Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

  W taki właśnie lub podobny sposób wyglądały nasze kolejne seanse badawcze. Poszerzaliśmy wiedzę naukową dotyczącą aspektów technicznych odkrytego zjawiska, ciągle wprowadzając drobne usprawnienia w kalibracji urządzeń, ale przede wszystkim zdobywaliśmy wiedzę socjologiczną na temat kontaktów międzyludzkich w różnych aspektach. Widzieliśmy to, co intuicyjnie i tak każdy rozsądny człowiek na świecie rozumie. Doświadczenia unaoczniały nam, że ludzie nie są ze sobą do końca szczerzy albo ogólniej, że zazwyczaj myślą i mówią co innego. My, mogąc patrzyć oczyma poszczególnych osobników i jednocześnie czytać a właściwie słuchać ich myśli, mogliśmy doświadczać tego empirycznie. Jedno z takich doświadczeń zapadło mi w pamięci.
                       *****

 W mediach ogłoszono, że ma nastąpić spotkanie na szczycie prezydenta jednego ze światowych mocarstw oraz prezydentów dwóch małych państw, znanych na świecie 
z tego, że od wielu dziesięcioleci są w stanie permanentnego konfliktu zbrojnego. Nieustająco tląca się wojna o kawałek ziemi wielkości kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych, od lat systematycznie wykrwawia oba niewielkie narody. Państwa te już dawno by się porozumiały, ale na tym skrawku terytorium znajdują się ważne dla obu narodów obiekty kultu religijnego i historycznego. Oba narody wywodzą swoje historyczne korzenie z tego właśnie regionu. Zbliżał się termin wyborów w dużym mocarstwie i prezydent starał się o reelekcję. Aby ocieplić swój wizerunek w oczach przeciwników politycznych, prezydent mocarstwa zaproponował, że podejmie się próby rokowań pokojowych pomiędzy zwaśnionymi krajami. Nie interesowaliśmy się specjalnie polityką, jednak byliśmy z Georgiem i Jackiem na tyle obyci w sytuacji na świecie, że wiedzieliśmy, że takie rozmowy nigdy do końca czystych intencji nie mają. Postanowiliśmy, że w ramach testowania naszych urządzeń, trochę sobie... posłuchamy.

Chcieliśmy podglądnąć tajemnice “politycznej kuchni”. Oglądaliśmy w telewizji uprzejmości jakie zainteresowani przejawiali wobec siebie na początku spotkania. Uściski rąk i takie tam. Wiedzieliśmy, że udadzą się na rokowania “za zamkniętymi drzwiami” i stosownie się do tego przygotowaliśmy. Zlokalizowaliśmy dokładnie miejsce rozmów i ustanowiliśmy połączenie z prezydentem mocarstwa. Zobaczyliśmy jego oczami dwóch prezydentów siedzących naprzeciwko siebie i patrzących na siebie nieufnie. Przy każdym z nich siedział tłumacz. Prezydent mocarstwa rozpoczął spotkanie spokojnym tonem:

 

- Panowie, po co wam ta wojna? Przecież czas to już
zakończyć.

 

Prezydent jednej ze stron konfliktu odpowiedział:

 

- No właśnie panie prezydencie. Czas to już zakończyć. Czas
żeby oni oddali nam naszą ziemię, która to właśnie nam się
historycznie należy.

 

 Druga strona natychmiast ripostowała:

 

- Przecież to nieprawda panie prezydencie. Nasi ojcowie
wywalczyli ten skrawek ziemi, ponieważ tam mieszkają 
w większości członkowie naszego narodu. Ta ziemia jest 
z nami historycznie związana.
- Przecież z naszym narodem też i to bardziej.

 

Odpowiedział adwersarz. Prezydent mocarstwa westchnął głęboko, jednocześnie usłyszeliśmy jego myśl:

 

- “Ech głuptaski, widzę, że nie da się was tak łatwo pogodzić.
I bardzo dobrze, bo do obydwu dostarczamy spore ilości
broni. Ktoś ją przecież musi kupować. Gospodarka jest
najważniejsza a nasz kraj is first.”

 

Prezydent mocarstwa się odezwał:

 

- No przecież możecie na tym skrawku ziemi wyznaczyć strefę
 zdemilitaryzowaną i żyć wspólnie. Niech będzie i wasza 
i wasza. Wasze narody od lat żyły tam wspólnie. I było
dobrze.

 

Jedna ze stron:

 

- Co takiego? Ta ziemia należy się tylko nam. Przecież nasze
narody są wrogo nastawione. Kto miałby pilnować porządku
na tej ziemi? Jakbyśmy wycofali stamtąd nasze wojsko 
i policję, to pozabijaliby się nawzajem.

 

Prezydent mocarstwa:

 

- No panowie, przecież możemy się tak dogadać, że ja poślę
swoje wojska na ten teren i będą tam pełnić rolę sił
rozjemczych, pokojowych oczywiście.

 

Prezydent mocarstwa pomyślał:

 

- “Fajne miejsce na bazę rakietową. Mogłaby się tam przydać,
 rozszerzyłaby naszą strefę kontroli. Baza lotnicza też by tam
 świetnie wyglądała. Trzymałbym w szachu pół kontynentu 
a te dupki mogłyby jeszcze za to zapłacić.”

 

Prezydent jednej ze stron do prezydenta mocarstwa:

 

- Co takiego? Tam miałyby stacjonować wasze wojska?
- No, a dlaczego by nie? Przecież ktoś musi pilnować
porządku na tym terytorium a jak sami widzicie, wy nie
jesteście w stanie tego zrobić. Czas już skończyć tą wojenkę.
- Przecież na to nie zgodziłoby się społeczeństwo mojego
kraju. Doszło by do rewolucji, do wojny domowej!

 

Prezydent mocarstwa pomyślał:

 

- “No a co ty głupolu myślisz sobie? Jak nie umiesz plebsu za
pysk trzymać to się nie nadajesz na prezydenta. A poza tym,
bojownikom też byłaby potrzebna broń, a my mamy
nadprodukcję. Gdyby nie wojny domowe to nasze znane
marki zbrojeniowe by zbankrutowały. A gospodarka
najważniejsza!”


Prezydent drugiej strony:

 

- A kto miałby płacić za pobyt tam waszych wojsk?

Prezydent mocarstwa zabrał głos:

- No to chyba oczywiste że wy. Przecież reprezentowalibyśmy
tam wasz interes. No panowie zastanówcie się, na stole leży
naprawdę korzystna propozycja pokojowa, satysfakcjonująca
obie strony. Ja chcę wam tylko pomóc się porozumieć. Poza
tym, takie rozwiązanie pozwoliłoby zacieśnić stosunki
handlowe pomiędzy moim krajem, a waszymi. Mógłbym
nakłonić naszych biznesmenów do zainwestowania 
w waszych krajach. Byłoby to możliwe, gdyby w sąsiedztwie
stacjonowały moje wojska. Byłaby to dla was wielka korzyść.
Nasze firmy dałyby pracę waszym ludziom. Przecież macie
 tylu bezrobotnych.

 

Prezydent mocarstwa pomyślał:

 

- “Przecież mogę was zalać naszą tandetą, bo na porządne
rzeczy was nie stać. Po co wam rolnictwo, budownictwo? Wy
macie szkolić młodych żołnierzy bo musicie bronić się przed
sobą, a my wam wszystko wybudujemy i wyprodukujemy.
Wasi robotnicy będą dla nas pracować za pół darmo.
Inżynierów przywieziemy swoich. Wasi rolnicy niech idą
pracować do naszych fabryk a żywić się będą za to
 co tam zarobią. Żywności sprzedam wam tyle, że będziecie
nią rzygać! Gospodarka najważniejsza.”

 

Prezydent jednej ze stron:

 

- No przecież możemy sami rozwijać swój własny przemysł.
Mamy wielu młodych, zdolnych ludzi.

Prezydent mocarstwa odpowiedział:

- No oczywiście. Właśnie moglibyśmy wam w tym pomóc.
Damy wam najnowsze technologie, sami tego nie
osiągniecie.

 

Prezydent mocarstwa pomyślał:

 

- “No patrzcie państwo, ale szczekacz. A co ty sobie myślałeś?
 Współpraca gospodarcza polega na tym że wielki dyma
maluczkich. Chcesz być prezydentem i tego nie wiesz?”


Prezydenci zwaśnionych stron:

 

- To my rozważymy propozycje pana prezydenta.
- Zorganizujemy rozmowy dwustronne i być może damy
odpowiedź.

 

 I na tym konferencję pokojową zakończono. W telewizji powiedziano, że choć nie osiągnięto końcowego porozumienia, to poglądy stron bardzo zbliżyły się do siebie i negocjacje uznano za bardzo udane.

                       *****

Jednym z obiektów naszych częstych obserwacji była znaleziona przypadkowo przez Teddy‘ego para młodych francuskich studentów. Obserwowaliśmy ich a właściwie to wyłącznie ją w określonych okolicznościach, a mianowicie kiedy zasypiała przytulona do swojego chłopaka, którego bardzo kochała. Roseline, bo tak na imię miała dziewczyna, była wyjątkowa. Miała bogatą wyobraźnię. Była studentką Królewskiej Akademii Malarstwa i Rzeźby w Paryżu i świetną już malarką. Zaraz po zaśnięciu, z głową na jego ramieniu, doznawała przepięknych, barwnych wizji, które wyświetlał nam monitor wyobraźni. Jak Roseline zasypiała sama, to tego nie obserwowaliśmy. Byliśmy zafascynowani tymi obrazami. Każdy z tych obrazów, sam w sobie był dziełem sztuki. Obrazy płynnie przechodziły jeden w drugi i z całą pewnością mózg odbierał je trójwymiarowo. Podejrzewaliśmy, że być może nasz sygnał też jest nadawany w trójwymiarze, ale nie byliśmy w stanie tego rozszyfrować. Jack był tak zafascynowany psychodelicznymi wizjami Roseline, że chciał skrinować ekran monitora. Zaprotestowaliśmy z całą stanowczością. Gdyby obrazy mu wyciekły, choćby za sprawą  Susan i dostały się do mediów społecznościowych, to z pewnością wzbudziłyby zainteresowanie i szybko rozniosły się po świecie. Możliwe że Roseline by je rozpoznała i nasza tajemnica mogłaby zostać zagrożona. 

Ale to właśnie za sprawą Roseline dokonaliśmy kolejnego, ważnego odkrycia. Pewnego razu, w trakcie jej obserwacji, jeszcze zanim przyszedł do niej jej chłopak, Teddy dziwnie zareagował. Nagle zarejestrował, że dokładnie w lokalizacji Roseline pojawił się nowy sygnał. Zaczęliśmy to sprawdzać i stwierdziliśmy, że ten dziwny sygnał jest cały czas w lokalizacji dziewczyny, tak jakby był z nią w jakiś sposób związany. Nie był to sygnał jej chłopaka, bo nikogo przy niej nie było. Byliśmy również pewni, że nigdy wcześniej tego sygnału w lokalizacji Roseline nie obserwowaliśmy. Przełączyliśmy Teddy‘ego na ten sygnał i stwierdziliśmy, że jest inny od pozostałych. Na monitorach był tylko szum aparatury. Tedy pokazywał płaski wykres przerywany identyfikatorem i lokalizatorem. Nic więcej, żadnych dodatkowych danych, żadnego przekazu. Żadnych myśli ani dźwięków. Nic. Jak się później okazało, takich składowych było wiele, ale Teddy nam ich nie losował bo kazaliśmy mu szukać danych, a tych w tym przypadku było bardzo mało. Wcześniej nie wiedzieliśmy, że takie sygnały w ogóle istnieją.

 

- Co to może być?

 

Zapytał Georg. Doznałem nagłego olśnienia, zresztą zadanie do trudnych nie należało:

 

- Georg naprawdę nie wiesz?
- A ty wiesz?
- Wiem.
- A ty Jack wiesz?

 

Jack się uśmiechnął. Wtedy olśniło i Georga. 

 

- O jacie! Roseline zaszła w ciążę!
- Transmisja zaczęła się przed kilkudziesięcioma sekundami.

 

Uśmiechnęliśmy się wspólnie.

 

- To niesamowite, od razu nadaje, jeszcze go prawie nie ma,
 kilkadziesiąt komórek a już nadaje.
- Kiedy doszło do zapłodnienia?
- Często mają seks, trudno powiedzieć. Ale na pewno nie
dawniej niż kilka dni temu. Jej chłopaka wcześniej nie było.
Był na feriach w domu.
- Któryś z atomów, jednej z tych kilkudziesięciu komórek, już
rezonuje z naszym detektorem. Zjawisko splątania już jest 
w toku. Życie człowieka od tego się zaczyna! To nieziemskie,
ależ numer!
- Może na tym etapie łatwo byłoby wyłapać która to komórka 
 i zidentyfikować w niej “nadajnik“?
- Może to pierwsza komórka układu nerwowego?
- Co nam chce powiedzieć?
- Hello, już jestem. Jestem dziewczynką i jestem tam gdzie
mama. Melduję się. Nic jeszcze nie widzę, niczego nie słyszę,
o niczym nie myślę, ale jestem. 
- Wielką tajemnicą jest, jak powstał jej identyfikator, nie
uważacie?
- To wyzwanie dla biologów. Jak już ujawnimy nasze odkrycie
to pewnie od tego zaczną. Może dla naukowców innych
dziedzin. Nawet nie wiem kto mógłby się tym zająć?
- Przecież żeby nadać jej identyfikator inny od wszystkich
pozostałych, to musi istnieć jakiś mechanizm, który tym
steruje. To niewiarygodne, niewyobrażalne, nie z tego
świata! Gdzie i czym jest centrala?
- Jak niewiele jeszcze wiemy o tajemnicy ludzkiego życia.

 

Obserwowaliśmy dziecko Roseline przez kilkanaście tygodni. Po dwóch tygodniach w sygnale pojawiły się dodatkowe składowe, których nie rozumieliśmy. W ósmym tygodniu usłyszeliśmy bicie serca, a po kolejnym tygodniu, oprócz bicia serca płodu, również bicie serca Rosaline oraz bardzo niewyraźne, pierwsze dźwięki otoczenia. Po kolejnym tygodniu słuchaliśmy już przelewania płynów ustrojowych w jelitach Roseline, a dziewczynka żywo reagowała na głos matki. Jej tętno, po usłyszeniu mamy, wyraźnie się zmieniało. Reagowała również na głos ojca, a sygnał wyraźnie się uspokajał, jak Roseline słuchała spokojnej muzyki.

 

- Czy jest możliwe, że ona już coś słyszy?

 

Zastanawialiśmy się z Jackiem.

 

- Wątpię żeby słyszała uszami, są za mało rozwinięte, ale być
może odbiera dźwięki całym swoim ciałem i mózg już je
przetwarza. Pamiętaj, że jest zanurzona w płynie. Może
słyszy tylko niskie składowe dźwięku? O czymś takim kiedyś
słyszałem.

 

W 11 tygodniu ciąży zobaczyliśmy pierwszy obraz. Jakież było nasze zdziwienie gdy po nawiązaniu transmisji, na zawsze pustym do tej porze monitorze, zobaczyliśmy czerwone tło. Nic więcej tylko czerwoną barwę, jednak raz ciemniejszą a raz jaśniejszą.

 

- Panowie 11 tydzień, Tak szybko!
- Nie znam się na medycynie prenatalnej, ale wydaje mi się, że
to o wiele szybciej niż do tej pory sądzono.
- Chyba masz rację Thomas. Ona już coś widzi?
- Raczej nie widzi, ale możliwe że receptory wzroku są na tyle
 rozwinięte, że potrafią reagować na zmianę natężenia
światła. A przecież jest na razie przeźroczysta. Może jej mózg
już trenuje? Może przygotowuje się do widzenia?
- Jeszcze o niczym nie myśli, ale już przygotowuje się do
widzenia?

 

Po kolejnym tygodniu, na monitorze wyobraźni, zobaczyliśmy
pierwszy obraz. Poruszało się coś o nieokreślonym podłużnym kształcie. 

 

- Zaczyna myśleć!
- Może ssanie paluszka jej już w głowie?!
- Tak wcześnie?!

 

I wreszcie w piętnastym tygodniu ciąży, doznaliśmy prawdziwego szoku. Z głośnika wyobraźni, bardzo niskim tonem, usłyszeliśmy niewyraźny dźwięk. Nie byliśmy pewni, ale przypominał trochę słowo:
 
- “Margot.”

 

Zaniemówiliśmy ze zdziwienia. W końcu Georg się odezwał:

 

- Jacie, wymówiła w myślach swoje imię?

 

Margot to imię obserwowanej przez nas dziewczynki. Roseline bardzo często wymawiała je, zarówno werbalnie, ale częściej w myślach. Po prostu rozmawiała ze swoją córką, jak tylko poznała płeć dziecka. Może Margot już się tego imienia nauczyła? Może pomyślała je, jako pierwszą świadomą myśl związaną z otoczeniem w jakim się rozwijała?

- Możliwe że uczymy się mówić szybciej niż nam się
wydawało!

 

Podsumował Jack.

 

- Chyba umiejętność mowy jest dla nas ważniejsza niż
myśleliśmy. Ma bezpośredni związek z pojęciem ludzkiej
inteligencji. Kto wie? Może warto nadawać dziecku imię
zaraz po poczęciu, a nie jak się urodzi?

 

Skonstatowałem.

                       *****


Historia Susan. Ciąg dalszy. Pół roku po Lilian Day.

 

  Jack coraz mocniej wiązał się z Susan. Była ona radością całego naszego teamu. Wszyscy ją lubiliśmy i spędzaliśmy razem wiele czasu. Zaangażowanie Jacka było coraz bardziej widoczne. Susan aranżowała nam często wspólny program, przyrządzała posiłki, wybierała puby w których spędzaliśmy czas oraz rzetelnie dbała o roztargnionego Jacka. Praktycznie zachowywała się tak, jakby już była jego żoną. Była bardzo inteligentna, wyrozumiała i ogólnie bardzo dobra i czuła dla Jacka. Obserwowała nasze zaangażowanie w pracę, wiedziała ile spędzamy w niej czasu i doskonale rozumiała, że pracujemy nad czymś bardzo ważnym. Była pewna, że odkryliśmy coś znaczącego i bardzo chciała czegokolwiek się dowiedzieć. Jednak ja z Georgiem odsyłaliśmy ją do Jacka, a Jack bardzo ją przy tym przepraszając, nic nie chciał jej zdradzić. Susan pracowała w dużej firmie elektronicznej w San Jose i była coraz bardziej cenionym pracownikiem. Zaczęła dobrze zarabiać. Gdyby chciała, to byłaby w stanie całkowicie się usamodzielnić. Ale oczywiście mieszkała razem z Jackiem. On coraz poważniej myślał o trwałym z nią związku. Był z nią już cztery lata a prawie rok z nią mieszkał. Planował oświadczyny. Na podstawie kilku szczerych rozmów domyślał się, że Susan jest na to gotowa i tego właśnie oczekuje. Rozmawiał na ten temat również z nami. Jak piliśmy razem piwo w pubie a nie było  Susan, potrafiliśmy szczerze rozmawiać o wszystkim. My zwierzaliśmy się Jackowi z naszych przygód, nie omijając ich najintymniejszych szczegółów, a Jack zwierzał się ze swoich planów. Niczego nie był pewny. Chciał poznać nasze zdanie. My bardzo lubiliśmy Susan i w głębi duszy zazdrościliśmy mu obaj, że poznał taką fajną i mądrą laskę, która jest w nim zakochana. Nasze relacje z dziewczynami były przelotne, niezobowiązujące a dziewczyny często się zmieniały. Trudno było mi i Georgowi znaleźć kogoś, kto potrafiłby nas zaciekawić czymś więcej, niż perspektywą rozkosznej, zmysłowej nocy. Zawsze po nocy przychodził dzień a wraz z jego prozaicznym blaskiem, fascynacja szybko znikała. Na jednym z takich szczerych spotkań podjęliśmy rozmowę:

 

- Jack, co ty się stary tak cykasz? Bierz się za nią na poważnie
bo ci ją jeszcze ktoś zwinie i tyle będzie. Tam gdzie pracuje
 przystojniaczków nie brakuje.
- Georg masz rację, ja też uważam że lepszej nie znajdzie.
Susan i tak ma anielską cierpliwość, że jest gotowa go znosić
i to może przez całe życie.
- A co ze mną nie tak?

 

Oburzył się Jack.

 

- No chłopie masz swoje wady.
- Ja??? Jakie? Przecież jestem idealny.

 

Wszyscy się roześmialiśmy.

 

- A kto nam na przykład Ginę skonfundował, he?
- Jeszcze mi to pamiętacie?
- Nigdy ci nie zapomnimy.
- Dzięki mnie znalazła sobie porządnego chłopaka a tak to
jeszcze, nie daj Boże, przyszłoby się jej związać z którymś
z was i miałaby przechlapane albo jeszcze gorzej.

 

Pokiwaliśmy głowami ze zrozumieniem. Jack jednak myślał analitycznie.

 

- Jack, ale tak na poważnie. Jakie masz wątpliwości?
- No nie wiem, czasami wydaje mi się, że Susan bywa myślami
gdzieś indziej, niekoniecznie blisko mnie.

 

Popatrzyliśmy sobie wszyscy głęboko w oczy. W końcu się odezwałem:

 

- Jack, przecież wszyscy myślimy o tym samym. Co się
będziemy krygować. Zostawimy cię samego z naszym
Teddy‘m i sobie sprawdzisz co nieco. W końcu jesteśmy
jedynymi facetami na świecie, którzy mogą zajrzeć 
w nieodgadnione zakamarki kobiecej duszy i to
 jeszcze zanim będzie już za późno.
- Przecież to nie fair, nie moralne. Tak nie można.
- No to co? Czego nie można?
- Ci moralni to się potem męczą całe życie, jak nie mają
szczęścia. To zawsze jest ruletka.
- Zawsze była, ale teraz można to zmienić, a ty Jack możesz
być pionierem na tej drodze. 
- No nie wiem?
- Jutro sprzęt jest twój. Spadamy z Georgiem zaraz po robocie 
 a zabawki masz do dyspozycji.
- Dzięki chłopaki. Wiem że zawsze można na was liczyć.

 

...........................

 

Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów       .........   www. Ebookowo.pl

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...