Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dziadek Włodek nie chce do nieba.

Myślę, że nieśmiertelność nie jest najlepszą rzeczą jaka spotkała dziadka Włodka. Miewał lepsze. Jak był młodym sierżantem i w jakiejś wiosce odkryli prawdziwe zagłębie bimbrowe. Podobno z województwa przyjechał nadęty ubek i przyczepił mu do piersi medal. Zasłużony na polu chwały czy jakoś tak. Do tego w kopercie dostał tyle szmalu, że mógłby sobie syrenę w wersji lux kupić, gdyby babcia nie nakazała mu zakopać wszystkiego w ogródku. A tak przyszła powódź stulecia i szlag trafił syrenę z całym ogródkiem. Gdyby dziadek wiedział, że czeka go nieśmiertelność wcale by się tymi papierkami z Waryńskim i innymi czubami nie przejmował i na babcię by się nie obraził. Gdyby wiedział. Łatwo się mówi. Dziadek Goliat był najmocniej niewierzącym człowiekiem, jaki się tylko pojawił na tym łez padole – sam tak o sobie mówił. Dodawał też, że jego wielki imiennik Włodzimierz Ilicz, w kwestii niewiary do pięt mu nie dorastał i powinien się u dziadka zapisać na wykłady z podstaw materialistycznej wizji świata.

Staruszek Goliat umarł trzy lata temu na bliżej nieokreśloną chorobę. Jego pogrążona w rozpaczy córka, a moja matka postanowiła, że przetrzymamy dziadka przy życiu przez kilka dni. W końcu cholerny listonosz i tak się z dziadkiem nie widywał. Podrabianiem podpisu zwyczajowo zajmowała się babcia, która wygłaszała przy tym formułę – Jak zwał tak zwał. - Kiedy dziadek przetrzymał kilka dni i gdy otrzymał swoją pierwszą pośmiertną emeryturę, dla wszystkich stało się jasne, że to już koniec. Dziadek wyglądał jak koniec. Zsiniał, oklapł, zaczęło go ubywać. Odchodził, siedząc w swym styranym bujaniem fotelu. Matka zamknęła się z dziadkiem w pokoju i długo nie wychodziła. Przypuszczaliśmy, że się żegnali. Siedząc w kuchni z babcią, z ojcem i siostrą rozmawialiśmy o dziadku. Pierwsza zaczęła babcia.
-Szkoda dziadka – powiedziała z tęsknym wyrazem na twarzy – Takiej emerytury za psinco nie dają. Nie ma co zasłużony był nasz Włodek dla Ludowej Polski.
-Mamo! – syknął ojciec – Czy ty możesz raz w życiu nie mówić o pieniądzach!
-Mogę, ale po co. Już po ptokach. Taka emerytura. Tyle się chłopina ludzi napałował, tyle druczków nawypisywał i na co mu przyszło. Poszedł do świętego Pietra kozy macać.
-Dziadek był niewierzący – chciałem coś dodać ale ojciec uniósł zaciśniętą pięść jak bokser przed walką.
-Co z tego. Pochować trzeba po chrześcijańsku, z księdzem, normalnie...
W tym momencie weszła matka z nożem i z wiaderkiem. Miała dziwną twarz i chyba płakała.
-Nikt tu nikogo nie będzie chował. Dziadek będzie żył.

Nie wdając się w szczegóły nieśmiertelności powiem tylko, że to co zostało po dziadku Włodku zamieszkało w moim pokoju. Nie wiem do cholery skąd matka nauczyła się preparowania zwłok, w każdym bądź razie dziadek nie wyglądał najgorzej. Znam paru żywych, którzy dużo by dali żeby tak wyglądać.

Właściwie dziadek mi nie przeszkadza. Nakrywam go kocem, żeby nie musiał patrzeć. Raz nawet przyszła do mnie dziewczyna. Słodka Paulusia. Najgłupsze dziewczątko w szkole, mimo to posiadające wielkie zalety. Do największych należało, że lubiła „to”. Żeby robić z Paulusią „to” nie trzeba było nawet palcem przysłowiowym kiwać. Paulusia uważała się za nimfomankę i obiecała przed świętym obrazem, że przeleci wszystkich facetów w szkole. Przyszła kolej na mnie. Paulusia nie dysponowała lokum, wprosiła się do mnie, z tego wszystkiego zapomniałem o dziadku. Miałem tylko nadzieję, że jest pod kocem. Był. Paulusia niczego nie podejrzewając, wystriptizowała się prosto na dziadka. Chyba w najbardziej perwersyjnych snach dziadek Włodek nie wymarzył sobie takiego wiecznego odpoczywania. Z czerwonymi gaciami Paulusi na twarzy. Kolor się zgadzał, dziadek uwielbiał czerwień. A krój, no cóż gdyby babcia włożyła na siebie coś takiego, możliwe, że moja mamusia nie byłaby jedynaczką. Wracając do Paulusi, to mimo głupoty miała coś w rodzaju instynktu, intuicja albo co. Jak tylko się zabierałem do rzeczy, to ona – mam wrażenie, że ktoś tu jest - i tak w kółko. Przez okno zaczęła wyglądać, pytać się czy nie mam młodszego brata albo zboczonego ojca. Byłem tak wkurzony, że rzuciłem w nią, tymi jej szmatami. Razem z czerwonymi majtkami zleciał z dziadka koc. Paulusia obietnicy złożonej przed świętym obrazem nie dotrzymała a ja jeszcze tego samego wieczora przy całej rodzinie powiedziałem – Albo ja, albo on. – Odmówiłem też przyjmowania mojej części dziadkowej emerytury, mówiąc co mogą sobie z nią zrobić. W naszej rodzinie zawsze ceniona była szczerość, toteż nikt się nie obraził. Ojciec zaproponował, że dziadka można przenieść do piwnicy, a jak będzie sytuacja podbramkowa (ojciec jest sędzią piłkarskim i nadużywa terminologii zawodowej) to się dziadka przyniesie i cześć. Wtedy babcia wstała i powiedziała, że dziadek nie jest jakiś korniszon, żeby go do piwnicy wnosić. Po czym dodała, że jak dziadek będzie wyniesiony do piwnicy, to ona pójdzie na milicję i powie, że tu ich byłego funkcjonariusza prześladują i na stare lata mu spokoju nie dają. Matka, w takich sytuacjach odzywała się na końcu, (jeśli nie liczyć siostry, która nigdy się nie odzywała) i zawsze jej słowo było decydujące – Dawidek co żeś się tak na dziadka uwziął - powiedziała – Już wiedziałem, że nie jest dobrze. – Dawidek ty się lepiej za lekcje weź, na mieście mi mówili, że od nas jakaś panna z gołym tyłkiem wyskoczyła i tak się darła, jakby ją ze skóry obdzierali. To ja się pytam, czyja to sprawka? Spuściłem wzrok. Moja siostra marihuanistka zakaszlała albo się zaśmiała, u niej to brzmiało jednakowo. Ojciec poczerwieniał i zaczął gmerać przy pasku, zastanawiając się czy siedemnastolatka należy lać w tyłek czy też w inne części ciała. Nie czekałem na rozwój dyskusji. Wróciłem do siebie i przeprosiłem dziadka. Wyglądał jakby mówił – Nic nie szkodzi.


Vive la champagne!

W całej rodzinie babcia Mirka jest najszczersza. Mówi zawsze to co myśli. Wielu, którzy mają podobne schorzenie odcierpiało to na własnej skórze, babcia nigdy. Przy całej swej szczerości jest tak ujmująca, że nawet jak komuś powie, że jest skończonym kretynem, to i tak jest zadowolony. Któregoś dnia wpadła do mojego pokoju, z samego rana, minę miała jakby szykowała się do krucjaty.
–Chodź Dawidek pójdziemy do żabojadów.
Przyjrzałem się jej uważnie, wyglądała na zdrową.
-Po cholerę – zapytałem – Przecież obcego kapitału babcia nie znosi i wszyscy wiedzą, że zakupy robi w osiedlowym sklepiku, chociaż tam obsługa jest chujowa i do tego kantują.
-A czy ja powiedziałam, że idziemy na zakupy?
Poszedłem do tych żabojadów, dla świętego spokoju. Idziemy sobie, kosz pchamy jakbyś mieli Bóg wie co kupić, a tu podjeżdża taka cycata hostessa na wrotkach i trzeszczy.
-Czym mogę służyć?
Babcia się w pierwszej chwili wystraszyła ale zaraz jej przeszło. Zmrużyła oko i walnęła jej z grubej rury.
-A pocałujże ty mnie córuchna w dupę!
Cycata mało z wrotek nie wyskoczyła. Poszliśmy dalej, babcia w pewnym momencie zaczęła zachowywać się jak obłąkana. Dostała jakiś tików, drgawek, poruszała się jak manekin, który zwiał z wystawy i udaje człowieka.
-Co ci babcia?
-Odwracam uwagę.
-Czyją?
-Tych kapusiów na monitoringu.
-Że co?
-Filują nas przez kamery. Do średniej szkoły chodzisz a głupi jesteś jak krowi ogon. Inwigilują nas. Jak będę udawać wariatkę, to przestaną.
-Ale dlaczego mają przestać.
-Bo mają!
Potem dowiedziałem się, że jestem imbecylem. W dzisiejszych czasach trzeba myśleć dookoła głowy. Skończę liceum i co – gówno! Będę głupszy niż przedtem, w dodatku nie będę miał w ręku żadnego fachu. A chłop bez fachu to nie mniej, ni więcej tylko cipa. Mówiąc te słowa babcia pakowała do kosza różne rzeczy, chociaż przysięgała się, że nie zamierza nic kupić i nawet portfela nie wzięła. Wyjaśniło się w przymierzalni. Babcia z wprawą zaczęła wyrywać czipy.
-Co robisz? Zostaw to! – zacząłem krzyczeć.
-Przymknij mordę szczylu! Chcesz mnie zdekonspirować? Własną babkę do więźnia wsadzić? Ot mi wnuczek. Dziadka chciał z myszami w piwnicy zamknąć a babkę do kryminału. Czy ty wiesz co w takich więzieniach robią kobietom?
-To kradzież przecież...
-Kurwa filozofie jeden. W życiu cudzego nie wzięłam. Niech cię ręka boska broni. Cudza własność święta. Ale to przecież nasze, na naszej krwawicy żabojady się nachapały. Pieprzone Francuziki. Jak Hitler nas najechał to nawet psa z kulawą nogą na odsiecz nie wysłali, nawet kota...
-Babcia, to może lepiej od razu do niemieckiego sklepu?
-Co za różnica. Ja tam nie jestem pamiętliwa. Niemcom wybaczyłam.
-A Francuzom?
-Żabojadom nigdy. Dobra skończyłam. Teraz najważniejsze. Towar najbardziej cenny, kompakty i inne pierdoły wkładasz za majtki. Żeby ci nic nie wyleciało, wkładasz dwie pary. A najlepiej, żeby było profesjonalnie zszywasz majtki na dole i powstaje kieszeń.
-A ty jak masz?
-Pełne zawodowstwo. Zamykane na suwaczek. Dalej, większe rzeczy, takie których przez bramkę przenieść nie da rady, konsumujesz na miejscu.
Po tych słowach babcia zaczęła otwierać szampana. Przyznaje, że puściły mi nerwy, zwiałem, nawet się nie oglądając. W domu zastałem piekło. Ojciec wydzwaniał po jakichś kumplach dziadka z policji. Matka po połknięciu opakowania proszków, zaczęła szukać w encyklopedii przepisu na płukanie żołądka. Nie ulegało wątpliwości, że babcię zwinęli. Później okazało się, że sprawa była bardziej zagmatwana. Korek od szampana strzelił jakiegoś ważnego żabojada, który zaczął krzyczeć, że to zamach, że Polaczki chcą go zamordować, że wszystkich zwalnia i że pieprzy ten cały burdel i tak w kółko. Na szczęście po francusku krzyczał, bo jak babcia by usłyszała, co mówi o jej ukochanym kraju, to by mu jeszcze butelką dołożyła, a to była butelka z hartowanego szkła. Babcię wypuścili przed wieczorem, kompletnie pijaniutką, bo nie zdążyli jej oderwać od tego szampana. Policjanci byli bardzo grzeczni, nawet chcieli wpaść na chwilę do dziadka Włodka, ale matka powiedziała im, że już śpi i lepiej go nie budzić, bo może dostać szału na widok pijanej babci. Wychodząc pogrozili babci i powiedzieli, żeby to było ostatni raz. Babcia wyciągnęła w ich stronę środkowy palec, jak na amerykańskich filmach. Dopiero następnego dnia zrzedła jej mina i wcale nie z powodu kaca. Od żabojadów przyszedł rachunek na osiemset złotych. To musiał być bardzo dobry szampan.

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • II.
      Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!)

      Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach,
      Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie!
      Rama mnie bach, spodnie w piach,
      Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził!

      Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB,
      Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg…

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub.
      A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób!
      Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha!
      Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha),
      kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub!

      Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić!
      Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić!

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny!
      Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny!

      Wujku Wołodia, d dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, d, dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud,
      Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi!

      Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub!
      Wujku Wołodia, kręć aż po sam....
      Grób!

      III.
      [...]
      „To minie, jak nad Moskwą majowa burza”

      Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa
      Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy,
      Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach!
      Jak korytarze ponure Łubianki,

      Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr,
      Jak niesforna sfora federalnych majorów,
      Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz,
      Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu...

      To na pewno minie,
      Minie jak zły sen!

      Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb,
      Ślady na dłoni rażonej paralizatorem,
      Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora!

      W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los?
      Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko
      Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb...

      Uwierz mi, to też minie!

      Jak swastyka Ruskiego Mira,
      I dym pożarów niesiony przez wiatr,
      Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera,
      I policyjna suka nabita dziećmi po dach!

      I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow,
      Paragraf 228 i kocioł o piątej,
      I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący,
      Gazując kobiety, chłopców i brzdące...

      To wszystko minie jak inne miesiące:
      Jak grudzień, styczeń, luty, maj…
      Minie, bez wątpienia minie!
      Na razie w to im graj
      Ale to ich już ostatnie pląsy!

      Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb,
      Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora,
      Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora!

      Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz!
      Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę;
      Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp,
      A dziś milczy jak grób:
      Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup !
      Wszystko kiedyś minie!

      I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram,
      A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu,
      Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak,
      I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg…

      W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los?
      Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę
      Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd!

      Uwierz mi, to też minie!
      To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie,
      Za godzinę, za chwilę…
      To wszystko minie!

      IV.
      Hm                                            H7
      Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:
                  Em                                  F♯7
      Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,
                 Hm                  A7               G
      Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…
                  Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm
      Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat.

      Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu,
      Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu,
      Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad.
      Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw

      Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść:
      Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu...
      Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest:
      Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu –

      Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu?
      I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?

      Edytowane przez Michał Pawica (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • A bobra paker, że zeżre? Kapar Boba
    • @Nata_Kruk  bywa że tak coś przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie. I mierzymy się z tym- chwilą, wspomnieniem. I wzbraniamy się z nimi, choć przecież wiemy, że i tak zmierzyć się przyjdzie.
    • Dawno dawno temu, gdzieś tam w galaktyce, solidnie dysząc spłaszczonymi płucami, wypełza typ spod ciemnej gwiazdy. Strudzony wielce oraz spocony, niczym mysz w norce bez klimatyzacji, żywi wygłodniałą nadzieję, że teraz wreszcie wydostał ciało i umysł, na zawsze i na wieczność. Otrzepuje wesoło krótkie porcięta z resztek ciemnych światełek i wyrzuca je do czarnodziury, dziurawiąc niemiłosiernie, wnerwiony horyzont swoich planów i marzeń.     Dlatego też ni stąd ni zowąd, nie zauważa i nie słyszy echa, albowiem ślimaki w jego uszach, grają na bębenkach, ucztując smakowicie, pożerając ser, którym obleczone są ich rogi. Nie zauważa też wysokich ograniczeń po bokach. Dopiero po chwili dostrzega leżący wniosek. Przeto dochodzi do wniosku, że wędruje na dnie wąwozu. Z każdym krokiem, ściany są coraz bliżej, jakby wchodził do lejka. Na domiar złego, nie może przestać. Musi iść.     Wtem dostrzega piłkarza. Lekko spłaszczony, kopie też z lekka spłaszczoną piłkę. Ta rozpędzona jak absurdalny bicz, uderza typa w głowę. Ów wszczyna kłótnie, mimo wszystko pojednawczą, ale po chwili z lekka otumaniony, znowu widzi gwiazdy. Na szczęście już spod żadnej nie musi wychodzić, gdyż są leciutkie i tylko zwiewnie otrzeźwiają, gilgocząc strudzone ciało. Niestety. Piłka odbita od ciemienia, leci dalej. Trafia w kran na ścianie. Niszczy go doszczętnie, a wypływająca woda, zaczyna potop.       Tu następuje zmiana bohaterów w tekście, gdyż dotychczasowi giną w odmętach, z braku tchu. Jednak nie wszystko ginie. Szczególnie przyszłe wydarzenia, obiekty oraz nowi bohaterowie.      W powstałym oceanie, płynie sobie spokojnie, pośród pluszowych rekinów oraz pomiędzy płotkami, łódź podwodna, w kolorze słoneczka. W środku słychać mamroczące, niewyspane rżenie. Odgłosy owe, wydaje ranny koń. Wstał ze żłoba za wcześnie i teraz marudzi, nie do końca rozbudzony. Ponadto głodny, gdyż nie mógł wybrać, czy pożreć owies, czy siano, czy też truchło osła, który też nie wybrał i zdechł.      Nagle łódkę z zawartością, połyka także wygłodniały kraken. Na domiar złego, tnie na wilgotne strzępy, wbudowaną piłą mechaniczną, by po chwili strawić i wydalić niepotrzebne odpadki. Tym samym zanieczyszcza środowisko wodne, doprowadzając do szewskiej mokrej pasji, wkurzone koralowce, które budzą oceaniczną wróżkę. I bardzo dobrze. Nie przynajmniej nie przegapia randki z morskim bałwanem.       Razem odnajdują na dnie morza, strasznie zawilgocony, pokaźnych rozmiarów skarb. Nie zauważają jednak, iż kryje on w sobie, przeklęty bunkier, na którego klątwę rzucili duchy bohaterów, oficjalnie już w opowiadaniu, niewystępujący. Czyli: typ spod ciemnej gwiazdy, ślimaki, bębenki, ser, piłkarz, koń, osioł, pluszowy rekin, kraken i inni.       Dlatego po chwili, wróżka i morski bałwan, nie żyją długo i szczęśliwie.        Chociaż to wcale nie jest takie pewne, gdyż właściwe zakończenie, skradli wyżej wymienione duchy i wywlekli poza stronę. Nawet puenty z końcowych wnętrzności nie wyłuskali, by ją zostawić do przeczytania. W sumie może to i lepiej, bo na takiej okrwawionej puencie, krew mogłaby skrzepnąć, kusząc wampiry do jej obgryzania i czosnek na kołku wie, z kogo by tam jeszcze, krwinki wyciućkali.
    • w odłamkach zwierciadła łąkę zrodziłeś ziemia czarna i strumyk płonie   że niby co że to już koniec   kwiaty zwiędłe i złote kłosy białe motyle złem nieskalane trup skowronka lecz pieśń została   czy miłość powróci przez lustro całe
    • @Poet Ka   ja żyłem w Arkadii” lub „Nawet w Arkadii jestem ja. Memento mori- pamiętaj o śmierci. I Ekfraza  do obrazów  Nicolasa Poussina.   Czas przewyższa przestrzeń. Przestrzeń to to co jest, to życie- od do. Rodzimy się wszyscy, wszystkie zwierzęta też z dwoma datami: narodzin i śmierci. Czas to nieskończoność to wieczność. Non omnis moriar"- chcę w to wierzyć. Bo człowiek nie wszystek umiera.          
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...