Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Oto część pierwsza mojej opowieści. Jeśli Cię zainteresuje, ciąg dalszy znajdziesz na moim blogu: ostatni-sen.blogspot.com.

 

 

***

 

 

Pierwszy raz (rozdział pierwszy)

 

 

Patrick, a wspominasz czasem, jak wyglądał nasz pierwszy raz? Było to bardzo ważne dla nas wydarzenie. Choć nie przygotowywaliśmy się do niego, to myślę o nim jak o jednym z najistotniejszych momentów w moim całym życiu. Zwłaszcza że byłeś moim pierwszym mężczyzną.

 

Trwał spokojny, wczesnowiosenny wieczór. Pomarańczowe słońce zaglądało do naszego pokoju przez okno, rozrzucało na podłodze i ścianach złociste plamy światła. Ja rozsiadłam się wygodnie na mojej nieco wysłużonej kanapie, ty zajmowałeś miejsce na również podstarzałym fotelu. Oboje raczyliśmy się kubkami kakao. Nie rozmawialiśmy, bo cisza była tak rozkoszna, że żal było ją burzyć. Od czasu do czasu zerkaliśmy jedynie na siebie znad krawędzi kubków. Twoje zielone oczy stykały się z moimi czarnymi. Za każdym razem, jak nasze spojrzenia się spotykały, uśmiechaliśmy się do siebie delikatnie.

 

W pewnym momencie postanowiłam odnieść puste kubki do zlewu. Gdy byłam zajęta ich myciem, poczułam nagle twój dotyk. Przestraszyłam się nieco, po podszedłeś do mnie zupełnie bezszelestnie i niespodziewanie. Otoczyłeś mnie w pasie ramionami, przylgnąłeś do moich pleców, podbródek wsparłeś o mój bark. Gdy poczułam na ciele twoje ciepło, momentalnie zrobiło mi się przyjemnie. Odłożyłam niedomyte kubki do zlewu i odwróciłam się ku tobie. Twój wzrok… od twojego wzroku bił ogromny głód. Nienasycone pragnienie. A przy tym prawdziwe, szczere uczucie. Gdy zerkałeś na mnie tak błagalnie, wiedziałam, co masz na myśli… Czekałeś jedynie na moje pozwolenie, na moją zgodę.

 

Przyznam, że mocno się wahałam. Wprawdzie byliśmy w związku od kilkunastu tygodni, to wciąż miałam pewne obawy. Byłeś moim pierwszym mężczyzną i chciałam się upewnić, że również właściwym. Nie chciałam oddać mojej cnoty byle komu. Choć skończyłam niedawno dwadzieścia jeden lat, to nie wstydziłam się faktu, że wciąż jestem dziewicą. Wręcz przeciwnie, uznawałam to za powód do dumy. Nie łajdaczyłam się jak większość dziewczyn w moim wieku. Kochałam cię i byłam pewna, że nie potrafię już bez ciebie żyć. Ceniłam sobie jednak moją czystość. Dlatego przez ostatnie miesiące nie zaczynałam wątku dotyczącego współżycia.

 

Tym razem jednak wiedziałam, że nadszedł ostateczny moment. Musiałam podjąć rozstrzygającą decyzję. Wiedziałam, że długo już nie wytrzymasz, że twoja cierpliwość powoli się kończy. Jeśli chodzi o twoją czystość, to nie miałam pojęcia, czy miałeś przede mną jakąś kobietę. Jakoś nie miałam odwagi, by cię o to zapytać. Nurtowało mnie to, jednak nie potrafiłam zadać ci tego pytania. Miałam nadzieję, że pewnego dnia sam poruszysz ten temat.

 

Jak miałam postąpić? Nie miałam sumienia dłużej cię testować. Bolało mnie serce na widok twojego błagalnego spojrzenia. Przełknęłam głośno ślinę, znienacka zaschło mi w gardle. O dziwo, poczułam w żołądku całkiem przyjemny uścisk, a w podołku miłe łaskotanie. Oderwałam z trudem wzrok od podłogi u moich stóp i spojrzałam ci w twarz. Wciąż przyglądałeś mi się błagalnie. Nie, nie, nie mogłam dłużej się z tobą przekomarzać. Nie potrafiłam cię zwodzić. Serce mi się krajało na twój widok. Dlatego więc skinęłam delikatnie głową na znak, że możesz zrobić ze mną wszystko, co zapragniesz…

 

Gdy zobaczyłeś moją odpowiedź, na twej ślicznej twarzy rozkwitł szeroki uśmiech, który tak bardzo kochałam. W twych zielonych tęczówkach zapaliło się nagle jasne, pogodne światło. Gdy wziąłeś mnie znienacka na ręce, pisnęłam i zaśmiałam się donośnie. Byłam zaskoczona, że udało ci się mnie podnieść. Nie należałam do najszczuplejszych dziewczyn.

 

Zaniosłeś mnie do sypialni. Ostrożnie położyłeś mnie na łóżku. Czułam, jak serce tłucze mi się w piersi. Mój oddech przyśpieszył nagle. W dole brzucha wciąż czułam przyjemne mrowienie. Wszystko to było dla mnie zupełnie nowe. Nigdy wcześniej tak się nie czułam. Byłam zaskoczona reakcją mojego ciała na tę sytuację. Nie sądziłam, że może to być tak przyjemne, tak rozkoszne… A przecież to był dopiero początek, niczego jeszcze nie zaczęliśmy!

 

Gdy leżałam na wznak, niewinna i w pełni ci oddana, wspiąłeś się na mnie. Moje serce zabiło jeszcze mocniej, gdy poczułam na sobie twój rozkoszny ciężar. Przez kilka pierwszych minut tylko się całowaliśmy. Ale co to były za pocałunki! Nie mogłam się nimi nasycić. Całowałeś z niesamowitą wprawą. Hm, pewnie miałeś praktykę… Nieważne. Odrzuciłam od siebie tę myśl. Liczyło się to, że w tej chwili jestem tylko twoja.

 

Nie spieszyliśmy się. W końcu jednak pocałunki przestały nam wystarczać. Drżącymi dłońmi zacząłeś dobierać się do guzików mojej koszulki. Jako że nie lubiłam nosić stanika, chwilę później mój biust objawił się przed tobą w pełnej krasie. Na jego widok aż zabrakło ci tchu. Przez następne kilka minut skupiałeś się wyłącznie na moich piersiach. Przyznam, że było to niezwykle przyjemne. Zamykałam oczy, aby jeszcze silniej odczuć pieszczotę. Przygryzałam wargę, moje rozochocone ciało wyginało się w łuk. Czułam, że powoli staję się gotowa…

 

Ty jednak nie chciałeś jeszcze przejść do sedna sprawy. Gdy znudził ci się mój biust, postanowiłeś rozebrać się sam. Mmm, aż zamruczałam z rozkoszy na widok twojej nagiej klatki piersiowej. Nie była to klatka sportowca, jednak nie mogłam się na nią napatrzeć. Nie wytrzymałam – uniosłam rękę, by jej dotknąć. Była rozgrzana do czerwoności. Zaskoczyła mnie miękkość i gładkość twej skóry.

 

Stopniowo pozbawialiśmy się garderoby. Gdy ujrzałam cię takiego, jakim cię Pan Bóg stworzył… Miałam wrażenie, że moje podbrzusze eksploduje. To, co poczułam, chyba można było nazwać pożądaniem. Tak bardzo zapragnęłam, by cię poczuć… Rozłożyłam ramiona i uda, zapraszając cię… Rozrzewnił mnie fakt, że tam, na dole, jesteś tak jaśniutki…

 

Czułam, jak narasta we mnie namiętność. Jak mój głód się zaostrza. Szeptałam ci do ucha, błagając o jeszcze… Błagałam, żebyś mnie nie oszczędzał, żebyś robił ze mną wszystko, na co tylko masz ochotę. Chciałam, abyś mówił mi o swych potrzebach, o twych życzeniach, abym mogła je spełniać. Byłam sobą zaskoczona, ale nie czułam się zażenowana czy skrępowana. Nie odczuwałam zażenowania. Wręcz przeciwnie – gdy było ci dobrze, ja także byłam szczęśliwa. Twoją przyjemność stawiałam na pierwszym miejscu. Oczywiście, czekałam na rewanż, ale nie byłam egoistyczna.

 

W końcu i ty, i ja mieliśmy dość czekania. Ponownie się na mnie wspiąłeś. Ująłeś mnie delikatnie za biodra i… to się stało. Gdy cię poczułam, zadławiłam się własnym oddechem. Poczułam wprawdzie lekki ból, ale był to ból dobry. Zamknęłam oczy, by rozkoszować się chwilą. Oplotłam ramionami twoją szyję. Poruszałeś się powoli, bez pośpiechu, co pobudzało moje zmysły. Gdy rozchyliłam nieznacznie powieki, zobaczyłam twoją twarz. Wykrzywiający ją grymas rozkoszy podziałał na mnie jeszcze bardziej. Wiedziałam, że powoli wspinam się na najwyższy szczyt…

 

Eksplodowaliśmy jednocześnie. Twój słodki, cichutki jęk pieścił moje uszy. Ja sama odetchnęłam głęboko, targana namiętnością. Moje ciało naprężyło się jak struna; miałam wrażenie, że sięgam samych gwiazd, że dotykam słońca… Jednak najpiękniejszym widokiem była twoja twarz, na której malowało się spełnienie…

 

Gdy najpiękniejsza z chwil przeminęła, nasze gotujące się ciała opadły na przyjemnie chłodną, miękką pościel. Oddechy uspokajały się bardzo długo. Lekko kręciło mi się w głowie, pewnie od nagłego skoku ciśnienia. Nie mówiliśmy nic – czekaliśmy, aż wrócimy na ziemię. Głuchą ciszę w pokoju roztrącały jedynie nasze głębokie westchnienia.

 

Gdy doszliśmy do siebie, zwróciłeś się w moją stronę. Pamiętam, jak pytałeś, czy tak sobie wyobrażałam mój pierwszy raz. Odpowiedziałam ci, że był taki, jak sobie go wymarzyłam. Że jestem szczęśliwa, że odbyłam go właśnie z tobą. Że to ty odebrałeś mi niewinność. Ja również zadałam ci pytanie, czy było ci ze mną dobrze. Odparłeś, że po raz pierwszy doznałeś takich fajerwerków. Korciło mnie, aby zapytać cię, czy był to również twój pierwszy raz, ale po raz kolejny powstrzymała mnie trema.

 

Tak, mój kochany Patricku. Lubię wspominać nasz pierwszy raz. Lubię rozkoszować się myślą, że ty uczyniłeś mnie kobietą. Że nasz związek wkroczył w nowy etap. Oczywiście, na co dzień spotyka nas wiele pięknych chwil, ale tego dnia, kiedy oddałam ci się bezwarunkowo, nigdy nie zapomnę.

Opublikowano (edytowane)

Podoba mi sie narracja, która jest też jednocześnie zasadniczą formą tego pozbawionego bezpośredniego dialogu opowiadania... Jest ona staranna, obejmująca delikatnie wszystkie wastwy, aspekty i szczegóły opisywanej rzeczywistości.

 

Lubię też inną narrację, z niedopowiedzeniami zostawiającymi czytelnikowi przesztrzeń na własne domysły i interpretacje, ale w przypadku tego delikatnego, pieknego, intensywnie w każdym szczególe i całą sobą przeżywanego  doświadczenia i tematu pasuje mi jak najbardziej wybrany przez Ciebie styl. Pieknie napisane opowiadanie i piekna historia w nim :) Gratuluję i pozdrawiam. :)

.

Edytowane przez duszka (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...