Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 

Mały Grzybek wędruje przez las. Jest mu zimno i smutno. Na domiar złego jego nóżka nie wyrasta ze środka kapelusza. Dlatego często fika koziołki. Musi wypatrywać jakiś gałązek lub kamieni o które mógłby oprzeć swoją nóżkę i jakoś wstać. Idzie już bardzo długo. O mało co, a by został rozgnieciony przez dzika. Zwierzę nie chciało go zdusić. Po prostu go nie zauważyło. Mały Grzybek został sam na świecie. Szuka przytulnego schronienia w którym mógłby trochę odpocząć. A najlepiej, myśli sobie, gdybym znalazł dom do którego by mnie przyjęli już na wciąż… tak na zawsze.

 

Nagle staje ucieszony. Radość napełnia jego ciało po sam kapelusz. Widzi wiele grzybowych domków. Wie że tacy jak on mieszkają w większych domkach w kształcie grzyba. Są duże i okazałe. Bardzo go cieszy taki widok. Wie że na pewno w którymś z nich odnajdzie dla siebie wymarzone miejsce. Już nigdy nie zazna smutku. A nawet gdyby, to ktoś go pocieszy przytuli, dobre słowo powie.

 

Podchodzi do pierwszych drzwi. Jest bardzo zdenerwowany. Kto mu otworzy. Jak ten ktoś zareaguje na jego widok. Po chwili puka kapeluszem. Otwiera Stary Grzyb z krzywą tłustą nóżką. Mały Grzybek słyszy słowa:

 

– Czego tu chcesz?

– Czy ja… mógłbym… no... z wami zamieszkać. Sam jestem na świecie…

– Zamieszkać? Z nami? Czyś ty z dębu spadł? U nas nie ma miejsca.

– Ale proszę pana Grzyba, wasz dom jest przecież taki duży… nie będę przeszkadzać… niewiele mnie.

– Duży? Mam meble powywalać żebyś mógł zamieszkać? A poza tym jak ty wyglądasz. Nawet nóżki nie masz na środku. Idź już. Może inni cię przyjmą. To powiedziawszy, trzasnął mu drzwiami przed kapeluszem.

 

Mały Grzybek ma łzy w swoich grzybowych oczach. Miał nadzieję że smutek go opuści, a tu masz ci los, jeszcze większa rozpacz go ogarnęła. Mimo tego podchodzi do następnego domu. Jeszcze większy od tamtego, dlatego nadzieja w sercu Grzybka też przeogromna. Otwiera mu Grzyb zdrowy jak rydz choć rydzem nie jest, zadając pytanie:

– O co chodzi? Po co przyszedłeś? Jesteś głodny to coś ci dam. Co tak stoisz jak kołek na pieńku. No mówże wreszcie. Mój czas jest cenny. Nie mogę go marnować dla byle kogo.

– Głodny to jestem, ale bardziej szukam domu gdzie mógłby zamieszkać.

– Domu? A tobie co dolega? Nas tu pełno. A poza tym już niedługo w naszej chacie zamieszka rodzina Muchomorów. Dalecy krewni. Marudy straszne. Czerwone pyski kropkowane... ale cóż... bardzo bogaci. Mimo miłych chęci nie możesz z nami zostać. Spróbuj gdzie indziej. Powodzenia życzę.

 

Mały Grzybek chociaż zapłakany odchodzi głęboko w las. Stoi tak kiwając się na wszystkie strony i myśli sobie, że przecież nikomu żadnej krzywdy nie wyrządził, to dlaczego go nie chcą.

 

Nagle słyszy, że z Grzybowego Miasteczka dolatuje wielki hałas. Podskakuje co sił w nodze w tamtym kierunku. Upada kilka razy ale szybko wstaje, bo serce mu podpowiada, że coś złego tam się stało. Kiedy dobiega na miejsce widzi zrujnowane Grzybowe Domki. Widocznie jakieś zwierzę nieopatrznie je powywracało. Grzyby na szczęście przeżyły. Biegają, siedzą, płaczą, nie wiedząc co robić. Cały ich dobytek został zniszczony.

 

Małemu Grzybkowi jest ich bardzo żal. Dodaje im otuchy, poklepuje po kapeluszach, mówi że wszystko można naprawić, że im pomoże, a zmartwienia niech wyrzucą gdzieś daleko. Rzeczywiście, to dodaje im nadziei. Wspólnymi siłami podnoszą swoje domki, wkładają meble, robią ogólny porządek. Mały Grzybek pracuje razem z nimi. Jego starania są bardzo pomocne chociaż często robi fikołki ze względu na swoją nóżkę. Wszyscy go chwalą a ich uśmiechy radują jego serce. W końcu po ciężkiej pracy wszystko błyszczy odbudowane. Domki znowu stoją jak stały. Miasteczko jest jak nowe.

 

Mały Grzybek puka do drzwi. Otwiera mu wypasiony Stary Grzyb.

– Mogę z wami zamieszkać?

– Z nami? Co dopiero swój dom odbudowałem a ty chcesz go pobrudzić. Idź sobie. No jazda stąd.

 

Nigdzie Grzybka nie wpuszczono.

 

Zapłakany odchodzi z miasteczka. Jest mu coraz trudniej iść. Zostawił tam nadzieję a zapasowej nie ma. Na domiar złego do jego nogi wgryzł się czarny robak. Bardzo go boli to miejsce. Inne też biegną w jego kierunku. Objadają go ze wszystkich stron, wchodzą w jego ciało. Po chwili Mały Grzybek leży na ziemi. Nie może wstać bo nóżki już prawie nie ma, a smutek wypełnia jego ból i przygnębienie. Mimo wszystko z rozrzewnieniem wspomina Grzybowe Miasteczko, jak to z nimi biegał, a wszyscy kierowali w jego stronę swoje uśmiechy. Życzy im w myślach, żeby już nigdy żadna paskudna katastrofa nie poprzewracała ich domków. W czasie tych rozważań odpada jego kapelusz. Przez chwilę sprawia wrażenie że jeszcze żyje, ale to tylko robaki będące wewnątrz go poruszają. Przegryzły jego nóżkę.

 

*

 – Mamo, moja Babcia jest ciężko chora. Mówi, że to wszystko przez brak grzybów.

– Brak grzybów?

– Ma ona wielki apetyt na prawdziwki, a dziadek jej nie chce przynieść bo marudzi. A babcia mówi, że jak je zje, to wyzdrowieje.

– Marudzi? Powiedział dlaczego?

– No… niby powiedział, że zimą grzybów w lesie to ze świecą szukać.

– To prawda córeczko. Musisz babci powiedzieć, że wiosną…

– Ależ mamo. Babcia nie może czekać do wiosny. Coś ty!

 

*

 Mała dziewczynka wychodzi z domu. Tak cichutko i ukradkiem żeby jej rodzice nie wyzywali. Mieszkają blisko lasu. Zna się na grzybach jak mało kto. Wie które są dobre a które złe i tych nie wolno zbierać. Słoneczko świeci wesoło oświetlając korony drzew. Ścieżka prowadzi ją do starego zagajnika. Nigdy tam nie była. Mało ludzi odwiedza to miejsce. Słyszała jak rodzice opowiadali legendę o jakimś małym grzybku. A może to była bajka. Dokładnie nie pamięta. Że niby był taki smutny i umarł między tymi młodymi drzewkami. Kto tam teraz wejdzie, to też będzie smutny do końca życia. Ludzie niby w to nie wierzą, ale do tego czasu, nikt nie miał na tyle odwagi, żeby tam wejść.

 

Też niesie lęk w swoim sercu. Jest ciężki jak worek kamieni. Mimo że słońce świeci, wewnątrz zagajnika jest prawie ciemno. Wyobraża sobie że jakiś straszny wielki grzyb na nią wyskakuje, a z niego czarne robaki, a wszystko razem chce ją zjeść. Takie przerażenie ją ogarnia, że pragnie natychmiast stąd uciec, oby jak najdalej od tego miejsca. Lecz nagle przypomina sobie o swojej babci, która tam tęskni razem z apetytem. Przecież przyszła do tego lasu żeby znaleźć prawdziwki. Wie, że pora roku nieodpowiednia, ale chce wierzyć że gdzieś tutaj są. Może je wreszcie zauważy, gdyż mimo zimy, śniegu jest bardzo malutko. Drzewa z lekka poprószone wyglądają pięknie. Jak posypane srebrno białym pyłem. Lecz ona nie ma czasu na podziwianie widoków. Stoi na skraju zagajnika jak jasna plama na tle ciemności.

 

Nagle drzewa zaczynają głośniej szumieć. Tak dziwnie jakoś. Dziewczynka jest przekonana, że coś do niej mówią. Szeleszczą ciepło zimnymi gałązkami, jakby chciały dodać jej otuchy. Ma wrażenie, że słyszy słowa:

 

– Dziewczynko! Nie musisz się bać. Tam umarł bardzo dobry grzybek zwany Małym Grzybkiem. Użyźnił ziemię swoją dobrocią. Co roku wyrastają tam piękne prawdziwki. Tylko nikt ich nie zbiera. Mówiliśmy innym ludziom, że nic im nie grozi… że mogą śmiało wejść i nazbierać. Ale widocznie tylko ty nas rozumiesz. Powiedz, że tak.

– No tak… jakbym was słyszała. Ale czy to możliwe, że rozmawiam z drzewami?

– Skoro nas słyszysz to możliwe. Wejdź do zagajnika. Nazrywaj prawdziwków. Zanieść prezent swojej babci. Wyzdrowieje na pewno. One są bardzo dobre.

– Ale dziadek mówił, że w zimie...

– Dziadek jest bardzo kochany, ale nic nie wie, to niech się nie wymądrza. W tym roku wyrosły… mimo zimy.

 

Dziewczynka rzeczywiście znalazła tam dużo pięknych prawdziwków poprószonych śniegiem. Zaniosła swojej Babci. Opowiedziała o swojej przygodzie. Przygotowano smaczny obiad. Babcia oczywiście sama ich nie zjadła. Podzieliła się z resztą rodziny. Starczyło dla wszystkich. Już nigdy więcej nie zachorowała. Tylko dziadek cały czas przyprawiał obiad zdziwieniem.

 

 *

Mały Grzybek, gdzieś tam w Innym Lesie, tak pięknym że takiego w życiu swoim nie widział, gdzie jego nóżka wystaje dokładnie ze środka kapelusza, a dzięki temu nie musi robić co chwilę fikołków ( no chyba, że sam chce) gdzie czas nie płynie i nie ma robaków….. myśli sobie:

– Nie znalazłem wtedy schronienia gdzie bym mógł zamieszkać, ale dzięki temu tamtej Babci życie uratowałem. Nie umarłem na próżno. Niczego nie żałuję. Moje pokręcone życie w którym tyle wycierpiałem miało sens. Wtedy o tym nie wiedziałem. Teraz wiem.

 

*~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~*

A drzewa nieustannie szumią swoją legendę: o Grzybku, który Szukał Domu.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Przeczytałem z przyjemnością.  
    • Ostatnia strona jest śliczna  Naprawdę  I taka delikatna 
    • @hollow man   "Guma turbo i młodość za sobą" - jednym zdaniem cały bilans przeminięcia. Uderza mnie ta próba schowania się - za Facebookiem, za równaniami, za precyzją matematyczną. Jakbyś szukał schronienia przed koniecznością bycia sobą. Ale potem przychodzi ta prawda - podmiot się stwarza, nie jest z góry dany. I ten obraz Kriszny przed podziałem - moment czystego istnienia, zanim słowa wszystko skomplikują. Wiersz o ucieczce i o niemożności ucieczki jednocześnie.
    • Obiecałam pewnej osobie, że wrzucę tu coś z mojej prozy. Oczywscie, jak to ja, nie dotrzymałam terminu owej obietnicy, lecz myślę, że... no, mniejsza. Dziś przedstawiam jedno z moich opowiadań. Jedno z pierwszych, stanowiące fundament mojej dalszej twórczości. Może ktoś wyłowi w nim to, co czyni obecną mnie — mną.                                Sklep pana Kumara       „Odpowiedź na każde pytanie. Za jedyne 3 funty!” – głosił szyld sklepiku w jednej z wąskich londyńskich uliczek. Zatrzymałem się i spojrzałem przez witrynę na regały. Zajmowały je szklane kule, wypełnione czymś przypominającym fioletową mgiełkę; kły pomalowane na jaskrawe kolory; egzotyczne instrumenty, fiolki, wyszczerbione szklanki, szpetne bibeloty i pluszowy Cerber z czerwonymi oczyma.     Zastanawiałem się, po jakie licho ktoś miałby kupić cokolwiek z tej osobliwej kolekcji. Chociaż... ciotka Judy z pewnością sprawiłaby sobie takiego pluszowego Cerbera. Ta kobieta miała półkę pełną obrzydliwych pluszowych kotków nad równie obrzydliwą pluszową kanapą.     Moje spojrzenie jeszcze raz powędrowało do szyldu. „Odpowiedź na każde pytanie. Za jedyne 3 funty!” – odczytał w mojej głowie głosik entuzjastycznego spikera.     Dzwoneczki zadźwięczały, gdy chwilę później wszedłem do środka. Drewniany parkiet skrzypiał. Sklep był o wiele większy, niż mogłoby się wydawać, a…     Spod sufitu, na srebrych łańcuszkach, zwisał gigantyczny krokodyl.    Przeszedłem kilka kroków, wciąż unosząc głowę (coś mówiło mi, że podbrzusze krokodyla może zaraz rozświetlić wbudowana w nie żarówka), potem się rozejrzałem.  Otaczały mnie przedmioty o różnych kształtach, kolorach i fakturach. Jedną ścianę zapełniały zdobione ramy entomologiczne z motylami., Na kamiennym postumencie, w przeszkolej kopule, znajdował się szkielet strusia. U stóp postumentu stała tabliczka z napisem: „Nie przeznaczone na sprzedaż”.     Znad lady spoglądał na mnie sprzedawca. Miał starannie utrzymany wąs, krótkie siwe włosy i okulary lenonki, które pomniejszały mu oczy.    Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, aż w końcu przypomniałem sobie o języku w gębie:    – Dzień dobry.    – Dzień dobry. Nazywam się John Kumar.    Żaden sprzedawca, ani wcześniej, ani później, mi się nie przedstawił, toteż moja twarz musiała zdradzić zdziwienie.   Machnął ręką.    – I tak pewnie nie zobaczymy się już nigdy więcej, więc dlaczego nie mielibyśmy się sobie przedstawić? – spytał.   Wzruszyłem ramionami.    – Lucas Logan.    – I czego tu szukasz, Lucas?    – Nie wiem – odparłem. – Tak tylko… się rozglądam.    Uśmiechnął się.    – Czyli już jesteś w mniejszości.    Nie do końca zrozumiałem, o co mu chodziło, ale również się uśmiechnąłem.    – Ten szyld... co on oznacza? – odezwałem się.    Pan Kumar zdjął lenonki, chuchnął na szkła, i znów je założył.     – No… oznacza tyle, że odpowiem za każde twoje pytanie za jedyne 3 funty.    – Naprawdę?    – Tak.    – Dlaczego wywiesił pan taki szyld, a nie na przykład…nie wiem… „Gabinet osobliwości Johna Kumara”?    – Każdy widzi te, jak to ładnie ująłeś, osobliwości przez witrynę. A kto wiedziałby, że odpowiadam na każde pytanie? I to za – zachichotał – jedyne 3 funty?    – A więc, gdybym dał panu te 3 funty…    – Odpowiedziałbym na 5 pytania. Tak. Na jakikolwiek temat, zgodnie z prawdą.    – Czyli nie na każde – wytknąłem. – Tylko na 5.    – Na 5 za opłatą, na resztę za darmo.    – A czym się różnią te za opłatą od tych za darmo?    – Te pierwsze, to takie, nad którymi ludzie muszą się trochę zastanowić. A te za darmo… cóż, jestem sprzedawcą. Nie mogę pobierać opłat za pytania: „Czy ten pluszowy Cerber ma moc odganiania złych dusz?”, nie sądzisz?    – Ktoś naprawdę o to zapytał?    – Nie, to akurat zmyśliłem.    Zanim zorientowałem się co robię, wyciągałem już portfel z kieszeni kurtki. Podszedłem do lady i wręczyłem panu Kumarowi 3 funty.    Schował pieniądze do kieszeni.     – Zgubiłem kluczyk do kasy – wyjaśnił poufałym szeptem. Po czym dodał: – Zastanów się dobrze. Odpowiem na 5 twoich pytań. Nigdy się nie mylę.    – Odpowiem na 5 twoich pytań – powtórzyłem. – Tak powinno pisać na szyldzie.    – Być może. Ale mniejsza o to. Zastanów się.    – Co mam zrobić, żebym być szczęśliwy?     – Najpierw musisz być nieszczęśliwy.    Mina mi zrzedła.    – A co mam zrobić, żebym był bogaty?    – Najpierw musisz być biedny – brzmiała kolejna natychmiastowa odpowiedź.    – Jest pan jakąś nieudolną wróżką? – palnąłem bez namysłu. – I zawsze mówi pan paradoksami?    – Nie. I często tak.    Ugryzłem się w język, żeby nie powiedzieć czegoś niemiłego.     Po chwili zapytałem jednak:    – Kim będę w przyszłości?    – Kimś, kto zawsze będzie żałował, że zmarnował swoje 3 i 4 pytanie.    – Proszę oddać mi moje pieniądze.    Pan Kumar przechylił głowę w bok.    – Odpowiedziałem na twoje pytania, Lucas.    – Wcale nie, nie odpowiedział mi pan. Niczego się nie dowiedziałem.    – Dowiedziałeś się tyle, ile chciałeś się dowiedzieć. Mówiłem tylko prawdę.    Odwróciłem się i wyszedłem bez słowa. A kiedy przechodziłem pod krokodylem – jego podbrzusze rozświetliło się żółtym blaskiem.          
    • @Mitylene   Jakie to lekkie i pełne światła. Czuć tu cichą radość oczekiwania, moment zawieszenia między tęsknotą a spełnieniem. "Przestrzeń ukwiecona deszczem" to piękny obraz. Wiersz jak jeden długi oddech przed spotkaniem.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...