Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

 

Wszystko zaczyna się o tego, że właśnie teraz spada dziecko z huśtawki. Na szczęście leci na swojego ojca, który leży przy obiekcie i czyta książkę. A że jest wiatr, to dziecko znosi w jego kierunku.

Bęc. Spadło. Nic mu się nie stało. Tylko ojciec jęknął, bo dziecko zwiało za bardzo w jeden punkt.

 

W tym momencie wyłania się z zakola bliskiego horyzontu, Pan Oxymoronn. Ma na nosie okulary i brakuje mu tlenu. Dlatego wyszedł na spacer. Żeby nabrać. Nie idzie jednak prosto, gdyż na drodze leży książka. Omija przeszkodę i zamiast iść prawą ścieżką, to człapie lewą.

W tym momencie radykalnie zmienia historię ludzkości. A właściwe… zaczyna… gdyż na drodze znajduje: Zawiniątko.

 

– Mamusiu kochana. Zagram w totolotka. No co! Zgódź się! Proszę. Dziesięć milionów do wygrania. Kupię sobie loda i tobie też. No co, zgodzisz się?

– Nie mam drobnych. I nie marudź, słonko. Następnym razem.

 

Niestety. Następnego razu nie było. A właściwie: był… i to wiele razy. Ale zupełnie inaczej, niż mógłby ktokolwiek przypuszczać.

 

Znalezisko jest takie sobie. Ani ładne ani brzydkie. Pan Oxymoronn podchodzi, nachyla się i zaczyna wąchać nieznaną rzecz. Zawsze tak robi. Jest odważny lecz nie roztropny. Po obwąchaniu, otwiera nagle pudełko, nie bacząc na konsekwencje. Zagląda do środka… a tam: banał. Zwykła kartka z napisem, który ociera krawędzie o żart. Niestety, pan znalazca nie ma poczucia humoru. A przynajmniej zwykłego, w ogólnie przyjętej normie. Bierze polecenie na poważnie. Nawet podpis! A tu już powinien się zastanowić.

 

[Po sekwencji]

 

W kraju zamieszanie. Prawie w całym. Bo nie wszędzie są kolektury Totolotko. Całe tłumy drepcą i gadają. No może nie całe, gdyż niektórzy w tym czasie normalnie pracują lub racjonalnie odpoczywają. Zgromadzeni mogli by w gazetach poczytać lub w sieci pogrzebać, ale tak na żywo jest ciekawiej. Istnieje możliwość, podzielenia się wrażeniami, na ekonomiczny temat. Podyskutowania o tym całym: fenomenie. Tym bardziej, że ma być niebawem ogłoszony: pseudonim sprawcy, tej całej hecy.

 

[Przed sekwencją]

 

Na dnie Zawiniątka leży biała kartka, tyle tylko, że zielona. Napis jest krótki, lecz treściwy.

„Drogi mieszkańcu Drogi Mlecznej. Wiem, że zamieszkujesz w gminie: Ziemia. Skoro znalazłeś przesyłkę, to widocznie jesteś: Wybrańcem. Idź sobie poza miasto. Tam gdzie stoi: Jako Taka Stodoła. Wewnątrz znajdziesz: Urządzenie. Instrukcja leży na gałkach sterowniczych. Weźmiesz udział w tz: Eksperymencie. Jest w sumie nie groźny, ale wiele nam powie o Tubylcach. Możesz oczywiście odmówić, ale wiem, że nie odmówisz. Mnie nie zobaczysz, bo byłem tam jutro, a będę wczoraj. No to pa.

Podpisany: Obcy - Decydujące Zaparcie.

 

Wiadomy Pan czyta i czyta, mruczy i mruczy: aha, hmm, oraz: no… rzeczywiście krótkie… człapiąc we wskazanym kierunku. Za chwilę idzie środkiem rajki, widząc na horyzoncie obiecany obiekt. Potyka się o bulwę ziemniaczaną, upada, połyka nierozważnie stonkę i gubi wiadomość, którą porywa wiatr. Zdążył doczytać do: stara stodoła, ale to mu wystarcza, żeby się dźwignąć i podjąć na nowo przerwany trud wędrówki.

 

[Po sekwencji]

 

Przez tysiące „tub dla ciebie,” ogłoszono starodawnym sposobem, pseudonim genialnego sprawcy. Jedni mieli miny na szczęście: zacięte, a inni nawet wiwatowali. A mały piesek przez ten cały szum, podlał but, a nie drzewo. Nikt nawet nie zauważył. Wreszcie można było tego kogoś, nazwać w przeróżnych odcieniach ludzkich możliwości oraz epitetowych wyrażeń.

A pseudonim był nawet fajny. Taki swojski dla niektórych.

 

[Przed sekwencją]

 

Nakierowany turysta, nadal zmierza do celu. Jest coraz bliżej, gdyż może policzyć ilość łat na spadzistym dachu. Ledwo człapie, dysząc ciężko. Tym bardziej, że mu zając kapustą przywalił, wyzywając go od: głąba. Ów pan miewa napady halucynogenne. Wreszcie wchodzi do Stodoły i cóż widzi? Urządzenie, a na nim kartkę.

 

[Po sekwencji]

 

– Panie i Panowie – grzmi tuba – nazwaliśmy tego pana: Mister Oxymoronn .

 

Tłumy klaszczą, gdyż nazwa się od razu przyjmuje, wkraczając w obieg. Wszyscy są święcie przekonani, że trafiono… że odzwierciedla stan prawdziwy umysłu… ale jednak… fakt jest faktem. Jakaś przyczyna musi być.

 

[Przed sekwencją]

 

Mister Oxymoronn, chociaż nie wie, że nim kiedyś będzie, czyta nazwę obiektu, stojącego między dwoma snopkami i jedną zdechłą myszą. Nie ma zwyczaju się dziwić.. ale jednak się zdziwił. Nazwa jest zachęcająca, tym bardziej, że ów pan, już dawno nie wygrał znacznej ilości przydatnej kasy. Myśli racjonalnie, nie naukowo. Zresztą o tym… jak nazwa wskazuje… już ktoś pomyślał. Nie ważne, że takie coś nie może istnieć. Ważne, że można to wykorzystać i pomarzyć, że biednemu, nie zawsze pod wiatr.

 

[Po sekwencji]

 

Tłum dziennikarzy przed budynkiem. Odbędzie się wielkie przesłuchanie. Wręcz potężne w swojej wymowie. Jeszcze takiego czegoś nie było. Nawet najstarszym góralom i filozofom, się o tym nie śniło. A jeżeli już, to tylko jako sen s.f. Ale cóż. Sprawę trzeba wyjaśnić. To już stanowczo za długo trwa. Przechodzi ludzkie pojęcie i też się dziwi.

 

Prasa musi stać póki, co na zewnątrz. Jeszcze swoje pytania by wtryniała. Zawadzała jeno!

 

[Przesłuchanie]

 

– Panie Moronn. Zdaje sobie pan sprawę, kim jesteśmy?

– Kupą pyskatych dziadków.

– Proszę się liczyć ze słowami…

– Ale z kasą to już nie muszę. Przyznacie panowie. A poza tym mój: pseudonim, na wiele mi pozwala.

– Jaki właściciel, taki pseudonim.

– To jest zaniechanie dobrych obyczajów słownych! Nie ze mną takie numery.

– Z panem? Kto by chciał?

– Panowie mi ubliżają… chyba?

– My? A gdzie tam. Proszę się uspokoić. Wiemy, że pan tak z nerwów głupoty gada. Nieprawdaż?

– A tak na poważnie… kim właściwie jesteście. Bom ciekaw.

– Nie wie pan?

– A co? Mam wiedzieć?

– Nie! Dopóki panu nie powiemy.

– Przecież i tak wiem, co za chwilę się wydarzy.

– Niby skąd?

– Jak to skąd. Z tej przyczyny, z której tu siedzę. Pomyślcie panowie.

– My właśnie siedzimy, żeby myśleć. Uspokaja to pana?

– Mnie? A co ja mam do tego? Chociaż… słyszycie panowie ten głuchy jednostajny szum?

– No… coś tam szumi… gdzieś.

– To wasze synapsy przeraźliwie szeleszczą. Cholera jasna… jesteście geniuszami. Ja pierdzielę.

 

Prasa jest niecierpliwa. Pragnie się władować do środka. Co prawda słyszą co jest grane, ale nie należą do orkiestry. A niewątpliwie najciekawsze dopiero będzie. Póki co, to takie przekomarzanie.

 

– Mamo, dlaczego Totolotko zamknięte?

– Nie wiem synku. Może im pieniążków zabrakło lub co.

– No tak, mamo. Wszystkiemu winne: co.

 

– Co pan sobie wyobraża. Jesteśmy szanowną Komisją do Badań Niewytłumaczalnych Zjawisk. Proszę nas szanować. Za nasz trud chociażby.

– Skoro są niewytłumaczalne, to wasz trud jest daremny. Szkoda fatygi.

– Ale popytać przecież możemy.

– Popytać tak. Ale grzecznie.

– No to proszę nam jednoznacznie powiedzieć… kim pan się stał?

– Jak to kim? Podróżnikiem w czasie.

– W jakim czasie?

– Jak to w jakim? A ile ich jest, że zapytam?

– Czy pan robi z nas głupków?

– A muszę?

– Proszę się zachowywać. Bo do pudła wsadzimy.

– Czy jestem o coś oskarżony? Popełniłem jakieś przestępstwo? Czy już nawet uczciwy człowiek, nie może od czasu do czasu wygrać?

– Od czasu do czasu. Ale nie za każdym razem!! Tak się nie godzi postępować!! Totolotko podupada. Nie rozumie pan.

– Wedle mnie... ja już swoje mam.

– Pan raczy żartować. Jak pan to robi, że pan ciągle wygrywa?

– No nie… jestem załamany. Podróżuje w czasie a oni mnie się pytają: jak to robię?

 

W tym momencie słychać wielki wybuch śmiechu wśród zgromadzonych. Transmisja idzie na żywo, ale tylko dźwięk. Nie wiadomo, czego się boją.

 

– Mam wytłumaczyć taką prostą rzecz. Naprawdę to konieczne?

– To pan musi powiedzieć. Nam nie uwierzą. Pomyślą, że zmyślamy. Lub co gorszego.

– Niby kto?

– Wielcy Zainteresowani.

– No dobra. Co mi tam. Przenoszę się kawałek do przodu. Oglądam losowanie. Wracam i gram.

– Raczej pan kradnie?

– Jak to kradnę? A może popełniam przestępstwo? Czy prawo zakazuje podróżowania w czasie i racjonalnego korzystania ze skutków takiego procederu? Zaznaczam właściwe liczby i wygrywam. To też prawo zakazuje?

– Ale pan zna te liczby! Czy to jasne?

– Gdybym nie znał, to bym nie zaznaczał bzdur. Niby po co? A zatem, jak z tym... prawem.

– Dobrze pan wie, że nie ma takiego prawa.

– A to już nie moje przeoczenie. Trzeba być przewidującym.

– Pan chce zrujnować Totolotko. Na tym panu zależy? Tak?

– Jak to zrujnować? Już nie ma czego. Nikt nie graje, bo na diabła. Aż mi smutno.

– Taki pan smutny, jak robale na zwłokach, które wesoło żrą i żrą! Właśnie o tym mówimy, że nikt nie graje. A pan tylko by rozdawał...wszystkim… potrzebującym.

– Stać mnie na to. Kocham ludzi i bliźnich.

– Niewątpliwie. Ile pan nagłabał? Ile pan ma? Proszę się przyznać!

– Niewiele. Ale jakoś wiąże koniec z końcem.

– Taa...wie pan co… my pana wsadzimy do więzienia… za zakłócanie porządku publicznego.

– A mogę ostatni raz odwiedzić Jako Taką Szopę? Proszę. Sentymentalny jestem.

 

W tej chwili wielu zgromadzonym łezki pociekły, plumplając na bruku.

 

– Chyba Jako Taką Stodołę? Ostatnio dużo o niej słychać.

– Nie powiem... fajny kącik.

– Naturalnie. Szkoda, że tej przeklętej maszyny, ruszyć się nie da. Za późno wyszło szydło z worka. Zdążył pan nagłabać.

– Przepraszam… nie dla siebie… wszystko.

– Na dodatek, tylko pana słucha. Nawet jej zniszczyć nie można. Z czego ona jest? Czy chociaż to pan wie?

– Nie wiem. Ofiarodawca nie napisał. Tylko zostawił wiadomość. I że mi się polepszy.

– Polepszy?

– A co? Nie widać? Jestem elokwentny. Da się zauważyć. To taka nagroda za udział w eksperymencie.

– Jakim znowu zamęcie?

– Zamęcie?

– Eksperymencie. Pan nam rozum kołuje, na kolizyjny pas startowy!

– Jaki pas? Nie wiem. Aha… coś kojarzę. Machina jest na „rozdrożu czaso-przestrzennym’’. Dlatego nie można jej ruszyć. Należy i nie należy do tego świata. Jest w stanie czuwania. Tylko ja mogę jej użyć.

– Podobno pana nie można zabić. To prawda?

– W najbliższych stu latach. Ale nie wiem, jak to daleko sięga.

– Usiłować pana zastrzelić?

– Nie. Dziękuję. Może innym razem.

– Jest pan niezniszczalny?

– No… tego... hmm… nawet bólu nie czuję.

– Nie można pana przekupić? Czymkolwiek?

– Niech pomyślę. Nie. Zdecydowanie.

– Aha. No to teraz wszystko jasne.

– Ma pan katar? Bo sarkanie słyszę.

– Spadaj pan!

 

*

 

No cóż. Zaczęło się na Ziemi dziać. Jedna Machina, a wielu chętnych do zgłębienia jej tajemnic. A cała reszta, co ich to guzik obchodziło, chcąc nie chcąc, musiała w ty wszystkim uczestniczyć. Stodoła Czasu (tak ją potocznie nazwano) stała się Centrum Świata. Tubylcy z miasteczka, nie mieli łatwego życia. Oj nie! Niby zarabiali na wisiorkach z miniaturką Machiny, ale cóż z tego. W tym całym chaosie, nie można się było odnaleźć. Aż w końcu doszło do wojen i innych tego typu zdarzeń. Aż nadszedł czas, że ludzkość prawie wyginęła, a Machina jak stała, tak stała. Tylko jedna osoba przetrwała na pewno: Mister Moron. Miał dziwną ochronę. Do czasu.

 

~~~

 

Poświata zachodu słońca rozchodzi się po okolicy. Małpoludy wyszły na żer. Prawie całej ludzkości już nie ma. Znowu pusta kartka do zapisania. Cisza, spokój i sielanka. Nie do końca jednak. Przed jaskinią siedzi starszy człowiek. Obok leży kupa zardzewiałego złomu i sztyletozębny tygrys, który się nadział na kawałek blachy. Przytulne czerwonawe promienie i kropelki krwi podobnego koloru, leniwie snują się po ocalałych gałkach i pogniecionych ścianach. A właściwie: porąbanych. Chociaż coś tam jeszcze brzęczy. A fluidy myśli minionych epok, wolniutko krążą. To tu przysiądą, to tam.

 

Od wczoraj małpoludy zaczęły się robić mądrzejsze. Wynalazły protoplastę kija do podbijania piłeczki: całkiem sprawną maczugę. Musiały biedne wypróbować, czy działa. A jedynym obiektem do rozbicia, okazała się Machina, w której przybył Mister Moron. Omyłkowo nadusił nie to co trzeba i poleciał trochę za daleko do przodu. A sceneria taka, jakby włączył wsteczny. Na dodatek znalazł się na pustkowiu… chociaż nie całkiem... i bez ochrony.

Aż ma z głową coś nie tak. Chyba.

 

Kawałkiem skały, na drugim kawałku głazu, rypie sześć liczb. Małpolud stoi z boku, jakby się uczył matematyki. Nic z tych rzeczy. Jeszcze za wcześnie. Dopiero za około: półtora miliona lat, zakwitną baobaby, z których będą wystrugane ławki szkolne.

Po prostu jest głodny.

Gdy dostrzega rypanie szóstej liczby... bierze maczugę i po chwili zaspokaja głód.

 

 

*****************************************************

– Tatusiu! Spójrz co znalazłem! Dziwne Zawiniątko!

– O… jakaś kartka z napisem.

– Tato! Gdzie idziesz?

– Powiedz mamie, żeby nie czekała z obiadem.

– Tylko nie zaśnij po drodze. Chociaż fajnie sny opowiadasz.

 
 
 
Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Piszę te wersy dla Was
      Każdy jest najlepszy ale paradoks życia sprawia, że tyle samo zła co dobra w nas. 
      Zapamietasz Nas, pokolenie wysłuchało co podświadomości lodowa góra ukryła pod powierzchnią fal morza.
      Zimna pustynia arktyki i podróż w stronę horyzontu, banita opusza stada brać by na samobójczej misji zamienić lód na kosmicznej próżni jeszcze większy chłód i brak gwiazd wokół które życiodajne ciepło chcą nam dać i w kolory ubrać dla Nas świat.
      To dla Was wszystko, to tylko moje litery, ułożone spółgłoskami w słowa, które w szaleństwie nazwanym dnem przyszło mi bezczelnie i niestety Wam podarować, mieć anioła, który brał co diabeł opętany w wersów kilka ubrał i w nieświadomości nawet nie przemyśłał, dziw brał ale uszy zatkał na własne krzyki skrzeczącego głosu z gardła które mu służy chyba jedynie tylko by łykać flaszka i flaszka mocne twarde trunki aż do dna za ostatni hajs, nie zapracowany ze swojego tronu który dostał by złorzeczyczyć temu który na srebrnej tacy podał mu widelec którym najpierw karmił a potem ostry nóż którym zabił brać i braci jakimi ich chciał mieć jak kosz pomarańczy mu podarowanych których na stole nie zauważył w złotym czepku który mu spadł na oczy i zamknął wzrok tak że tylko własny nos tam widział z czubkiem którym się stawał z kolejną flaszką za pieniądz wyżebrany lub ukradziony bo nie ma w nim kołaczy do pracy. Niezrozumiał nic z życia, którym szedł jak w ciemny las z tą czapką którą niewiadomo czemu urodzony Bóg go wybrał na los jak banany są tacy wiecie dziecie które ma lepiej a niewdzięcznie umie tylko być dla siebie bez wdzięczności i pokory wobec chamów którymi ich nazwał a życie mu z górki obaj w miłości dla jego jestejstwa przyszło stworzyć. 
      Ludzie są chorzy niby wszyscy tylko niezdiagnozowani, chcieliby każdego dziś leczyć tabletkami psychiatrzy byśmy byli posłusznie na smyczy w kagańcach posłusznie poddani.
      Nowy porządek świata. Oni mogą samolotami latać dla nas zielony ład i ograniczenie w cenie diesla i benzyny. Bunt zabity przez ich (Ich z dużej litery bo to nazwa własna tych iluminantów winnych nam spokój i miłość raj na ziemi i wymiatanie ludzi tego świata (światu ale wyrzygana mi w mgle licencja poetica pozwala mi przekręcić słowo albo słowa zmyślać (osobowość ksobna może to nie moja osoba zadedykowana tam nie wiem już sam (dziś nic nie wiem) (czwarty nawias liczę tym razem po piątym zamknę choć nie mam pomysłu co w nim wpisać podpowiedź by się przydała ale w samotności sięgam dna jak dna flaszki i dna jak upadam (według demokratycznego osądu ludzkości ale jednak się przydało to szaleństwo czasem nawet jako bandaż (ha mam piąty nawias myślę i się dzielę tym i piszę w szóstym niestety (może koniec tych w nawiasach dygresji) (po siódmym miałem skończyć bo to blisko Boskości w matematycznej interpretacji Biblijnej narracji) (ale skońćze po ósmym który nie wiem jak się interpretuje jak cztery któtre znaczy śmierć jak u Wieszcza cztery i cztery bo dwa razy zabije) (i zabiłem) (wiem dziewięć) (i dziesieść będzie bo jeszcze myślę że interpunkcję miałem w dupie i nie zamykałęm nawiasów otwieranych a może tak się nie robi nie wiem) (grafomani we mnie wiem piszę by pisać wyżyję się na tle białego tła na forum w internetach ściana tekstu żaden ze mnie pisarz żaden dziś poeta po prostu klikam te litery jak małpa i powstają teksty jak ta ściana która przeraża która oznacza szaleństwo, miałem nie robić tego więcej ale skasowany ef be i insta nic nie dał znalazłęm fora jak socjal media gdzie się piszą wiersze z prawdziwego zdarzenia a nie moje rymowane bardziej lub mniej teksty do czego się jutro nie będe chciał sam przed sobą przyznać i wstydem się spalę żem to wysłał w świat) (ale o czym to ja, jaka była główna myśl, trzeba wrócić myśle sobie przed pierwszzy nawias i nie wiem sam czy po tym chyba dwunastym już do zamknięcia chaosu dygresji nie do przełknięcia oczyma przez czytelnika którego wiem że tu ni ma i nie będzie bo skazany na zapomnienie jak w wizji mistycznej na substancji otwirajającej świat na ten niematerialny na codzień schowany gdzie został mi los pokazany grubasa klikającego w klawiaturę przez życie przechodzącego bez ruchu i bez rozejrzenia się by umrzeć w ogniu słońca bez sensu żył i niezauważony znikł samsara go wyrzuca ale to kara a nie nagorda na ciemnej materii zimnej drodze skończy się jego los tam a to ja bo to moja głowa i na własnych oczach to zobaczyłem a wszystko co widzę dotyczy mnie a wszystko co słyszę mnie dotyczy a świat jakim jest jakim się go widzi to tylko ty w tym to tylko ja widzę świat który goni hajs i pogrąża się w dramatach jak widzi smutek i zło, rój szerszeni zauważam w cywilizacjach jak nasza a to w senniku oznacza wroga (chyba) (i chyba był to trzynbasty nawiast a ten jest czternasty wracam do tego co mówił dwunasty a potem czas wrócić na początek gdzie otworzyłem pierwsze nawiasy (pierwszy nawias ale do ryma myśla mi się tak układać przyszła więc ryma żem ja napisał nie w myśl języka którym żem zaczął władać od rodziców nauczon gdziem urodzon jako Polak za co wdzięczni powinni być czytający wierszów wersów przekaz metafor mgłów rozwiewających umięjący poeci i interpretatorzy bo to język najlepszy do skłądania w rymy metaforów i przekazów dla pokoleń zapowiedzianych przez wieszczów bytów podróżnych wbrew linii śmiertelnych niewybranych dla 27 skrzydlatych z armii Boskiej Trójcy dających możliwości wbrew uczynkom ich i ich podłości piękność nad piękności (a za to co uczynił niech szczerznie w bezimmienym grobie no może z tabliczką tu spoczywa pojeb) (i przestałęm liczyć nawiasy i tylko pamiętam że miałęm wrócić z zapowiedzianych słow do tego co przed pierwszym a potem przed dwunastym ale chuj z tym) (niby ludzie inteligentni mają skłonność do używania przekleństw ale mi się wydaje (a tam mi się to może wydawać a to pewno nieprawda ja kłamca najgorszy zły dla Ciebie CIebie i świata byt) że jednak inteligentniejsze jest powstrzymać się od rzucania kurew i chujów pojebanych popierdolców ze słów nawet w przypadkach najgorszych napotkanych przeszkód zazwyczaj z ludzkich słów myśli i czynów wobec nas)))))))))))))) (to za mało nawiasów ale kto wie ile ich było może ktoś policzy ale nie ma tu odbiorców dla moich szaleńćzych słów wieć cóż wracam do tego co na początku)
      To dla Was
      Pamiętając o paradoksie naszego miasta wiedz że mieszka w nas anioł ale na wadze stojąc równoważy go ciężar diabła na szali 
      Wiem to szaleństwo ale tramwaje i autobusy jeżdżą tu jak chaos bez rozkładu jednocześnie przywożąc pasażerów na miejsce na czas i na miejsce (że się powtórze ale obiecuje jednej nawias i wracam do tego co dla Was)
      Spokój w oku cyklony choć w około wszystko lata jak chaos ponad definicję chaosu
      To jest w nas
      Słońce które daje życie, ciepłem promieni osiem minut drogi stąd w największej prędkości znanej w cyfrach ludzkośći na dziś i w odwrotnej drodze by zabrać życie i kolory które pryzmatem rozbitego w granicy atmosfery naszej Planet Ziemi Matki (nie jedynej wbrew przeszłości która dopiero niby ma być dla pewnych, n ie jedynej matki za co wybacz mi która była przy mnie zanim pierwszy oddech przyszedł, karmiącej i trwającej mi spokojem oceanicznej jedności zanim pierwszy krzyk i płacz i męki dla jej poświęcenia która wciąż jest przy mnie co nie jest dla mnie wbrew czynom i braku słowa Kocham którego się boje moim bez znaczenia (kończę nawias i wracam do Was)
      Gai której odległość od gwiazdy w centrum układu siedmiu czy tam ośmiu planet w tej Galaktyce na Drodze Mlekiem (i miodem oby Wam płynącej) usłanej 
      Gai której czas i miejsce we wszechświecie zauważ dało wyjątek wobec tego co wiemy o kosmosie, wyjątek cudem zauważ jest jakim jest człowiek
      Was pozdrawiam ludzie w tym momencie i zachwyciłbym się życiem gdybym nie był kim jestem kto je niszczył strachem i złem

      Anioł na przeciwwadze diabła może zrezygnować i zostawić miejsce dla kogoś kogo nazwiesz osobą jaka jest podła
      Jesteś miastem w którym rządzi paradoks pamiętaj
      Wszystko ma swój początek w jednym miejscu 
      Jak od jednego słowa 
      Jak od jednej liczby 
      Jak jedność która jest w Trzech Osobach która mogła zachwycić się Sobą i na tym pozostać a jednak postanowiła wykorzystać moc i tchnąć wszystko byś się znalazł, byśmy się znaleźli tu i teraz
      Jest jeden punkt wyjścia dla wszystko co na przeciwnych stronach 
      Dobro i zło wyszło z jednego miejsca więc tworzy jedność jak Yin i Yang tylko bardziej bo czerń i biel zanim powstały były jednym kolorem 
      Dla nas niezrozumiałym
      Jak miłość i strach które pozornie są sobie obce tworzyły jedną całość co może być niezrozumiałe jak jest dla mnie
      Jak czas który nie istniał a potem zaczął zmierzać ku granicom nieskończonym
      A musiałobyć coś wcześniej przecież
      I ten byt jest nie do pomyślenia dla nas jak coś może trwać bez początku i końca i jeszcze się rozszerzać
      Wpadnij w zachwyt pod kopułą nieba 
      Pod opieką słońca
      Pod okiem księżyca i odległych gwiazd ułożonych w horoskopy 
      Pod opieką się miej samego siebie
      I miej innych za tych którzy opieką obdarzeni przez Ciebie będzie Ci oddane w szczęściu niepoznanym jeszcze
      O czym ja pieprze
      Bluźnię
      Mieszam Boga z Diabłem
      Chcę by drugie przyjście Syna na świat ten skońćzyło się porozumieniem z piekłem na chwałę ludzkich dusz na chwałę życia 
      By nie było walki Jezusa z Szatanem
      Tylko (potocznie ale wybacz rym to rym rymowanie mi dziś na zgubę przyszło choć nie wyszło) żeby zbili sztamę
      By zapowiedziane ponowne przyjście na świat Syna było ku porozumieniu i zjednoczeniu ponownym piekieł z niebiosem
      szatanie zrozum proszę że i Tobie będzie lepiej że i Ciebie Bóg wysłucha w modlitwie choćby najprostszymi słowami to Ci się dotrzeć uda do Jego czekającego ucha
      Wiem że Bóg może wszystko i chce dla swoich istot i dla swojego stworzenia spokoju i szczęścia
      szatanie wróć do nieba
      Nie graj fałszywej nuty na skrzypkach
      Nie nieś sztucznego światła gdzie zimna lampa nie daje ciepła
      Zgaś czarny płomień ogniska
      I zobacz ogień Ducha który rozpala w Nas gdy na słowa hymnu odpowiada czynem nam


      KONIEC
      BARDZO PROSIŁEM BY TAK SIĘ STAŁO

      BY TEN TEKST PRZESTAŁ SIĘ PISAĆ

      I SIĘ UDAŁO

      POSTAWIŁEM SŁOWO KONIEC I OTO

      BARDZO PROSZĘ JAK KOŃCZĘ TO 

      NA ZGUBĘ ZACZĄŁEM POST TEN

      MOŻE GDY SKOŃĆZĘ TO...

       

      PS

      TO MIAŁO BYĆ DLA WAS A JEDYNIE BYŁO DLA MNIE 
      I TO JEDYNIE W TRAKCIE BO POTEM I MI TO NIE DANE BĘDZIE

      CHCIAŁEM BYĆ WSZĘDZIE

      JESTEM NIGDZIE
      NISZCZĘ I ZNIKNĘ JAK ZAPADNĘ SIĘ SAM W SOBIE

      ZABRANE ŚWIATŁO ODDANE TOBIE

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...