Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Jakby tu zacząć i o czym pisać

niejeden nad tym zachodzi w głowę

ja mam receptę na tę bolączkę

której ujawnię tylko połowę.

 

Zacznij od tego, że sygnaturkę

umieścisz w prawym rogu karteczki

byś potem łatwo mógł wiersz odszukać

kiedy gotowca włożysz do teczki.

 

Jak ją zapiszesz to twoja sprawa

ja proponuję imię, nazwisko

a jeśli piszesz pod pseudonimem

wstaw go poniżej, lecz to nie wszystko.

 

Należy jeszcze dopisać datę

lecz nie urodzin, ale tworzenia

realia życia odłożyć na bok

popuścić wodze dla przemyślenia.

 

Rozwiane myśli poskładać w całość

i odpowiednio dopieścić słowa

dalej nie piszę, bo oto właśnie

mojej recepty jest już połowa.

 

Część drugą można czasami dostać

od swojej weny w miłym prezencie

lub własny talent rzucić na szalę

wtedy wiersz będzie miał super wzięcie.

 

 

Henryk Jakowiec

Henryk I - dadaista

24.09.2020

Opublikowano

W Twoich wierszach podoba mi się naturalność języka, czyli zachodzi w głowę, bolączkę, gotowca, pościć wodze, dopieścić, na szali, wzięcie uzupełnionych zwrotami sygnaturka, pseudonim, realia, talent. To styl/klimat miły dla ucha  swoboda odbioru to cecha Twojego pisarstwa :)))

Pozdrawiam.

Opublikowano

@lich_o

Nagle się znalazłem w kropce

bo laurkę mam pochwalną

którą mogę się obronić

gdy mi jakiś minus walną.

 

Do tej pory niczym zając,

który w strachu drży pod miedzą

ja też nadstawiałem uszy

żeby słyszeć, co powiedzą

 

ci, do których adresuję

mej twórczości wypociny

pomijając moich bliskich

i tych dalszych też z rodziny.

 

Bardziej cenię głos postronny

szczery i nielukrowany

a poza tym to się cieszę

tym, że jestem wciąż czytany.  

 

pozdrawiam ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...