Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

   Józef i Leośka mieszkali prawie pod samym lasem, nieco na uboczu. Najstarszy ich syn, Zenek, uczył się w pobliskim miasteczku na piekarza. Młodszy Mirek, który pragnął zostać mechanikiem samochodowym, skończył pierwszy rok nauki w szkole zawodowej w Łodzi. Córka Stasia przeszła do szóstej klasy szkoły powszechnej, a najmłodszy Marcin miał zaledwie cztery lata.

   Kończył się sierpień. Wszyscy wokół mówili o wojnie. Nikt nie miał wątpliwości, że wojna będzie, zastanawiano się tylko, kiedy wybuchnie.

   W piątek rano, pierwszego września, Mirek zabrał niezbędne rzeczy, wsiadł na rower i wyruszył do Łodzi. Gdy zjawił się na miejscu, spotkał się z niedowierzaniem ludzi, u których wynajmował pokój.

- A co ty tutaj robisz? - Gospodyni aż złapała się za głowę.

- Do szkoły przyjechałem - odparł nieco speszony.

- Do jakiej szkoły - wtrącił się gospodarz. - Wojna jest! Wszystko pozamykane, żadnej nauki nie będzie.

- Zrobię ci coś do jedzenia, odpoczniesz i jutro, albo pojutrze pojedziesz z powrotem - zakończyła rozmowę gospodyni. W niedzielę Mirek był już w domu.

   Wrzesień rozpoczynał się upalnie. Gdy na niebie pojawiły się pierwsze samoloty, cała rodzina pracowała na łące podgrabiając i przygotowując do skopienia siano. Pierwszy zauważył je mały Marcin.

- O! Motylki! - zawołał, a po chwili rozległ się huk eksplodujących bomb zrzucanych na pobliskie miasteczko.

- Do domu! Wszystkie do domu! - Krzyknęła Leośka. Józef złapał małego na ręce i wszyscy popędzili do chałupy.

- Módlta się dzieci - powiedziała, gdy tylko wpadła do środka i sama padła na kolana.

Samoloty wkrótce odleciały nie czyniąc wiosce szody. Atak skupił się na miasteczku.

   Nieopodal płynęła rzeka, która przyciągała przez całe, gorące lato zarówno mieszkańców miasteczka, okolicznych wiosek, jak i nieco bardziej oddalonych miejscowości. Tak też musiało być i tego dnia.

   Szarzało już, gdy kilkoro dorosłych z trójką dzieci zjawiło się na podwórku. Byli niemal zupełnie nadzy. Gdy zaczęło się bombardowanie, byli nad rzeką. Uciekli w popłochu zostawiając wszystko co mieli. Błąkali się po łąkach i lesie, a teraz przerażeni, z płaczem prosili o pomoc.

   Leośka, nie zastanawiając się długo, powyciągała stare ubrania swoich dzieci, w które poubierała nagie dzieciaki. Znalazła też jakieś stare łachy dla dorosłych. Napaliła ogień w kuchni, odgrzała kartofle i ponakładała w miski. Do blaszanych garnuszków nalała zsiadłego mleka i zaprosiła przybyszów do stołu.

- Mame, a to jest koszerne? - dopytywał się jeden z chłopców.

- Idzta dzieci, idzta - odpowiedziała mu kobieta, która już siedziała przy stole z łyżką w ręku.

Z rozmowy wynikało, że przyjechali pociągiem z miasta oddalonego o kilkanaście kilometrów. Chcieli wracać do domu. Leośka pokroiła bochenek chleba, wyciągnęła kawał sera i nalała świeżego mleka do dwóch butelek. Tak wyprowiantowanych poinstruowała jak mają dotrzeć do drogi prowadzącej do miasta. O powrocie koleją mogli zapomnieć.

  Następnego dnia Niemcy powtórzyli bombardowanie, a w nocy ktoś zakołatał do drzwi. Otworzył mu Józef.

- Szukam kogoś, kto mam pomoże przeprawić się przez rzekę. Utopiliśmy już jednego konia. Wszyscy się potopimy. - To był przemoczony, zmęczony polski żołnierz.

- Zenek, znasz najlepiej rzekę, idź - poleciła Leośka. Chłopakowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wrócił po około godzinie.

- Prześli? - zapytał Józef.

- Przeszli - odparł Zenek.

Następnego dnia we wsi pojawił się Jan z żoną  i matką. Jan był bogatym Żydem, ożenionym z Polką. Poza tym, był mechesem, konwertytą czy jak tam zwał, czyli po prostu przeszedł na chrześcijaństwo, a konkretnie na katolicyzm. Najwyraźniej, tak jak wielu Żydów w tym czasie, postanowił przeczekać zamieszanie związane ze "zmianą władzy" w Polsce, w zaciszu leżącej na uboczu wioski.

Chałupa Józefa i Leośki była dość przestronna, znalazła się w niej jedna izba dla przybyszy, których tym bardziej chętnie przyjęto, że ci byli skłonni dobrze zapłacić za to późne letnisko.

Spędzili tak dwa tygodnie, po czym wyjechali.

   Po kilku tygodniach od rozpoczęcia wojny Leośka wybrała się na targ do miasta. W pewnym momencie podbiegła do niej jakaś kobieta i upadła jej do stóp.

- Pani! Żebyś ty sto lat żyła! Żebyś zawsze zdrowa była! Żeby Bóg miał cię zawsze w swojej opiece! - krzyczała. Chwilę trwało zanim Leośka zorientowała się, że jest to jedna z kobiet, które uciekły z nad rzeki w czasie pierwszego bombardowania. W chwilę później zjawiły się przy niej jeszcze dwie Żydówki i zaczęły całować ją po rękach i nogach.

- Nie trzeba... nie trzeba - powiedziała mocno zażenowana całą sytuacją i starała się uwolnić z objęć kobiet. Była pewna, że całe targowisko na nią się w tej chwili gapi i jedyne czego chciała, to uciec jak najdalej. Wróciła do domu obdarowana przez Żydówki i bardzo poruszona.

Nie minął rok, gdy Jan ponownie zastukał do ich chałupy. Tym razem uciekł z getta. O zapłacie za gościnę nie było mowy, a wszyscy mieli już świadomość, co może grozić rodzinie za ukrywanie Żyda. Został przyjęty, nakarmiony i ubrany. Od tej pory zamieszkał z nimi, a gdy ktoś obcy przychodził do domu, chował się w starej szafie. Niestety, towarzystwo prostych ludzi (Józef był niepiśmienny) najwyraźniej było dla niego niewystarczające i wkrótce zaczął odwiedzać znajomych w okolicy, o czym wieść wkrótce dotarła do Niemców.

  Pewnego dnia zjawili się przed domem. Wyciągnęli wszystkich na podwórko i ustawili w rzędzie koło studni. Całe szczęście, że ktoś uprzedził rodzinę o nadciągającej katastrofie i Janowi udało się w ostatniej chwili uciec do lasu.

- Był tu ten Żyd co chodzi po wsi? - zapytał gestapowiec z trupią czaszką na czapce.

- Był - odpowiedziała Leośka.

- Co chciał?

- Napić się wody.

- No i co?

- Napił się i poszedł.

- Gdzie poszedł?

- Nie wiem gdzie poszedł. Poszedł.

   Leośka była przerażona. Wszyscy byli przerażeni. W myślach modlili się, godząc się już z rychłą, nieuchronną śmiercią. Niemcy w tym czasie przeszukiwali dom, ale śladów pobytu Jana nie znaleźli i wkrótce pojechali szukać Jana w innych lokalizacjach, zostawiając rodzinę w spokoju.

   Mijały lata okupacji. Józef, ku przerażeniu żony i starszych dzieci, nie wyrobił kenkarty, której brak, w przypadku zatrzymania przez Niemców był równoznaczny z rozstrzelaniem na miejscu. Zenek, złapany na przemycie pomiędzy Trzecią Rzeszą a Generalną Gubernią, został zesłany na roboty w głąb Niemiec. Wrócił z dziurą w głowie, w którą został ranny w trakcie bombardowania. Mirek wzięty przez Niemców do Baudienstu, został z niego zwolniony w stanie skrajnego wyczerpania fizycznego i z trudem odratowany przez Leośkę, karmiącą go przez długie miesiące cienką kaszką na rosole.

  Pewnego razu Leośka, zimą, wraz dwiema innymi kobietami, poszła znów na do miasta na targ. Musiały się zatrzymać przy przejeździe kolejowym, bo dróżnik zamknął szlabany. Przejeżdżający pociąg jechał wolno, bardzo wolno. Wiózł rannych żołnierzy. Poodmrażane uszy i nosy, amputowane kończyny, pokaleczone twarze...

- Ale dostają w dupe - powiedziała jedna kobieta

- Nareszcie. A dobre im tak - powiedziała druga.

- To są ludzie - powiedziała Leośka.

- Ale ty jesteś głupia Leośka - żachnęła się jedna z jej towarzyszek. - To nie są ludzie, to są Niemce - wrogi.

- Ludzie takie jak my... niektóre, to dzieci, jak nasze syny.

Kobiety tylko spojrzały na siebie, ale nic nie odpowiedziały. Pociąg przejechał i dróżnik już otwierał przejazd.

   Kolejna zima była bardzo mroźna, rzeka zamarzła na długie miesiące. Wszyscy wiedzieli że zbliża się front. Wzięci w kocioł Niemcy przedzierali się nocą i czasem dobijali się do stojącej na na uboczu chaty. Pierwszy był oddział, którego dowódca poprosił o coś do jedzenia.

- Nic nie mamy - odpowiedziała Leośka.

- Wszystko poszło na kontyngent - dorzucił Józef. Obydwoje kłamali. Zapasy żywności mieli ukryte na czarną godzinę. Rodzina musiała przetrwać ten trudny czas a do wiosny było jeszcze daleko. Był dopiero styczeń.

- A co to jest? - Dowódca zainteresował się kociołkiem bulgoczącym na kuchni.

- Kartofle dla świń - odpowiedziała Leośka.

Dowódca wydał komendę. Żołnierze ustawili się w rządku do kociołka. Każdy wyjmował z niego jednego ziemniaka i przechodził na koniec kolejki. Podchodzili po kilka razy, aż kociołek opróżnił się zupełnie. Dowódca podziękował i oddział się oddalił. Od tej pory w kociołku gotowało się nieco więcej ziemniaków niż zwykle. Tych powinno wystarczyć do wiosny, a do chaty dobijały się kolejne grupy. Ogrzani ciepłem jej wnętrza żołnierze siadali czasami w kątach wyjmowali z portfeli zdjęcia i pokazywali.

- To jest moja żona... to córka... a to syn. To mój dom...

Grzali się chwilę i znikali w mroźnej nocy.

   Pewnego dnia we wsi pojawili się Rosjanie. Czołg, który był za szeroki na wąską wiejską drogę, pruł płoty raz z lewej raz z prawej strony. Leośka kazała Stasi schować się i nie wychodzić, dopóki wojsko nie opuści wsi. Wkrótce pojawiło się więcej czołgów. Kryjąc się przed wrogim lotnictwem, podjeżdżały pod strzechy stodół i chałup.

   Do chaty wpadło dwóch młodych sołdatów.

- Dziewczyny są? Wódka jest?

- Żadnych dziewczyn tu nie ma - powiedziała Leośka. Popatrzyli na nią. Była już stara i zniszczona przeżyciami.

- Jest wódka! - powiedział Mirek i wyciągnął dwie flaszki bimbru z kredensu. Wręczył je żołnierzom. Jeden z nich wyciągnął korek i pociągnął łyka.

- Dobra - powiedział zadowolony i obaj opuścili chatę.

Następni przyszli dwaj starsi mężczyźni. Rozejrzeli się po izbie. Pokiwali głowami.

- Ikony - powiedział jeden wskazując na wiszące na ścianach obrazy.

- Chrześcijanie, znaczy - powiedział drugi.

- Wierzący - zakończył pierwszy. Podszedł do okna i zawołał Mirka. - Widzisz tego tam? - Wskazał na oficera stojącego na zewnątrz i próbującego rozmawiać z sąsiadami. - Uważajcie na niego. Nic przy nim nie mówcie. Politruk - Cokolwiek miało to oznaczać, brzmiało złowieszczo.

Sowieci spędzili we wsi dwa dni i pojechali dalej. Rodzina przetrwała wojnę. Jan wrócił do siebie ale nigdy już nie odbudował swojego przedsiębiorstwa. Nie opuścił jednak nowej Polski. Dożył w niej sędziwej starości i zmarł w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku.

- Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi - powiedziała Leośka. - Dobrze, jak nimi jesteśmy.

 

 

 

 

 

Edytowane przez Sylwester_Lasota (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 @Rafael Marius @Jacek_Suchowicz   Za mistrzem...   Fraszki to wszystko, cokolwiek myślimy, Fraszki to wszystko, cokolwiek czynimy; Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy, Prózno tu człowiek ma co mieć na pieczy. Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława, Wszytko to minie jako polna trawa; Naśmiawszy się nam i naszym porządkom, Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.    Dziękuję. 
    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...