Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Auschwitz 

 

 

ograniczony obszar 

kolczastym dźwiękiem 

rozdzierający ciszę 

nieograniczoną skalą 

wypalonych gardeł 

 

wydobywa z siebie 

wciąż żywą tkankę 

z wyrytym na skórze 

pierwszym ludzkim przykazaniem 

 

nie będziesz miał oczu obojętnych przed nami

Edytowane przez Gerber (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Dla mnie jest to żywy i bolesny temat. Dobrze, że ludzie pamiętają.  Według mnie jest ten wiersz zbyt "fajterski", zbyt obok tematu. Czuję się epatowany wymyślnymi frazami bez prawdziwych obrazów. Niemniej dobrze, że ten wiersz powstał, bo za niecały miesiąc kolejna rocznica "wyzwolenia" obozu.  Pozdrawiam

Opublikowano

myślę, że budowa zdania lepsza (Dekalog)  pustych pasowało jakoś tak fonetycznie ale to chyba faktycznie zbyt odległe słowo, pomyślałem jeszcze o nieczułych i bezdusznych. 

Nie zgadzam się natomiast z przedmówcami. Uważam, że cała reszta bdb. Mam tylko problem z tym ostatnim zdaniem i jeśli bym szukał korekty to tylko w tym miejscu.

 

nie będziesz miał oczu nieczułych przed nami

nie będziesz miał oczu bezdusznych przed nami... może po prostu tak jak w oryginale

 

nie będziesz miał oczu obojętnych przed nami...

 

kurcze, oceniam intuicyjnie

nie chcę nic zepsuć swoimi sugestiami.

w każdym razie bdb wiersz 

Pzdr.

 

 

 

Opublikowano

Nie wiem czy się domyślasz, pewnie tak, to przykazanie do Boga. Odn. się do: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Rozumiem, że wtedy możesz na mnie liczyć, niestety okazało się, że nie do końca. Więc przynajmniej nie będziesz miał obojętnych przed nami.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...