Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

          Nie, nie mam tutaj racji. Racje są jednak potrzebne i to jest fakt jak dwa razy dwa jest cztery. Ale tu nie o tym. Już wracam na pozytywną stronę kartki, a raczej do mojej opowieści o sytuacji, która niestety nigdy nie miała miejsca, bo co najwyżej przeinaczam fakty, co prawdę mówiąc uwielbiam wręcz czynić.

          Wstałem całkiem rano, posprzątałem – jak to mam w zwyczaju – na gospodarstwie, wziąłem prysznic i zadbałem o higienę, spodziewając się nareszcie zbliżenia z Rebeccą. Oczywiście nie zapomniałem o perfumach Hugo Bossa i o wieczornym menu. Zaplanowałem też trasę wycieczki z Rebeccą, wybierając trasę nie za długą i nie za krótką. Cieszyłem się jak dziecko, ale czułem też szereg najróżniejszych obaw, zwłaszcza że – jak wspomniałem – mam swoje lata. I chyba nawet zadzwoniłem do Rebecci, pragnąc usłyszeć w słuchawce telefonu jej dźwięczny głos, co się udało, bo tak rzeczywiście było. Bo ja wiem może wysłałem jej jakiegoś pozytywnego smsa?

           Nie wiem, bo nie pamiętam wszystkich okoliczności. Popołudniu przyjechała Rebecca swoim prawdopodobnie japońskim samochodem i z tym właśnie uśmiechem, za który zresztą poszedłbym w ogień albo nawet jeszcze gdzie indziej. Po chwili przygotowań poszliśmy na spacer po okolicach mojego gospodarstwa. Zaczęły się schody. Rebecca bardzo dobrze znała się na drzewach, krzewach, ptakach i ogólnie mówiąc przyrodzie, ale rzecz w tym, że nie potrafiła tego wszystkiego nazwać po angielsku. Gdy wypowiadała francuskie słowa, ja z kolei nic nie rozumiałem. Nawet gdy udało się jej znaleźć jakieś odpowiednie angielskie słowo, ja tego słowa nie znałem. Z drugiej strony sam orientowałem się tyle o ile, a znałem praktycznie rzecz biorąc tylko polskie nazewnictwo. Tym samym było nam naprawdę trudno należycie wyrazić zachwyt nad okolicą, która faktycznie była przepiękna. Słonko, ani jednej chmurki na niebie i delikatny wietrzyk muskały nasze policzki. Potem stała się rzecz zastanawiająca, bo Rebecca nagle zaczęła narzekać, że ona lubi tylko wyjątkowych mężczyzn, że ma kłopoty ze zbliżeniami, że się stresuje bliskością z mężczyzną, jeżeli ten zbyt szybko – jak to określiła – dąży do celu, że, że i że. Nie wiedziałem co mam o tych opowieściach Rebecci myśleć, obawiając się zresztą najgorszego. Na ogół milczałem i starałem się w żadnym stopniu nie naciskać, choć szczerze mówiąc naprawdę pragnąłem pójść z nią do łóżka. Miałem też sporo obaw, że nic z seksów nie będzie, a przecież użyłem nieprawdopodobnych dawek Hugo Bossa, co przecież miało mi, a właściwie nam zupełnie ułatwić zadanie.

          Kolacja wyśmienicie się udała. Rozmawialiśmy. Miała przyszłość. Miałem przyszłość. Nigdy się nie spodziewałem po sobie, że w ogóle jestem w stanie tak dobrze przygotować jedzenie. No nic, podobno człowiek się uczy przez całe życie. W balkonowej popielniczce znalazło się kilka niedopałków papierosów. Niebo nam sprzyjało bezkresną niebieską przestrzenią, a gdy się ściemniło na niebie zaroiło się od najróżniejszych gwiezdnych konstelacji. Zrobiło się romantycznie i ciepło oraz faktycznie stało się co stać się powinno, bowiem przepełnieni słusznym pożądaniem zaczęliśmy się przytulać, całować i właściwie w podskokach pobiegliśmy do łóżka (zawczasu przygotowałem ładny komplet pościeli). Seks był w moim odczuciu jak najbardziej udany, ale nie, nie chcę wdawać się w szczegóły, bo prawdę mówiąc jeszcze nie potrafię sensownie opisywać tych spraw. Cały czas pilnowałem się zapachu lewych perfum Hugo Bossa, co miało nadspodziewane wręcz efekty. Spełnieni prawdziwym spełnieniem zasnęliśmy przytuleni pod dużą kołdrą i zapewne śniliśmy sobie jakieś przyjemne zdarzenia prawdopodobnie tylko trochę z życia wzięte. Wszystko co stało się tamtego wieczoru miało sens i było kompletnie naturalne oraz naprawdę mocno musiałbym się tutaj nagimnastykować żeby stwierdzić, że coś poszło nie tak, bo przecież de facto nie poszło. Dobrze, ale co wydarzyło się nad ranem?

         Nad ranem, a właściwie parę minut po jedenastej zaspałem. Budzę się, spoglądam na zegarek w telefonie i czuję nieprzyjemny, bo przepocony zapach piżamy. Spoglądam na miejsce obok, a tam ani śladu po Rebecce. Czyżby jej w ogóle nie było? Czyżby Rebecca mi się tylko przyśniła? W szufladzie szafki odnajduję zużyte do połowy lewe perfumy Hugo Bossa. Łapię się za głowę. Popadam w niemalże paniczny strach. Wstaję, zakładam kapcie i idę do kuchni zrobić sobie kawę. I co widzę? Rebecca siedzi na stołeczku, popija kawę i ćmi papierosa oraz uważnie czyta moje wydrukowane na drukarce wiersze o niej oraz niniejsze opowiadanie (przetłumaczone na język angielski, bo planowałem je dać je Rebecce). Jest zamyślona, przejęta, jakby roztrzęsiona i zdenerwowana. Podchodzę do niej i zaczynam ją przepraszać. Otwartym tekstem przyznaję się jej do lewych perfum Hugo Bossa oraz przepraszam ją, że zaspałem i zapomniałem ich użyć. Z przejęcia koślawię język angielski. Rebecca wysłuchuje mnie uważnie, podnosi głowę i mi mówi – Daniel Ty idioto, Ty naprawdę myślałeś, że spotykam się z Tobą z powodu tych niewątpliwie kiepskich perfum i naprawdę sądziłeś, że one na mnie w ogóle działają? Powiem Ci coś Daniel, właściwie ten twój odurzający zapach perfum mnie męczył, tylko nie wiedziałam jak Ci to powiedzieć i szczerze mówiąc po cichu się z Ciebie śmiałam. Daniel, Ty jesteś naprawdę głupkiem, naprawdę zabawnym głupkiem i wiesz co, chyba właśnie dlatego tak bardzo Cię lubię. Zdębiałem i po tym jak zrozumiałem jej słowa ucieszyłem się co niemiara. Następnie z uśmiechem Rebecca mi mówi, wiesz co kochanie wczoraj było cudownie, ale dzisiaj się naprawdę zdziwiłam, bo w tych wierszach i opowiadaniu nie ma mnie. Zrozum, że to co napisałeś w ogóle mnie nie opisuje. Rebecca niemalże z przejęciem wykrzyknęła – „to nie jestem ja Daniel”. Zresztą chodź głuptasie, po czym Rebecca całuje mnie w prawy policzek, każe mi wsiąść do auta i zawozi mnie do siebie, po czym idziemy do któregoś z pokoi jej domu, a tam są rozstawione sztalugi i obrazy jakiegoś przystojnego mężczyzny. Rebecca z triumfem w głosie mi mówi – popatrz Daniel – to Ty. Patrzę i przyglądam się tym pięknym skądinąd obrazom, ale za żadne skarby świata nie mogę siebie w nich ujrzeć. Wykrztusiłem z siebie tylko – „Rebecca, kochanie, to nie jestem ja”.

 

Koniec

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Gosława Jakże nie zerkać,                       jak ptaszek ćwierka. Sto lat Reniu.
    • @bazyl_prost Dzięki. Myślisz, że to oda do braku słów? Czy jeszcze coś innego?
    • trochę by było niebezpiecznie gdyby tak było , pewnie chcesz na Islandię?
    • Stary cenzor Wasyl Aleksiejewicz Srogin siedział za biurkiem i czytał właśnie rękopis, który mu przyniósł do opinii 36 –letni poeta. Wasyl trzymając papierosa w ustach cedził każde słowo, które wypowiadał komentując obszerne dzieło. - No wot , -mruknął w końcu wypuszczając kłęby dymu nosem. - Nawet byłoby niezłe, ale strasznie długie. Nie dałoby się tego jakoś skrócić ? Te zapychacze w wersach w dodatku wszystko psują. Okropna zaimkoza już na samym początku. Kilka zaledwie wersów i co mamy? wszystkie wasze zaimki po kolei : moja, ty, cię, ten ,cię ,twą ,tobie i tak dalej i tak dalej... - Ależ, proszę pana…to jest inwokacja – usiłował się bronić autor. - Proszę mi nie przerywać, bo nigdy się pan niczego nie nauczy –warknął złowieszczo Wasyl i zapalił kolejnego papierosa. Cały pokój po chwili wypełniony był błękitnym dymem o nieprzyjemnym zapachu. - Okropne poza tym są te rymy – kontynuował cenzor – jak wy to nazywacie? Aaa … rymy częstochowskie…. -istna grafomania panie poeto... -w sumie całość do poprawy albo do wyrzucenia. Poeta posmutniał i rzekł zdławionym głosem : - Trudno, skoro się nie podoba panu to pojadę z tym tekstem do Paryża. -Może tam będą innego zdania i mi to wydrukują. - A jedź pan, gdzie pan sobie chcesz – odrzekł Srogin i zawołał sekretarkę. -Taniu , zrób mi mocnej kawy i odprowadź pana poetę. - -Ha ha chciałby być lepszy od naszego Puszkina ! wykrzyknął jeszcze tubalnym głosem. Poeta wziął z biurka Wasyla rękopis i z szacunkiem przy drzwiach się ukłonił.   Za oknem coraz mocniej świeciło słońce. Na drzewach głośno śpiewały ptaki. Piękna była tamta warszawska wiosna . Był rok 1834.  
    • Wulkan, nie kobieta Moje serce płonie przy tobie Wprowadź mnie do serca wulkanu Będziemy miłością w postaci lawy Nie pozwólmy, by ta lawa ostygła, zapraszam na kawę Nadszedł okres gorących dni oraz miesięcy Na Ziemi kwitną czerwone róże, są wulkany, a ty jesteś wyjątkowa Świat obawia się wulkanów, lecz ja się cieszę, że jesteś Wszystkie wulkany na świecie, łączmy siły, wybierzemy się na wizytę Rozpalimy jego serce Czyż nie zbliża się era wulkanów? Otwieram serce dla wulkanów, zapraszam do środka                                                                                                                                                       Lovej . 2026-02-16           Inspiracje . Siła miłości
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...