Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

 

(siedem życzeń)

 

 

siedem minut tylko płaczesz 
siedem minut nie inaczej 
siedem minut siedem życzeń

Pierwsze 
by nie płakać więcej

 

Drugie
kiedy w kimś już się zakochasz 
tak na zabój tak na zawsze 
żeby on się odwzajemnił 
i nad życie kochał także

 

Trzecie
mieć przyjaciół nie mieć wrogów 
wróg to bestia co pożera 
wszystko co na drodze stanie 
z pazurami w duszę wdziera

 

Czwarte
czterolistną koniczynę 
znaleźć kiedyś gdzieś na łące 
wiara miłość i nadzieja 
a do tego jeszcze słońce

 

Piąte
zdrowym być bo przecież zdrowie 
lepsze jest niż stos pieniędzy 
choć pieniądze też są ważne 
byle były gdzieś pomiędzy

 

Szóste
zwiedzić świat bo świat jest piękny 
świat ma w sobie coś takiego 
że zachwycasz się gdy widzisz 
passiflorę Najwyższego

 

Siódme

oddasz mi życzenie 
bo sześć życzeń  to za wiele 
więc ja tobie dzisiaj życzę 
by spełniło się sześć życzeń

Edytowane przez OloBolo (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@OloBolo Zdecydowanie wiersz daje do myślenia i warto sobie nad nim podumać.

Sądzę jednak, że wymaga jeszcze trochę pracy, zwłaszcza nad formą.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Pierwsze przeniosłabym niżej, jako wers, żeby ujednolicić z pozostałymi wyliczanymi życzeniami. Z wersu poniżej usunęłabym nigdy, bo rozbija rytm.

 

Z tym wersem również byłoby dobrze coś zrobić "też" "także" razi jednak po oczach.

 

Siódme także wyodrębniłabym jak i pozostałe liczby, no i trochę dużo tutaj życzeń. Może by jakoś z tego wybrnąć?

Pozdrawiam :)

  • OloBolo zmienił(a) tytuł na Laurka

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...