciwko a wręcz przeciwnie, powiedział że powinniśmy
wszyscy wyjechać na miesiąc lub dwa a najlepiej na pół
roku, bo za długo tu siedzimy i pewnie jesteśmy przemęczeni.
- Thomas, ty coś kręcisz, co to ma być? Gadaj prawdę, ty
jesteś przemęczony?
- Oj tam, oj tam, przemęczony czy nie, wyjeżdżam na parę dni,
 ponurkować.
- A... łotrze, ponurkować, pewnie do Australii?

 

Georg musiał jednak coś podsłuchać, jak mnie wtedy rano przyłapał.

 

- Georg o czym on mówi? 

 

Zapytał Jack.

 

- Wiesz co Jack, ja chyba wiem, nasz kolega poszukał sobie
 dziewczynę.
- Thomas to prawda?
- No, a choćby, przecież młody jestem, nie?
- Tyle że on, zamiast poszukać sobie dziewczynę w pubie albo
 ewentualnie przez internet, na przykład na Facebuku albo
jakimś komunikatorze, to sobie poszukał za pomocą
najnowocześniejszego na świecie komputera kwantowego, za
miliony dolarów.
- No choćby? A co to za różnica? Przecież to i tak tylko
komputer,“wsio z Tajwana”.
- Ale nie twój, tylko instytutu i dziewczyna znaleziona w taki
sposób należy do całego zespołu.
- He? Po co wam ona, nawet jej nie znacie?
- Pewnie brzydula jakaś? Przedstawisz nas? Może on ją chce
tam sobie kupić?
- W Australii? Thomas ile tam taka dziewczyna kosztuje?
- Pięć tysięcy dolarów.
- Oooo, to chyba nie brzydula. Przywieziesz ją ze sobą?
- Nawet jak bym ją przywiózł to i tak wam łachudry nie
pokażę.

 

Roześmialiśmy się razem.

 

                       *****


Historia Elen. Ciąg dalszy. Pół roku po Lilian Day.

 

  Mieliśmy wspólną sesję i w trójkę siedzieliśmy wyluzowani w naszym “czarodziejskim studio”. Przeszukiwaliśmy świat bez konkretnego celu w poszukiwaniu jakiś ciekawych ludzi i sytuacji. I wtedy Jack wpadł na dziwny pomysł. 

 

- Słuchajcie, wczoraj mówili w lokalnej telewizji, że z racji
krótkiego dnia i specyficznych warunków pogodowych 
w naszym mieście w ostatnich dniach jest dużo samobójstw.
Zwłaszcza jeden z mostów cieszy się podobno złą sławą.
Może byśmy tam zajrzeli?
- Jack tobie to takie myśli same przychodzą do głowy czy
stymulujesz swój umysł jakimiś substancjami chemicznymi?
- Może coś wyjarał?

 

Stwierdził rzeczowo Georg a ja dodałem:

 

 - Możliwe, że Susan mu coś dosypuje do jedzenia, żeby
sprawdzić co mu po głowie chodzi.
- Co się złośliwcy czepiacie. No nie mam pojęcia co mi do
głowy przyszło. Jakoś tak samo. Wiem, że to idiotyczne.

 

Wtedy analitycznie oceniłem sytuację:

 

- Skoro mu to samo do głowy przyszło i on nie wie skąd, to
może to jakieś przeznaczenie? Jakiś znak? Może jakieś
nieznane moce mu tą bzdurę do łba włożyły?

 

Chłopaki dziwnie na mnie popatrzeli.

 

- Co nas kurde straszysz? Mało to dziwnych rzeczy dzieje się 
w tym laboratorium.

 

Georg zapytał Jacka:

 

- Jack, a zanim ci ta bzdurna myśl przyszła do głowy, to czułeś
może coś dziwnego? Niecodziennego?
- Tak, zrobiło mi się was prawdziwie żal, że ja mam Susan 
a wy chłopaki takie samotne.
- Co takiego ???
- Georg tyś to słyszał? Jemu się nas żal zrobiło!
- To absolutnie normalne nie jest, nie pasuje do profilu jego
 osobowości, a poza tym logicznie rzecz ujmując, to my wolni
ludzie powinniśmy żałować ciebie a nie ty nas.

 

Roześmialiśmy się.

 

- W takim razie przez Jacka Coś przemówiło! On nie mógł
tego sam wymyślić!
- Dawajcie tą mapę, Jack gdzie ten most?

 

Namierzyliśmy wskazany przez Jacka most i ustanowiliśmy połączenie. Choć most był duży i dwa przejścia dla pieszych miały każde po kilkaset metrów, to w jego lokalizacji Teddy znalazł tyko trzy rekordy. Pozostałe należały do ludzi szybko się poruszających, czyli tych, którzy przez most jechali samochodami.

 

- Te nas nie interesują.
- No chyba, że ktoś postanowiłby wskoczyć do wody wprost 
z jadącego samochodu.

 

Rzeczowo zauważył Jack.

 

- Jack, ty to już nic nie mów dzisiaj.

 

Nawiązaliśmy połączenie. Jedną z trzech zlokalizowanych na moście osób był jakiś bezdomny, który zamartwiał się o to, że jest zaopatrzony w żywność, ale nie ma niczego co zawiera alkohol. Myśl, że przyjdzie mu spędzić noc, nie napiwszy się niczego, napawała go szczerym lękiem. Drugą osobą był jakiś młody biegacz, który szybko pokonywał kolejne odcinki pomiędzy przęsłami o niczym nie myśląc i miał podwyższone tętno. Mieliśmy już odpuścić, ale postanowiliśmy sprawdzić całą trójkę. I wtedy okazało się, że durnowaty pomysł Jacka był proroczą wizją. Na dworze była już ciemna noc. Na początku wydawało nam się, że ekran jest czarny, ale po krótkiej chwili zauważyliśmy, że wcale tak nie jest, bo na czarnym tle połyskują słabe odbicia światła, tak jakby światło odbijało się od ciemnej powierzchni wody. Teddy informował nas, że sygnał nadaje kobieta. Widzieliśmy, że musi stać w niebezpiecznym miejscu, bo od powierzchni wody, która znajdowała się kilkadziesiąt metrów pod nią, nic jej nie odgradzało. Wtedy usłyszeliśmy jej myśl:

 

- “Dobrze że tu jestem. Tego właśnie potrzebuję, teraz czuję
się choć trochę spokojniejsza. Jeszcze chwilka, minutka 
i będzie po wszystkim. Mój smutek nareszcie się skończy.
Jeszcze chwilka, zaraz to zrobię, jestem gotowa. Jeszcze
chwilka. Mamo, tato, nie gniewajcie się na mnie, zawsze was
kochałam.”

 

Zwróciliśmy uwagę, że detektor niepokoju pokazuje maksymalną wartość. Kobieta bardzo się bała. Zaniemówiliśmy z przerażenia. Z barwy głosu wnioskowaliśmy, że chyba jest młoda. Cały czas słyszeliśmy również jej cichy płacz, bijące szybko serce i szum przejeżdżających czasem samochodów. Wtedy Georg gwałtownie się ożywił.

 

- Gdzie dokładnie jest? Czytajcie dokładnie współrzędne!

 

O nic nie pytaliśmy. Czytaliśmy tak jak nam kazał. Georg w tym czasie wkładał na siebie kombinezon i buty do jazdy na motocyklu. 

 

- Macie?
- Tak. Od naszej strony szóste przęsło po lewej stronie. Wiesz
gdzie to jest?
- Tak, znam ten most, jakieś trzy kilometry stąd.


Georg chwycił kask i wybiegł z pracowni. Po kilkunastu sekundach usłyszeliśmy głośne wycie jego Hondy, które szybko oddalało się od instytutu. Przełączyliśmy się na chwilę na Georga, bo i tak nie byliśmy w stanie w żaden sposób pomóc dziewczynie. Georg cisnął jak szalony. Na drodze był bardzo mały ruch. Walczył z unoszącym się przednim kołem w trakcie gwałtownego przyśpieszania. Leżał na maszynie tak nisko, że głowa zwisała mu nad silnikiem. Nie patrzył przed siebie, ale na przednie koło i jezdnie. To była szaleńcza jazda a licznik dwustukonnej Hondy chwilami sięgał podziałki 150 mil. Po kilkudziesięciu sekundach wróciliśmy do dziewczyny. Nie chcieliśmy oglądać tego, jak Georg przelatuje na czerwonym świetle przez puste skrzyżowania. Dziewczyna jeszcze stała. Od razu usłyszeliśmy, na razie z daleka, wycie motocykla. Dźwięk szybko narastał aż w końcu gwałtownie się zakończył, serią głośnych uderzeń systemu ABS, po tym jak Georg nacisnął klamkę przedniego hamulca. Jeszcze pięć sekund i usłyszeliśmy głos Georga:

 

- Wyłaź stamtąd. Nie skoczysz!

 

Dziewczyna pomyślała:

 

- “Puść mnie wariacie, udusisz mnie! I tak to zrobię.”

 

Teddy przerwał połączenie a my odetchnęliśmy z ulgą. Po kilku minutach zadzwoniliśmy do Georga.

 

- Georg i co z nią?
- A co ma być? Ma na imię Elen.
- No, ale mówi coś, albo co?
- Nic nie mówi płacze, chce iść do samochodu i jechać do
domu. Wyrywa się.
- Puścisz ją?
- Trzymam ją na razie.
- Jak to trzymasz?
- No trzymam ją za pasek od płaszcza.
- Georg nie puszczaj jej bo przyjdzie do domu i dokończy
sprawę. Tak myślała, słyszeliśmy.
- No wiem, ale co mam z nią zrobić?
- Może wezwij ambulans?
- Mówiłem jej, ale nie chce, błaga żeby tego nie robić... 
i beczy cały czas.
- A ciekawe czy jechała kiedyś na motocyklu? Pytałeś?
- Nie. Elen jechałaś kiedyś na motocyklu? Kiwa głową że nie
 jechała.
- No to niech pojedzie z tobą, to się nauczy.
- Po pierwsze nie mam drugiego kasku a po drugie
najważniejsze, to gdzie mam ją przywieźć? Poradźcie coś.

 

Jack pomyślał i powiedział mu:

 

- Poczekaj, zadzwonię do Susan. Trzymaj ją. Zaraz
oddzwonimy.

 

Jack połączył się z Susan.

 

- No cześć.
- Gdzie jesteś, już późno, czekam na ciebie.
- Susan wiesz, jest taka sprawa, bo Georg jechał na motocyklu
przez most i zobaczył dziewczynę co chciała skoczyć i się
zabić i teraz ją trzyma i nie wie, co ma z nią zrobić.
- Jack, pijecie beze mnie? Jesteś w pubie?
- Nie żartuję, to prawda.
- Niech zadzwoni po ambulans to ją wezmą do psychiatryka.
- Ale ona nie chce. Susan może on ją przywieźć do nas?
- Cooo??? takiego??? Tobie całkiem odwaliło. Z wami
wszystkimi jest coś nie tak. Jack co ty gadasz?
- No tylko na jedną noc, może jej zły nastrój przejdzie?

 

Susan po dłuższej chwili.

 

- Róbcie sobie co chcecie, w końcu to twoje mieszkanie,
wracaj do domu, czekam na ciebie.

 

I gwałtownie się rozłączyła. Jack ponownie zadzwonił do Georga.

 

- Georg możesz ją zawieźć do nas, Susan się zgodziła.

 

Po pół godzinie w mieszkaniu Jacka i Susan dzwoni dzwonek do drzwi.

 

- Cześć Susan, Jack powiedział, że mogę tu przywieźć Elen.

 

Georg ciągnął za sobą broniącą się dziewczynę. Trzymał ją za rękawy i pasek od płaszcza. Na głowie miała kask Georga. Susan stała w przedpokoju i nie wierzyła własnym oczom. Zaniemówiła z wrażenia, ale w końcu się odezwała: 

 

- Aresztowałeś ją? Porwałeś? Ukradła coś? Kto to jest?
- Dziewczyna, Elen ma na imię a co?
- Jak wygląda?
- Nie wiem, w świetle jej nie widziałem, ale trzeba zobaczyć.

 

Susan ściągnęła zbyt duży kask Georga z głowy Elen, odsłaniając jej zapłakane a jednocześnie zawstydzone oblicze.

 

- Puśćcie mnie, chcę jechać do domu. Ten wariat omal mnie
nie zabił na tym motocyklu. Bardzo się bałam. On mnie
porwał!
- Chciałaś skoczyć a bałaś się z nim jechać?
- Tak, co wam do tego? To moja sprawa.

 

Susan sformułowała krótkie ultimatum:

 

- Masz dwa wyjścia; albo tu zostaniesz z nami na noc albo
 dzwonię po karetkę. Innej opcji nie ma, sama stad nie
wyjdziesz.

 

Elen skapitulowała i usiadła na fotelu, pogrążając się w niemym smutku. Było jej już wszystko jedno, co z nią będzie. Susan przygotowała jej łóżko w gościnnej sypialni. Po chwili przyjechaliśmy z Jackiem i rozmawialiśmy z nią wszyscy, żeby wyperswadować jej nieodpowiedzialną decyzję. Elen na początku nie chciała z nami gadać, ale w końcu przekonała się, że jesteśmy dla niej w porządku i coś w niej “pękło”. Płacząc opowiedziała nam całą swoją historię. Rozmawialiśmy do późnej nocy, aż udało się podać jej środki uspakajające i położyć do łóżka. Susan długo jeszcze przy niej siedziała i trzymała ją za rękę. Elen zapadła w nerwowy sen.

  Na drugi dzień Elen odebrana została od Jacka i Susan przez jej koleżankę Jennifer, która obiecała im, że nie zostawi jej samej nawet na chwilę, weźmie wolne w pracy i przeprowadzi się do niej na kilka dni. A Georg zadzwonił do Elen i namówił ją na spotkanie. Elen na początku trochę speszonai sceptyczna, w końcu dała się namówić na burgera i kawę. 

 

- No jak naprawdę chcesz to przyjdę, w końcu uratowałeś mi
życie.


Rozmowa była długa a Georg cierpliwym słuchaczem. Elen przepraszała Georga za to, że narobiła tyle zamieszania i było jej bardzo głupio, że wszystko nam opowiedziała. I o jej byłych szefach i o tym co się stało w hotelu i o tym co ją później spotkało. Georg najwyraźniej się tym nie przejął, tylko od razu zaczął dziewczynę uwodzić. Starał się być przy tym bardzo subtelny i delikatny, zważając na jej stan psychiki. Elen bardzo mu się spodobała, a poza tym, w pewnym sensie czuł się za nią odpowiedzialny. Skutkiem tego było następne spotkanie i następne i w końcu takie, które można by już nazwać pierwszą randką. Elen coraz więcej dowiadywała się o Georgu. On opowiadał jej o sobie, o tym gdzie pracuje i jak trudno było znaleźć się w tym ośrodku, o tym że ja i Jack z nim pracujemy i choć się wygłupiamy i jesteśmy młodzi, to jesteśmy już bardzo cenionymi naukowcami. Elen zaczęło to imponować i Georg coraz bardziej zaczął się Elen podobać. To ona zaczęła przejmować inicjatywę nad rozwojem ich znajomości. Po kilkunastu dniach Elen i Jenifer zostały zaproszone na nasze wspólne, no niemalże rodzinne spotkanie, bo akurat Susan miała imieniny.

 

Spotkaliśmy się wszyscy w naszym pubie. Już od drzwi zobaczyliśmy, że to nie ta sama dziewczyna. Elen była uśmiechnięta. O tym, że myśli samobójcze już ją opuściły, mogliśmy się wszyscy od razu przekonać, jak przysiadła się do Georga i się do niego przytuliła. Spojrzeliśmy z Jackiem na siebie a następnie skupiliśmy wzrok na naszym koledze. Ten nie wytrzymał presji i w końcu się zapytał:

 

- Co się tak głupio na nas łotry gapicie?
- Nie widzieliśmy cię Georg w takim romantycznym anturażu.
- Tak ładnie razem wyglądacie.
- I jakie ma maniery. Nie ten Georg. Normalnie, już by drugie
piwo kończył.


Elen dodała od siebie:

 

- Bo to dzięki mnie.

 

Wieczór był długi, wariacki i alkoholowy. Radości nie było końca. Kilkanaście razy wznosiliśmy toast za nowe życie Elen a ona na stałe już dołączyła do naszego grona. Georg i Elen byli już razem.

 

...........................

 

Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów       .........   www. Ebookowo.pl

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...