Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Choinka jasna, znowu aniołowie piorą skrzydła w niebiosach i z pralki przecieka. Czy naprawdę ich Szefa nie stać na porządny automat? A kto cierpi na tym najbardziej? Oczywiście ja. Pani Świerkówna. Owszem, deszcz potrzebny, ale nie w takich ilościach i ze strzępkami piór. A zresztą sama nie wiem. Dzisiaj myślę tylko czubkiem. Może to nie pióra, tylko śnieg? Bałwany tam lepią, czy co? Nie podobno, żeby co gorszego z największej kuli leciało. Bo wtedy bym się na prawdę wkurzyła. Co z tego, że białe. Muszą akurat teraz? I to prosto na mnie? Nie dosyć, że stoję na straconej pozycji, to jeszcze takie nieszczęście nad głową.

  

A poza tym jestem powabna i zgrabna. I w tym cały problem. Dąb co chwila trzeszczy konarem, że pragnie połączyć moje szyszki z jego żołędziami. A zaręczynową czapeczkę od wspomnianego żołędzia, to nie laska? Niech spada na łysą polanę i da mi święty spokój. Powinien się cieszyć, że moje kumy, tych jego liści dębowych, igłami nie dziurawią. Przerobić takiego na wierzbę płaczącą, odstawić na łąkę i będzie spokój!

  

No wreszcie przestało padać... to nie wiadomo co. Nie lubię narzekać bez potrzeby, ale u mnie potrzeba jest przeważnie zawsze, a tych Dwunożnych Gałązkowców co za diabeł tutaj niesie? Oj przepraszam: ludziów. To są Ludzie, psia mać, a na dodatek coś taszczą. Jakiegoś zębatego potwora. Opowieści Dziadków gryzą moją korę. Nie! To nie możliwe. Chcą mnie wyciąć w goły pień. No tak. Przypomniałam sobie, co szumiała Brzoza, o Świętach. Cholera jasna, znowu musiałam przekleństwo wysłowić. Jedno nade mną dało dyla, a drugie nieszczęście blisko.

  

Z tego co mówiła Jodła, jest sposób na to, żeby to łatwiej przeżyć. Wystarczy po trzy gałązki związać w warkoczyki, a wtedy żywica staje się bardziej przyjazna słojom. Wstępują w nich moce, z którymi można łatwiej wszystko przetrzymać. Ci dwaj są tego przykładem. A może tylko liczą boki dróżki. Zresztą nie ważne. Związuję warkoczyki. Trudno mi idzie. Szyszki zawadzają. Po diabła jeszcze one o tym czasie? Na pewno ci dwaj, co im konarów brakuje, mnie wybiorą. Jak bum cis cis. Jak zwykle, co roku, z moją pamięcią coś nie ryktyk.

 

Jednak korę mam zmarszczoną od myślenia. To zawsze jakaś pociecha. A byłam pewna, że tylko czubkiem synapsy płoszę. Chyba żywica zaczyna działać. Nawet nie poczuję bólu, gdy mi gardło pnia poderżną. Gdybym tylko mogła, to bym igliwia do oczu nawstrzeliwała. Tak łatwo mnie nie wezmą. Ścisnę w sobie dolną część, aż prawie kamień twardy zrobię. Gdyby im kły wyleciały, to miałabym jeszcze szansę. Chociaż jeden z nich, już przyszedł szczerbaty. Ale niestety, nie on będzie mnie podgryzać.

  

Jakoś Dębu nie słyszę. Taki był odważny, a teraz udaje, że żołędzie liczy. Platan...tz: palant jeden! Chry, chry, chry... w sumie za dużo nie czuję. Tylko szmyranie na dole. Aż mi ciepło w środku. Moce działają jak trzeba. Żywica normalnie kwiczy! Dzisiaj musi być szczególny dzień, bo rozumiem, co ci dwaj gadają. Może lepiej, gdybym nie rozumiała

 

*Umówmy się, że skromne wtrącenia między gwiazdkami,

to też moje, choinkowe: myślosłowa*

  

– Zobacz jak ta choinka wygląda. Ma warkoczyki z gałązek. Widziałeś kiedyś takie drzewko?

– Nigdy w życiu. Jak babcię kocham.

– Ty już nie masz babci.

– Bo ją za bardzo uścisnąłem na powitanie... no dobra... jak dziadka.

– Jak to nie widziałeś. A ta przed tobą?

 

* Popatrz na mnie, świrusie! Ślepy jesteś. Masz szyszki na oczach. Zgrabna jestem, co?*

 

– No dobra. Bierzemy pod pachę i idziemy. Sprawnie nam poszło.

 

* Ale z was bydlaki. Z rodzinnego domu wyrzępolić! Korzeń pozbawiać reszty. Tylko to jedno, trzeszczało w waszych nadętych czubkach. Oby was ściółka leśna udławiła i spleśniały krasnal w robaczywym muchomorze. Pamiętajcie, jestem żywotna w środku. Nie na próżno warkoczyki plotłam*

 

– Ej... co z tą choinką? Wierci się tobie pod pazuchą. Jakby chciała uciec. Czort leśny w nią wstąpił. Albo inny czerwony.

– Cicho bądź. Ptaki płoszysz. Dadzą znać, żeśmy świerk nielegalnie.

 

* Tak, tak... nielegalnie. Jak mnie chociaż ładnie przyozdobicie, to was nie wydam strażnikom leśnym. A jeżeli byle jak, to nawet nie mam odwagi, wysłowić takiej groźnej groźby. I proszę nie ubliżać moim szyszkom. Ze zgryzoty dzieci gubię. No co? Umowa stoi?*

 

– Mam wrażenie, że ktoś tam stoi.

– To tylko bałwan. A już myślałem, że ty.

– Ale śmieszne.... to drzewko ciągle szumi.

– Może jej zimno. Gdy ją ustawimy w przytulnym pokoiku i dzieciaki się do niej dobiorą, to zaraz będzie jej ciepło.

 

*Mam nadzieję, że dobrze wychowane. Pasujące do mojej właściwej postawy życiowej. No cóż. Muszę się dostosować do sytuacji, by mniej cierpieć w słojach. Bez przesady oczywiście. Nie ze mną takie igliwie sypać!! No nie! Dajcie sobie spokój! Do dziury z wodą mnie wkładacie? Żywicę mi rozcieńczy i będę musiała na trzeźwo, bombki znosić. Rączki precz ode mnie, śmiejące berbecie. Nie giglajcie gałązek, bo psiknę igliwiem na wsze roześmiane twarzyczki. Właściwie fajne z was szmyry. Ciepło tutaj, chociaż do lasu tęskno. Ale cóż. Jak rzekłam niedawno... ej, przestańcie już z wieszaniem bombek, bo jeszcze jakaś wybuchnie śmiechem. Choinka jestem, czy co? Takie malutkie paluszki, a tak sprawnie wam idzie. No nie! Znowu się powtarzam... ale czubek na czubek? Za wiele tego dobrego. Chcecie mnie zupełnie skołować na okrągłą gwiazdę?*

 

– Mamo, te świerkowe coś tam...

 

*Ja ci dam, coś tam, lumpie jeden*

 

– ... no, to drzewko jest jakieś dziwne. Ma gałązki splecione w warkoczyki. Wszystkie drzewka w lesie tak mają?

 

*Tylko te, które się wykrada, łobuzie zatracony. Lecz coś ty dziecko winne. Nic. Pierniki na mnie wieszać. Ale już! Cukierki. Świeczki zapalić prawdziwe. Jak drzewiej bywało, u moich ojców, co to sidła na korniki zakładali. Albo lepiej nie. Bo jeszcze spłonę rumieńcem. Chyba, że macie gaśnicę. Jakoś woda mi nie szkodzi. Żywica działa. Tylko trochę pokój się kołysze.*

 

– Dziecko! Nie kołysz choinką. Szyszki spadają do zupy. Lepiej powieś pisanki.

– Mamo, masz za niski stół. Tu nie Japonia.

– Tatuś zapomniał nóg przyprawić.

– Czym się przyprawia nogi? Goździkami?

– Nie marudź, tylko wieszaj pisanki. Nie słuchasz co mówię?

– Pisanki?

 

*Pisanki? Jaja sobie robicie? Ady spadać mi z tym! Nie jestem Zajęczycą Wielkanocną, żeby na moich uszach świerkowych, kurczaczki w ubrankach skorupkowych wieszać. Jeszcze czego*

 

– Mamo! Dziadek kładzie szyszkę do cybucha.

 

* Co z nimi. Przecież żaden, nie ma warkoczyków. Nawet córeczka. No wreszcie. Pierniki na moich gałązkach. Co za zapach. Aż czuję mrowienie igieł w pniu. Ale starego, twardego nie chcę. Z której to ery? Z naszej, czy z poprzedniej? Jeszcze gałązki połamie o taką twardziznę. No tak. Gadać mogę jak do drzewnych słupów*

  

– Lampki trzeba wieszać. Zapomnieliśmy. O rany!!

 

* Właśnie. o rany!! Zapomnieliśmy, zapomnieliśmy... teraz bombki zmarnujecie, niezdary jedne... ostrożnie... proszę mi nie robić świderków z igieł... dziecko, zostaw tego cukierka... ma ozdabiać... a jednak capło i zjada pod łóżkiem... wcale nie, piesek porwał*

 

– Mamo! Ta choinka znowu się wierci. Ciągle szumi. Cholera! Plątam nóżki w łańcuchu. Normalnie jakbym kogoś walnęła na śmierć i mnie zakuli.

– Nie używaj brzydkich słów przy drzewku. Bo jeszcze zacznie powtarzać, jak przyjdą ludzie.

– A babcia powiedziała, że powiesi Dziadka na choince... be!! To nie będzie go przy stole? Tylko Trupek Dyndałek?

 

* Nie życzę sobie żadnego Trupka Dyndałka, by mi zwisał. Jeszcze się mięso od żarówek przypali i będzie śmierdział. Wykluczone! Nie ma mowy! Poskarżę ekologom! Do jasnej choinki. Nie tylko bombki na mnie wieszają, ale także: narzekanie, skaranie i diabli wiedzą co*

 

– Ależ dziecko. Dziadka do orzechów. Żeby nabrał odpowiedniego klimatu. Będzie lepiej łupać.

 

* Mnie już łupie we wsporniku głównym, jak was widzę. Żadnej ogłady artystycznej. Nic a nic. Wszystko mi wisi, a światła oślepiają. A przede wszystkim nie widzę siebie. Czy ładnie mnie ubrali, czy byle byle. Może im Gwiazdor lustro przyniesie*

 

– Jeszcze dalsze łańcuchy trzeba. Dużo łańcuchów. Owinąć całą.

– Dzieci! Tak nie można! Udusicie drzewko!

 

* Co racja to racja. Tchu złapać nie mogę. Za gorąco mi w tym całym ubranku. A poza tym świecę jak jakaś choinka. Sorry. To już mówiłam. Chyba? Żarówki parzą kochane szyszki. Nadpalają igły. Tarmoszą główny pień. Łańcuchy odbierają dech. Kradną tlen. Wielkie Bombki płoszą Ludziki Piernikowe. Te ze strachu, wylewają żywicę ze słojów. Prosto na karmelki. Wszystko oklejone. Sopelki słodkie wiszą. Moje biedne warkoczyki. Cukierki wylatują z papierków. Rosną im skrzydełka i fruwają w całym pokoju. Czubki mi się grzeją od tego wszystkiego. Ten długaśny Sztywny Czubek parzy się z moim. I to w święta! Zgroza! Dobrze, że inne drzewa nie widzą. Chyba żywica zaczyna działać, dopiero naprawdę. Święta prawda, że mi wesoło. Chyba wyskoczę ze stojaka i zatańczę skoczniaka kolędę. Chyba jednak nie, bo jeszcze jaka bombka wybuchnie i mnie okrzyczą Choinką Terrorystką. Dopiero będę świecić*

 

– Kochanie, skąd przyniosłeś to drzewko? Czy aby na pewno z lasu? Ono... podskakuje, aż woda chlupie na podłogę, a stojak się rozkracza.

– Ależ żono! Widocznie zimno jej w nogę. Woda wystygła.

– Ciekawe w którą?

– Mamo! Ona z radości, że z nami jest.

 

*Taa... z radości. Jak tylko zaśniecie, to spadam stąd. Jeszcze wiele gałązek, mam nie zaplecionych w warkoczyki. Czas nadrobić zaległości. A później czubek mi powie: żywica jest z tobą i moc w tobie, chociaż tubylczych dzieci trochę mi żal. Muszę jeszcze sprawę przemyśleć, kilkoma szyszkami... a poza tym... swoi w leśnej głuszy, mogą odrzucić takiego przebierańca... chociaż z drugiej strony, nie w każdym lesie są prawdziwe drzewka... a już na pewno nie takie poświrowane jak ja... chyba przeholowałam z tymi warkoczykami. Hmm… a może przeciwnie... za mało dałam sobie w czub?*

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nieistotne czy to mieszkanie w bloku willa z egzotycznym ogrodem jurta igloo wiejska chatka otoczona malwami   może być z cegieł desek lodu skór rozpiętych na drewnianych palach tęcz w kroplach rosy odbijających jutrzenkę   solidnie wymurowany od fundamentów po dach albo unoszący się na wodzie z sennymi łodziami wykopany w ziemi nieruchomy na śnieżnych polach przeniesiony na niebo między gwiazdy   nie ma znaczenia rzeczywistość i budulec czasem jest jedynie napisany w wierszu zapamiętany z baśni noszony na dnie serca codziennie wymyślany od nowa a czasem mocno wrośnięty w ziemię rodzinną   rozmawiamy w nim przytulamy się modlimy pieczemy chleb głaszczemy kota lub psa usypiamy w kolebkach naszych wewnętrznych wszechświatów   lecz najważniejsze że to  nie tylko przestrzeń na spokojny głęboki oddech który nie męczy się bliskością   ale także miejsce gdzie zawsze wolno płakać bez obaw przed ucieczką i wszystkimi rodzajami samotności   wtedy dopiero jest naprawdę bezpieczny      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Simon Tracy Simonie, zgadzam się z @Berenika97,że jesteś mistrzem tego mrocznego gatunku literackiego. Pozdrawiam!
    • Prostokątna twarz parapetu. Bęc. Prosto w nos. Pierwsza szkicuje cząstkę wziętych przestworzy.    Bęc. Druga prosto w rdzawe oko.     Trzecia. Bęc. W zaschniętą kupę po gołębiu.    Nagle tysiące w powtórzeniach. Każda gdzie indziej siada.    Kap. Kap. Coraz szybciej i więcej.    Mini fontanny, spływają poza krawędź. Werble bębniące kawałkami chmur. Tylko sisiolków z blachy nie ugnieciono.   Na szybie strumienie chaosu.     Wiją się na zamazanym prześwicie, niczym wnętrze żywego stworzenia.    Każda żyłka z bąbelkiem na szpicy.    Tylko krew przezroczysta, i prochy z kości rozmyte.    Arterie drgające. Wilgotne pulsacyjki. Bez drogowskazów. W rytm stukania o metalową połać.    Puk. Puk.     Coraz głośniejszy i szybszy wododzirej. Pociesznie rozbryzguje. Jakby w każdej kropli, dziecko roześmiane biegało.    Za taflą rozmazane kształty światłowodów, zamglone całunem wykręcanej chmury.    Okalają wszystko. Zniekształcają obrazy. Spływają krawędzie parodią przezroczystości. Liście chłoną wodę. Na krótko. Za chwilę inna.    Kap. Kap. Stuk puk. W plumplane kółka okrągłych fal zabawa. O kształtach niewyraźnych.   A tam strumyczki, niczym foliowe węże, z powtarzalną falą grzbietową.    W kałużach zatopione światy, rozjeżdżane kołami samochodów.    Rzucane na boki, w radykalnym wytryśnięciu, na przemoczonych pieszych.    Przylepione zebry, nie mogą się schować. Nie dosyć że mokną, to jeszcze przygniatane pospieszną cywilizacją.    Różnorodne wodospady, szumią deszczoświatem, A każdy w innym, zamgleniu widoczny.    Szara płynność, nasączona migoczącym lśnieniem kostek brukowych, przytula światłem niechciane odbicia.     I cholera wie, gdzie woda w końcu spłynie.
    • @GosławaWspaniały wiersz, w którym każda metafora świeci niezwykłym blaskiem. Ten świat jest trochę zbyt mocno wystylizowany, ale umiejętne posługiwanie się potencjałem języka, że się tak kolokwialnie wyrażę, 'robi robotę', przede wszystkim poprzez wykreowanie gęstego, kleistego nastroju, idealnie współgrającego z emocjonalnością obrazów. ;)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Ta faza miłości jest najtrudniejsza do osiągnięcia, gdy dopamina już nie musuje w głowie i trzeba bliskość zbudować na innych podstawach, bardziej namacalnych i solidnych - szukać innej chemii, która utrwali związek.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...