Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

–––//–––

 

Piękny rześki poranek. Jestem w siódmym niebie, kiedy siedzę z żoną i córeczką przy kuchennym stole. Co za wspaniałe cudowne chwile. Długo je później wspominam, gdy nie ma mnie w domu. Nie zawsze szybko wracam. Bywa różnie. Czasami praca przeciąga się do późnych godzin nocnych. Albo nawet przez wiele dni jestem zajęty. Wszystko zależy od częstotliwości. Chociaż statystycznie rzecz biorąc, nie mogę narzekać. Dobrze, że mam odłożone trochę grosza. To tajemnica. Nie mogę im powiedzieć. Córeczka jest taka słodka. Bardzo ją kocham. To mój najdroższy skarb. W ogień bym za nią skoczył. Właśnie wcina bułkę z pomidorem. Wilgotny kawałek spadł na sukienkę. Żona chce to wytrzeć. Uprzedzam ją. Jestem schludny. Nie wyzywam córki, ale jest mi przykro, że tak pobrudziła swoje ubranko. Wycieram i wyrzucam chusteczkę do śmieci. Teraz tam jej miejsce.

 

Dzisiaj miałem kolejny wspaniały sen. Dziękuję Jemu, za właśnie takie. Byłem czarownikiem. Wypowiedziałem zaklęcie. Rozpłynęły się i ściekły do kanalizy. Tam gdzie pływają gówna i lęgną się szczury. Odnalazły swój dom. Właśnie takiej rodzinnej atmosfery im życzę. Obudziłem się, pełen wiary we własne siły. Może drzemią we mnie możliwości, o których jeszcze nie wiem, a które mogą być przydatne, w realizacji misji.

 

– Tatusiu! Wstawaj! Czas do pracy!

– Och ty mój skarbie. Tak cię kocham.

– Chyba wiesz, że spóźnienie może grozić nakrzyczeniem.

– Dziecko, twoje zamartwianie o tatusia, jest bezpodstawne. Nie nakrzyczą.

– To dobrze. Bo tak się o ciebie bałam.

 

Uderzam siekierą prosto w głowę. Słyszę rozkoszny trzask. Suchy i wyraźny. Balsam dla moich uszu. Poczwara upada na kamienistą drogę. Odgłosy takie, jakby drewniane pałeczki uderzały o nawierzchnię. Wycieram ostrze chusteczką higieniczną. Brzydzę się brudnymi resztkami. Lubię czystą schludną pracę. Jednej kreatury mniej. Jestem zadowolony. Dobrze mi idzie. Mam coraz większą wprawę. Uczę się. Wiem, gdzie je wypatrywać

 

Długi czas żyłem w cieniu swoich grzechów. Właziły nawet do mojego wnętrza i rozpalały ogień nienawiści, do wszystkiego i wszystkich. Nie mogę dopuścić do tego, by te maszkary nękały ludzi tak samo, jak ja kiedyś nękałem. Muszę ludzkość od nich uwolnić. Wiele się we mnie zmieniło na lepsze. Teraz pragnę pomagać innym. Odkupić swoje winy, dobrymi uczynkami. Jestem nawet gotowy poświęcić życie, dla tej ważnej sprawy. Zostawiłem w tyle własny cień, by inni mogli go podeptać. To się jemu oraz im ode mnie należy.

 

Siedzę z żoną i córeczką na zielonej łące. Bywamy tu raz po raz. W tym pięknym zakątku, błękitnej planety. Żona dość często mi powtarza, że mi odobija na tle zachodów słońca. Tłumaczy, że te obrazki stały się tym samym, co jeleń na rykowisku. Całuję ją w usta i mówię, że opowiada bzdury. To zawsze będzie piękny widok, gdyż daje nadzieję na powitanie poranka. Przekornie zaprzecza. Znowu ją przekonuję, że wschód psychicznie dołuje, kiedy człowiek myśli o końcu dnia, gdy słońce zajdzie za horyzont i nie wiadomo, czy powróci.

 

Wiem, że dla niektórych stworzeń na pewno nie.

 

– Tatusiu! Czy ty nas kochasz?

– Skarbie, słoneczko ty moje. Bardzo kocham.

– To dlaczego rozgniotłeś pasikonika, skoro siedział tu z nami i cię nawet nie ugryzł?

– Przepraszam... nie zauważyłem. Myślałem o czymś.

 

Dostrzegam następną. A właściwie słyszę stukanie. Ciekawe, że trudno je dojrzeć w skupiskach ludzkich. Już wiem! Wstydzą się wyglądu. W parku jest ciemnawo i w zasadzie pusto. Nic dziwnego, że tutaj spaceruje, myśląc że nic jej nie grozi. Owe rozważania są błędne. Już ja tego dopilnuję. Jeżeli w ogóle coś myśli tą swoją szkaradną buzią. Siedzę w krzakach. Czekam na sposobność. Dziwaczna maska z kołdunami kłaków. Gładkie ciało przyozdobione jakimiś szmatkami. Na dodatek te drewniane odgłosy, gdy uderza butami o twardą nawierzchnię. Przeguby rąk skręcone na śruby. Do gęby przylepiony głupawy szmaciany uśmiech. Skąd takie dziwadła na tym świecie? Jak takie coś może chodzić wśród ludzi. O przepraszam. One ich unikają. Myślą, że w ten sposób są bezpieczne. Nic z tego, pokrako! Jestem ja.

Uwolnię świat od takiego szkaradziejstwa.

 

Akurat przechodzi obok. Czekam chwilę. Podchodzę od tyłu. Zakładam na tą wredną drewnianą szyjkę, linkę od hamulca. Linki są dobre. Wchodzą szybko i głęboko. To dobrze, że drewno jest takie miękkie właśnie w chwili, kiedy jest to przydatne. Coś tam jęczy, gdy miażdżę tą cholerną wieżyczkę z doczepioną główką. Kiedy czuję, że linka opiera się na kręgach szyjnych, doznaję prawdziwej ekstazy. Czuję zapach świeżego drewna i ciepłą ciecz, której nie dostrzegam. Najlepsza zaleta w tej mojej pracy. Ten ładny zapach. Ale przyznać muszę, że eliminacja kolejnych szkarad bardzo mnie podnieca, w sensie różnych doznań. Bywają też inne popaprańce. Chyba z jakiegoś tworzywa. Są też szmaciane. Ale trudno je spotkać. Te wystarczy rozerwać w newralgicznym punkcie, nacinając uprzednio ostrym nożem.

Przestaje ją trzymać. Upada na ziemię. Znowu słyszę odgłosy drewnianych pałeczek, uderzających o siebie nawzajem.

 

Wracam późno do domu. Całuję żonę. Jeszcze nie śpi. Czekała na mnie. Pyta jak tam w pracy. Mówię, że wszystko zgodnie z planem, ale musiałem dłużej zostać. Jest przyzwyczajona do takich odpowiedzi. Wie, że jej nie zdradzam. Nie mógł bym. To przecież straszny grzech. Córka zbiega po schodach. Rzuca się w moje ramiona. Przytulam ją najlepiej jak potrafię. Głaszczę czule po główce. Wchodzimy wszyscy na piętro. Żona idzie do sypialni. Mówię jej, że za chwilę przyjdę, ale najpierw zaśpiewam małej kołysankę. Kiedy zasypia, wychodzę z pokoju. Myć się nie muszę. Mam to inaczej zorganizowane. Wchodzę do sypialni. Po tych wszystkich rozkoszach zasługuję na piękne sny. Żona szepce, że mnie pragnie. Mówię jej, że dzisiaj jestem bardzo zmęczony. Obraca się plecami do mnie, a ja przeżywam jeszcze raz to wszystko. Żeby więcej ludzi czyniło tyle dobra, to świat byłby lepszy i bardziej znośniejszy.

 

Rano wstajemy rześcy i wypoczęci. Jest sobota. Postanawiam, że zrobię sobie przerwę w wypełnianiu misji, gdyż wczoraj był prawdziwy urodzaj, więc mogę sobie jeden dzień odpuścić. Może przez ten czas więcej ich powyłazi. Po co czekać na próżno w różnych zaułkach i marnować czas. Czyż nie lepiej spędzić go z kochającą rodziną. Zawsze ja robię śniadanie. Dzisiaj żona się uparła, że to ona przygotuje. A że pogoda jest tak samo ładna jak ona, wynosimy stół na zewnątrz. Córka podskakuje z radości. Cieszy się, że będzie jadła wśród kwiatów i pasikoników.

 

Dostrzegam na parapecie ślimaka. Zostawia za sobą wstrętny śluz. Wyrzucam go na zewnątrz. Powierzchnię wycieram czystą szmatką.

 

Siedzimy przy stole. Gdzieś tam w górze śpiewa skowronek. Jestem taki szczęśliwy. Patrzę na żonę, spoglądam na dziecko i aż mi się serce kraje od wzruszenia. Za co spotkało mnie takie szczęście? A może właśnie za to, że jestem wolontariuszem? Skąd się one wzięły? Dlaczego tylko ja to wszystko widzę? O nic nikogo nie pytam, bo zrobię zamieszanie i wejdą w jakieś niedostępne kąty.

Córka się do mnie uśmiecha. Jest taka urocza. Podobna do matki. Znowu wcina bułkę z pomidorem. Co ona tak lubi te pomidory? Tym razem nie brudzi sukienki. Jestem przez to spokojniejszy. Bardziej zrelaksowany. Nic nie zakłóca tej szczęśliwej sielanki.

Wchodzę na chwilę do domu, żeby znowu się wysikać. Może za dużo wypiłem soku pomarańczowego. Uwielbiam ten napój. Od razu mam skojarzenia z palmami i słoneczną plażą w krainie mórz południowych oraz sentymentalną romantyczną muzyką, płynącą jak rześki strumyk z czeluści hawajskich gitar. Nie wspomnę o zachodach Słońca, gdyż nie chce denerwować żony. Wódki nie pije. Muszę mieć trzeźwy umysł, żeby je odróżniać od normalnych ludzi.

 

Stoję w progu i doznaję szoku. Nie ma żony ani córki. Na ratanowych fotelach siedzą te wstrętne maszkary. Jedna duża druga mała. Ta mniejsza jest bardziej ohydna od tej drugiej. Znowu widzę te gładkie twarze, przyklejone uśmiechy z byle czego, a z przegubów w rękach i nogach, wystają śruby. Resztki ubrań mają dziwnie sztywne. Ruszają się jak zwykle: wstrętnie, poklatkowo. To małe trzyma w sztywnych palcach coś czerwonego i kładzie do ust. Ale prawdziwych nie ma. Wszystko ścieka po bokach. Ohyda. Rzygam na trawę. Jestem przerażony, smutny i cholernie wnerwiony. Tego jeszcze nie było. Zaatakowały moją rodzinę. Zabiły żonę i córkę, a ciała wywlekły nie wiadomo gdzie. A teraz sobie spokojnie siedzą, jakby nigdy nic. Coś tam skrzeczą, ale mam to gdzieś.

 

Wbiegam do domu. Schodzę do piwnicy. Biorę siekierę. Wybiegam na zewnątrz. Wstały z miejsca. Chyba chcą uciekać. Ta mała poczwarka, głośno się wdziera. Duża bierze ją na sztywne kikuty i mają zamiar zwiać. To przecież śmieszne. Czyżby naprawdę myślały, że mnie przechytrzą? Że im wybaczę i daruję to, co mi zrobiły. I tak bym je zabił. Ale teraz to już na pewno. Doganiam je z łatwością. Rozbijam siekierą obydwie głowy. Najpierw mniejszej a później dużej. Przed uderzeniem dziwnie na mnie spojrzała, namalowanym okiem. Aż jej się uśmiech odkleił.

Nie chcę tu zostać. Bez mojej żony i dziecka, jestem zbyteczny. Miałbym za dużo różnych skojarzeń. Spoglądam za siebie. Nasz drewniany dom się zapada. Słyszę znajome odgłosy. A byłem pewien, że był murowany. Przysięgam sobie w myślach, że teraz dopiero mnie popamiętają . Do tego czasu byłem litościwy. Zabijałem sprawnie i szybko. To się niebawem skończy. Czas na tortury.

 

Stoję na skraju lasu. Przede mną mała łąka. A po drugiej stronie, znowu las. Odczuwam wewnętrzny spokój. Być może oczekiwanie na zemstę, tak mnie dobrze nastraja. Poranek jest rześki. Klękam na kolana, kładąc dłonie na mokrej trawie. To takie przyjemne. Zielone źdźbła muskają delikatnie skórę. Dodają otuchy. Mała biedronka ląduje na palcu. Omija kropelkę rosy. Nie wiem skąd się wzięła na dłoni. Świat jest taki cudowny. Widzę żółty kwiatek. Nie zrywam go, bo za bardzo by cierpiał. Podobno rośliny też odczuwają ból. Patrzę w niebo i proszę Go o wsparcie. Żebym nie zwątpił, nie utracił wiary. Pytam się, czy słusznie czynię. Nie słyszę słów sprzeciwu.

 

Widzę poczwarę. Większą niż dotychczas. Bardzo dobrze. To i zemsta będzie większa. Mam przy sobie dwie siekiery. Jedną dużą, drugą małą. Mniejszą w torbie na pasku przerzuconym przez ramię. Zabrałem także piłkę do metalu. Żeby im pomalutku te pieprzone długaśne przegubowce poobcinać. Aż ręce mi się pocą jak sobie o tym pomyślę. Na plecach odczuwam gęsią skórkę. Zawsze tak mam, gdy odczuwam zadowolenie. Muszę jakoś do potwora podejść. Żeby nie wzbudzić podejrzeń, żeby nie spłoszyć. Niektóre żwawo uciekają, a mnie serducho nawala. Łykam tabletki, żeby mi sił starczyło i żebym nie stracił wiary. Nie może mi cholerstwo zwiać. Nigdy bym sobie tego nie darował. Przegapić choćby sekundę zemsty? To ponad moje siły.

 

Wtem doznaję kolejnego dowcipu mózgu. Dlaczego mi tego nie pokazał. Zachował dla siebie. Dopiero teraz to widzę? Tyle czasu likwiduję te łajdactwa i nigdy nie dostrzegłem, że coś się między rękami plącze. Lecz teraz widzę. Długaśne, pod same niebo sznurki. Jest ich naprawdę bardzo dużo. Jak mogę okiem sięgnąć. Na całym widocznym obszarze, rzucają długie, szare cienie. Teraz wiem, że są sterowane. Przez jakąś wielką siłę. Tam między chmurami, musi być jakaś ogromna ręka, która nimi kieruje. Porusza ich ciała. To tylko marionetki. Cholerne drewniane kukły. Widzę, że wiązka grubych nitek, skupia się prawie w jednym punkcie, ginącym w przestworzach. Czyżby jeszcze ich tyle zostało? Mimo, że unicestwiłem taką ilość. Ta ogromna ręka musi do kogoś należeć. Jeszcze bardziej podłego od tego, czym kieruje. One tylko wykonują rozkazy. Chodzą jak sterowane figurki. Ile jest takich istot, które nimi zawiadują. A może tylko ta jedna, tak sobie cholernie dobrze radzi. Muszę zobaczyć jej twarz. Koniecznie. Natychmiast. Zemsta może w takiej sytuacji poczekać.

 

Sięgam po jeden sznurek. Jest bardzo gruby i dziwnie chropowaty. Drży w dłoniach, jakbym trzymał latawca. Wspominam czasy dzieciństwa. Najbardziej lubiłem bułkę z wątrobianką i ogórkiem. To wszystko minęło bezpowrotnie i już nigdy nie powróci. Kombinuję żeby siekierą poprzecinać i w ten sposób uniemożliwić sterowanie. Ale po pierwsze jest ich za dużo, a po drugie są cholernie mocne. Spoglądam w górę wzdłuż sznurka. Gdzieś tam niknie wysoko, cienki jak prawdziwa nitka. Ciągnę ze wszystkich sił. Szarpię mocno. Może wreszcie mi się uda i na końcu linki ujrzę wyjaśnienie. Jestem zdziwiony, że tak łatwo poszło. Dostrzegam wystającą dłoń. Za chwilę ukazuje się twarz. Nie widzę jej dokładnie, bo zasłaniają częściowo chmury. Musi być ogromna, skoro mogę rozpoznać jej zarysy. Nie wierzę własnym oczom. To nie może być prawdą!

Widzę twarz córki. Czy to naprawdę ona? Ten cudowny skarb, dla którego każdej miłości za mało. Chmura odsłoniła ją całkowicie. Nie mam żadnych wątpliwości.

 

W mojej głowie słyszę głos:

– Tatusiu! Dlaczego zabiłeś mnie i mamę?

 

Co ona mówi? Że ich zabiłem? To naprawdę moja córka? Skoro tak, to jej się w głowie miesza. Przecież ich nie zabiłem. Tylko wstrętne maszkary.

 

– Tato! Odpowiedz!

– Nie zabiłem was. Przysięgam. Jakbym mógł. Nie możesz tak mówić.

 

Twarz zaczyna się zmieniać. Leci z niej krew. Krople są ogromne. Uderzają w ziemię. Rozbryzgując wokół gęstą czerwień. Ciemne chmury znowu zasłaniają widok. Po chwili ciemność ustępuję. Widzę wyraźnie swoją twarz.

 

Jak to moją twarz? To ja tym wszystkim steruję? To niemożliwe. Mam jakieś przewidzenia. Coś ze mną nie tak. Takimi maszkarami miałby zarządzać, skoro im wolę łby rozwalać? Prawdziwa ohyda. Chyba zaraz zwymiotuję. Byle nie na kwiatki, bo szkoda. Przecież jestem po to, żeby je niszczyć. Wyplenić ile się da. Nawet Ten, do którego się modliłem o wsparcie, nie powiedział mi, że źle postępuję. Jak tylko minie ta cała heca ze sznurkami, to biorę się porządnie do roboty. Już i tak mam zaległości. Tamta sobie poszła. Ale jeszcze ją dorwę. Jest wielka, to się wyróżnia.

 

Coś mnie tknęło i spoglądam za siebie. Ogromna twarz wisi nisko nad ziemią, niedaleko mnie. Rzeczywiście ma pokaźne rozmiary. Jak mały dom. I niewątpliwie to moja twarz. Myślę sobie, że jest tylko jedno radykalne wyjście z sytuacji. Biorę siekierę do ręki i zaczynam w nią uderzać. To nie mogę być ja. Nie ma takiej opcji. A może jednak? Wykluczone! Uderzam coraz mocniej i mocniej. Ze wszystkich sił jakie w sobie posiadam. Lecz twarz pozostaje niezmieniona. Uświadamiam sobie, że to jakiś pokręcony hologram lub coś podobnego. Wchodzę do mojej twarzy. Ze środka widać mniej. Trochę jakby wszystko zamazane. Mam wrażenie, że otacza mnie ciemność, chociaż ciemno nie jest. Nagle jest mi przeraźliwie duszno. Jakby mnie coś przytłaczało. Chcę wyjść na zewnątrz, lecz słyszę dziwne odgłosy. Ze wszystkich stron nadchodzą pokręcone kukły, a przed nimi ich podłużne cienie. Dotykają mnie bezgłośnie. Przekraczają próg twarzy. Kukły są różnej wielkości. Uderzają o siebie. Stąd te parszywe dźwięki. Duże, małe ale niektóre ogromne. Tyle wytłukłem a ciągle ich pełno. Trzymają w pokracznych przegubowcach jakieś dziwne narzędzia. Niektóre są trójpalczaste. Kiwają się poklatkowo na boki. Pionowe sznurki wiewają nad nimi jak anielskie włosy. Nie ustają w swoim marszu. Podchodzą ze wszystkich stron. Nie mam gdzie uciec. Niektóre nitki wpadają do środka. Owijają moją szyję, ściskając coraz mocniej. Mam trudności z oddychaniem. Słyszę klekotanie drewnianych cymbałków. Hałas się wzmaga i wiatr. Zaczyna padać krwawy deszcz. Mlaskające odgłosy padających kropel penetrują umysł. Poczwary wchodzą do środka. Do mojej głowy. Upadam na ziemię. Słyszę te dźwięki w sobie. Jestem nimi. Mam wrażenie, że wgryzają się do mózgu, do myśli, chcąc rozszarpać istotę mnie, od środka.

 

Spłoszona biedronka startuję z palca, rozbryzgując skrzydełkami kropelkę potu.

Dobrze, że chociaż ona się uratuje.

Nie lubię patrzeć jak giną niewinne istoty.

To ponad moje siły.

 
 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Piszę te wersy dla Was
      Każdy jest najlepszy ale paradoks życia sprawia, że tyle samo zła co dobra w nas. 
      Zapamietasz Nas, pokolenie wysłuchało co podświadomości lodowa góra ukryła pod powierzchnią fal morza.
      Zimna pustynia arktyki i podróż w stronę horyzontu, banita opusza stada brać by na samobójczej misji zamienić lód na kosmicznej próżni jeszcze większy chłód i brak gwiazd wokół które życiodajne ciepło chcą nam dać i w kolory ubrać dla Nas świat.
      To dla Was wszystko, to tylko moje litery, ułożone spółgłoskami w słowa, które w szaleństwie nazwanym dnem przyszło mi bezczelnie i niestety Wam podarować, mieć anioła, który brał co diabeł opętany w wersów kilka ubrał i w nieświadomości nawet nie przemyśłał, dziw brał ale uszy zatkał na własne krzyki skrzeczącego głosu z gardła które mu służy chyba jedynie tylko by łykać flaszka i flaszka mocne twarde trunki aż do dna za ostatni hajs, nie zapracowany ze swojego tronu który dostał by złorzeczyczyć temu który na srebrnej tacy podał mu widelec którym najpierw karmił a potem ostry nóż którym zabił brać i braci jakimi ich chciał mieć jak kosz pomarańczy mu podarowanych których na stole nie zauważył w złotym czepku który mu spadł na oczy i zamknął wzrok tak że tylko własny nos tam widział z czubkiem którym się stawał z kolejną flaszką za pieniądz wyżebrany lub ukradziony bo nie ma w nim kołaczy do pracy. Niezrozumiał nic z życia, którym szedł jak w ciemny las z tą czapką którą niewiadomo czemu urodzony Bóg go wybrał na los jak banany są tacy wiecie dziecie które ma lepiej a niewdzięcznie umie tylko być dla siebie bez wdzięczności i pokory wobec chamów którymi ich nazwał a życie mu z górki obaj w miłości dla jego jestejstwa przyszło stworzyć. 
      Ludzie są chorzy niby wszyscy tylko niezdiagnozowani, chcieliby każdego dziś leczyć tabletkami psychiatrzy byśmy byli posłusznie na smyczy w kagańcach posłusznie poddani.
      Nowy porządek świata. Oni mogą samolotami latać dla nas zielony ład i ograniczenie w cenie diesla i benzyny. Bunt zabity przez ich (Ich z dużej litery bo to nazwa własna tych iluminantów winnych nam spokój i miłość raj na ziemi i wymiatanie ludzi tego świata (światu ale wyrzygana mi w mgle licencja poetica pozwala mi przekręcić słowo albo słowa zmyślać (osobowość ksobna może to nie moja osoba zadedykowana tam nie wiem już sam (dziś nic nie wiem) (czwarty nawias liczę tym razem po piątym zamknę choć nie mam pomysłu co w nim wpisać podpowiedź by się przydała ale w samotności sięgam dna jak dna flaszki i dna jak upadam (według demokratycznego osądu ludzkości ale jednak się przydało to szaleństwo czasem nawet jako bandaż (ha mam piąty nawias myślę i się dzielę tym i piszę w szóstym niestety (może koniec tych w nawiasach dygresji) (po siódmym miałem skończyć bo to blisko Boskości w matematycznej interpretacji Biblijnej narracji) (ale skońćze po ósmym który nie wiem jak się interpretuje jak cztery któtre znaczy śmierć jak u Wieszcza cztery i cztery bo dwa razy zabije) (i zabiłem) (wiem dziewięć) (i dziesieść będzie bo jeszcze myślę że interpunkcję miałem w dupie i nie zamykałęm nawiasów otwieranych a może tak się nie robi nie wiem) (grafomani we mnie wiem piszę by pisać wyżyję się na tle białego tła na forum w internetach ściana tekstu żaden ze mnie pisarz żaden dziś poeta po prostu klikam te litery jak małpa i powstają teksty jak ta ściana która przeraża która oznacza szaleństwo, miałem nie robić tego więcej ale skasowany ef be i insta nic nie dał znalazłęm fora jak socjal media gdzie się piszą wiersze z prawdziwego zdarzenia a nie moje rymowane bardziej lub mniej teksty do czego się jutro nie będe chciał sam przed sobą przyznać i wstydem się spalę żem to wysłał w świat) (ale o czym to ja, jaka była główna myśl, trzeba wrócić myśle sobie przed pierwszzy nawias i nie wiem sam czy po tym chyba dwunastym już do zamknięcia chaosu dygresji nie do przełknięcia oczyma przez czytelnika którego wiem że tu ni ma i nie będzie bo skazany na zapomnienie jak w wizji mistycznej na substancji otwirajającej świat na ten niematerialny na codzień schowany gdzie został mi los pokazany grubasa klikającego w klawiaturę przez życie przechodzącego bez ruchu i bez rozejrzenia się by umrzeć w ogniu słońca bez sensu żył i niezauważony znikł samsara go wyrzuca ale to kara a nie nagorda na ciemnej materii zimnej drodze skończy się jego los tam a to ja bo to moja głowa i na własnych oczach to zobaczyłem a wszystko co widzę dotyczy mnie a wszystko co słyszę mnie dotyczy a świat jakim jest jakim się go widzi to tylko ty w tym to tylko ja widzę świat który goni hajs i pogrąża się w dramatach jak widzi smutek i zło, rój szerszeni zauważam w cywilizacjach jak nasza a to w senniku oznacza wroga (chyba) (i chyba był to trzynbasty nawiast a ten jest czternasty wracam do tego co mówił dwunasty a potem czas wrócić na początek gdzie otworzyłem pierwsze nawiasy (pierwszy nawias ale do ryma myśla mi się tak układać przyszła więc ryma żem ja napisał nie w myśl języka którym żem zaczął władać od rodziców nauczon gdziem urodzon jako Polak za co wdzięczni powinni być czytający wierszów wersów przekaz metafor mgłów rozwiewających umięjący poeci i interpretatorzy bo to język najlepszy do skłądania w rymy metaforów i przekazów dla pokoleń zapowiedzianych przez wieszczów bytów podróżnych wbrew linii śmiertelnych niewybranych dla 27 skrzydlatych z armii Boskiej Trójcy dających możliwości wbrew uczynkom ich i ich podłości piękność nad piękności (a za to co uczynił niech szczerznie w bezimmienym grobie no może z tabliczką tu spoczywa pojeb) (i przestałęm liczyć nawiasy i tylko pamiętam że miałęm wrócić z zapowiedzianych słow do tego co przed pierwszym a potem przed dwunastym ale chuj z tym) (niby ludzie inteligentni mają skłonność do używania przekleństw ale mi się wydaje (a tam mi się to może wydawać a to pewno nieprawda ja kłamca najgorszy zły dla Ciebie CIebie i świata byt) że jednak inteligentniejsze jest powstrzymać się od rzucania kurew i chujów pojebanych popierdolców ze słów nawet w przypadkach najgorszych napotkanych przeszkód zazwyczaj z ludzkich słów myśli i czynów wobec nas)))))))))))))) (to za mało nawiasów ale kto wie ile ich było może ktoś policzy ale nie ma tu odbiorców dla moich szaleńćzych słów wieć cóż wracam do tego co na początku)
      To dla Was
      Pamiętając o paradoksie naszego miasta wiedz że mieszka w nas anioł ale na wadze stojąc równoważy go ciężar diabła na szali 
      Wiem to szaleństwo ale tramwaje i autobusy jeżdżą tu jak chaos bez rozkładu jednocześnie przywożąc pasażerów na miejsce na czas i na miejsce (że się powtórze ale obiecuje jednej nawias i wracam do tego co dla Was)
      Spokój w oku cyklony choć w około wszystko lata jak chaos ponad definicję chaosu
      To jest w nas
      Słońce które daje życie, ciepłem promieni osiem minut drogi stąd w największej prędkości znanej w cyfrach ludzkośći na dziś i w odwrotnej drodze by zabrać życie i kolory które pryzmatem rozbitego w granicy atmosfery naszej Planet Ziemi Matki (nie jedynej wbrew przeszłości która dopiero niby ma być dla pewnych, n ie jedynej matki za co wybacz mi która była przy mnie zanim pierwszy oddech przyszedł, karmiącej i trwającej mi spokojem oceanicznej jedności zanim pierwszy krzyk i płacz i męki dla jej poświęcenia która wciąż jest przy mnie co nie jest dla mnie wbrew czynom i braku słowa Kocham którego się boje moim bez znaczenia (kończę nawias i wracam do Was)
      Gai której odległość od gwiazdy w centrum układu siedmiu czy tam ośmiu planet w tej Galaktyce na Drodze Mlekiem (i miodem oby Wam płynącej) usłanej 
      Gai której czas i miejsce we wszechświecie zauważ dało wyjątek wobec tego co wiemy o kosmosie, wyjątek cudem zauważ jest jakim jest człowiek
      Was pozdrawiam ludzie w tym momencie i zachwyciłbym się życiem gdybym nie był kim jestem kto je niszczył strachem i złem

      Anioł na przeciwwadze diabła może zrezygnować i zostawić miejsce dla kogoś kogo nazwiesz osobą jaka jest podła
      Jesteś miastem w którym rządzi paradoks pamiętaj
      Wszystko ma swój początek w jednym miejscu 
      Jak od jednego słowa 
      Jak od jednej liczby 
      Jak jedność która jest w Trzech Osobach która mogła zachwycić się Sobą i na tym pozostać a jednak postanowiła wykorzystać moc i tchnąć wszystko byś się znalazł, byśmy się znaleźli tu i teraz
      Jest jeden punkt wyjścia dla wszystko co na przeciwnych stronach 
      Dobro i zło wyszło z jednego miejsca więc tworzy jedność jak Yin i Yang tylko bardziej bo czerń i biel zanim powstały były jednym kolorem 
      Dla nas niezrozumiałym
      Jak miłość i strach które pozornie są sobie obce tworzyły jedną całość co może być niezrozumiałe jak jest dla mnie
      Jak czas który nie istniał a potem zaczął zmierzać ku granicom nieskończonym
      A musiałobyć coś wcześniej przecież
      I ten byt jest nie do pomyślenia dla nas jak coś może trwać bez początku i końca i jeszcze się rozszerzać
      Wpadnij w zachwyt pod kopułą nieba 
      Pod opieką słońca
      Pod okiem księżyca i odległych gwiazd ułożonych w horoskopy 
      Pod opieką się miej samego siebie
      I miej innych za tych którzy opieką obdarzeni przez Ciebie będzie Ci oddane w szczęściu niepoznanym jeszcze
      O czym ja pieprze
      Bluźnię
      Mieszam Boga z Diabłem
      Chcę by drugie przyjście Syna na świat ten skońćzyło się porozumieniem z piekłem na chwałę ludzkich dusz na chwałę życia 
      By nie było walki Jezusa z Szatanem
      Tylko (potocznie ale wybacz rym to rym rymowanie mi dziś na zgubę przyszło choć nie wyszło) żeby zbili sztamę
      By zapowiedziane ponowne przyjście na świat Syna było ku porozumieniu i zjednoczeniu ponownym piekieł z niebiosem
      szatanie zrozum proszę że i Tobie będzie lepiej że i Ciebie Bóg wysłucha w modlitwie choćby najprostszymi słowami to Ci się dotrzeć uda do Jego czekającego ucha
      Wiem że Bóg może wszystko i chce dla swoich istot i dla swojego stworzenia spokoju i szczęścia
      szatanie wróć do nieba
      Nie graj fałszywej nuty na skrzypkach
      Nie nieś sztucznego światła gdzie zimna lampa nie daje ciepła
      Zgaś czarny płomień ogniska
      I zobacz ogień Ducha który rozpala w Nas gdy na słowa hymnu odpowiada czynem nam


      KONIEC
      BARDZO PROSIŁEM BY TAK SIĘ STAŁO

      BY TEN TEKST PRZESTAŁ SIĘ PISAĆ

      I SIĘ UDAŁO

      POSTAWIŁEM SŁOWO KONIEC I OTO

      BARDZO PROSZĘ JAK KOŃCZĘ TO 

      NA ZGUBĘ ZACZĄŁEM POST TEN

      MOŻE GDY SKOŃĆZĘ TO...

       

      PS

      TO MIAŁO BYĆ DLA WAS A JEDYNIE BYŁO DLA MNIE 
      I TO JEDYNIE W TRAKCIE BO POTEM I MI TO NIE DANE BĘDZIE

      CHCIAŁEM BYĆ WSZĘDZIE

      JESTEM NIGDZIE
      NISZCZĘ I ZNIKNĘ JAK ZAPADNĘ SIĘ SAM W SOBIE

      ZABRANE ŚWIATŁO ODDANE TOBIE

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...