Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Are you going to heaven with me?

Lucyfer stał w pałacowym oknie i patrzył na swoje królestwo. Nie, to nie było to, o co mu chodziło. Tutaj wcale nie miało być tych nieudolnych, kiczowatych budowli, rozpadających się placów, rosochatych, pousychanych drzew i z pewnością nie miało tu być miejsca dla tych wszystkich niebiańskich wyrzutków, którzy skoro tylko wymknęli się spod srogiego spojrzenia Pana zaczęli całe dnie poświęcać na pieprzenie się i upijanie ifrytowym piwskiem. Właściwie to już nie pamiętał, jak sobie to wszystko wyobrażał, zanim opuścił Dom Pana; wiedział jednak, że to nie było to. On tu przybył, by wreszcie przestać się poruszać w tych setkach parametrów, które zostały specjalnie dla niego stworzone jak jakiś cholerny plac zabaw, inni po prostu zmienili władcę z Boga Wszechmogącego na barmana z Baru Pod Osłem. Może byli jeszcze inni, ale ich imion nie sposób było odnaleźć. Lucyfer skrzywił się z niesmakiem. To była jedna z tych chwil, kiedy znów powracała do niego myśl, że może lepiej było być poddanym niż władcą. Że potrzeba dokonywania wyborów, branie odpowiedzialności za własne czyny, stanie przed pustką, którą dopiero trzeba będzie wypełnić są wyzwaniem, któremu nie każdy sprosta. A on nieraz czuł, że się pomylił.
Ludzie myślą, że są samodzielni, że ich działania są podyktowane tylko przez własną wolę. Nie uświadamiają sobie jednak, że wszystko, co nas otacza, zarówno w kwestii duchowej jak i materialnej płynie nieprzerwanym strumieniem, od kiedy we wszechwładnej pustce pojawiła się pierwsza myśl i pierwszy elektron rozpoczął swoją nieskończoną wędrówkę przez przestrzeń. My nie znaczymy nic w tej rzece, dlatego razem z nią płyniemy przez czas myśląc, że sami obraliśmy kierunek. Znając dokładne parametry teraźniejszości można by opracować dokładny plan przyszłości, a Bóg natrudził się na tyle, że stworzył Królestwo i miejsce w nim dla każdego z nas, nim jeszcze dwie małe komórki zostały zanurzone w oparach Losu.
Zastanawiamy się nieraz, gdzie trafimy, gdy przestrzelone płuco wyda ostatnie tchnienie. Lucyfer widział to miejsce. Początek, sedno i koniec naszej podróży. Zawieszone tam, gdzie równoważy się wszystko to, czego na pierwszy rzut oka zrównoważyć się nie da. Życiodajne ziarno, z którego wyrasta kwiat do bukietu ostatniego pożegnania. Jak ono wygląda? Jak ogromny kokon, którego każda z połów złożona jest z siedmiu kondygnacji. W Jasnej Części najwyżej zasiadają Ci najlepsi, najpobożniejsi, najbardziej oddani. Bóg powiedział kiedyś, że on kiedyś też tam zasiądzie. Teraz jednak szczerze w to wątpił. Niżej zasiadają kolejni, a wszyscy kołyszą się tylko jak źdźbła trawy w rytm cudownej, spokojnej pieśni. Wyzuci są z potrzeb, instynktów, ni chce im się jeść, pić, kochać, dążyć do osiągnięcia jakiegokolwiek prestiżu, czy sukcesu. Oddani są całkowicie Panu, bo On im tak powiedział. Siedzą tylko i cieszą się i nie ma już gwiazd i nie ma innych radości prócz tej jednej, którą daje Bóg. Niżej od tych upraw radości znajduje się piekło. Odwrócone jest do góry nogami, więc przebywający tam ludzie wiszą w ciasnych, żelaznych klatkach, gdzie kolanami dotykać muszą brody. Targani są setkami, tysiącami rządz, lecz nie mogą nic powiedzieć, poskarżyć się, więc szamoczą się tylko i z utęsknieniem patrzą w gwiazdy. Marzą o wszystkim i o niczym, a widok innych ludzi nieopodal, będących tak blisko i tak daleko, w bolesny sposób przypomina im zakurzone karty z przeszłości. Mówią, że wszyscy znajdujący się tam to złoczyńcy i obrazoburcy, dla których nie starczyło Dobrego i Miłosiernego Boga, więc siedzą tu i patrzą w milczącą twarz Siewcy Śmierci.
Gdy Lucyfer zobaczył to miejsce po raz pierwszy, zaraz po tym, jak Bóg ulepił go z gwiezdnego pyłu, przeraził się, a oczy jego zaszły łzami. Służył jednak Panu przez czas tak długi, o jakim my nie możemy nawet zdawać sobie sprawy. Taki, jak początek wieczności, który trwał tak długo, ile czasu potrzeba, by przeliczyć wszystkie ziarna piasku na ziemi i każdemu nadać Imię.
Może ten stan rzeczy trwałby do dziś, gdyby na krótką, niesamowicie krótką chwilę w przestrzeni nie pojawiła się szpara, za którą nie było już Miłości Bożej, ani pieśni, ani innych aniołów. Choć ten świat również stworzony był przez Boga, przez nieokreślenie długi czas czekał na to, by przygarnąć tych, którzy chcieli się wyrwać od boskiej krainy najpiękniejszych radości i najstraszniejszych cierpień. Lucyferowi udało się wtedy tam dostać, a wraz z nim sześćset sześćdziesięciu pięciu innym aniołom. I są oni tam do dziś.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...