Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Czy to był sen? Ten raj, co nie mógł wiecznie trwać,

gdzie słońca blask rozpraszał mrok?

Czy ktoś dziś wie, że kiedyś się umiałaś śmiać,

a sens i cel miał każdy krok?

 

     A teraz świat odsłania straszną twarz,

     w ruchome piaski zmienia każdą z dróg;

     pod przewodnika maską czyha łgarz,

     obłudnie rękę ściska wróg.

 

Co to za głos w umysłach dźwięczał tak jak dzwon

i wokół budził głosów chór?

Czy to zły los opróżnił złudnych wizji tron -

i runął gmach, co sięgał chmur...

 

     A teraz fałsz przenika każdy ton

     i każdy dźwięk zdradliwie w uszach brzmi,

     choć echo słów niejeden przetrwa zgon,

     nie zmyli cię - to tylko mit...

 

Kim był ten ktoś, kto nosił w sobie ognia żar,

a oczy miał jak gwiazdy dwie?

Czy wciąż ma moc namiętnych pocałunków czar

i z głębi czasu cichy szept?

 

     Bo przecież dziś spowija serce chłód

     popiół jest tam, gdzie wczoraj płomień był,

     gorące źródła teraz skuwa lód

     i zieleń traw przysypał pył...

 

Czy to jest błąd, że palisz dziś ostatni most

i patrzysz, jak się wzbija dym?

Znika już ląd, który mirażem mamił wzrok,

na dalszą drogę braknie sił.

 

     Choć wczoraj prosty szlak cię wiódł na szczyt,

     dziś na bezdrożach tylko gubisz ślad;

     cień drogowskazów już nie powie nic -

     przejrzystość myśli zatruł jad...

 

 

Edytowane przez WarszawiAnka
interpunkcja (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Tak... ten dzisiejszy świat, taki znieczulony na wszystko, szybki i niepokorny... Czytając ten wiersz podziwiałem to co było "kiedyś", ponieważ to "kiedyś" zostało tutaj bardzo delikatnie opisane... Jak płomień, który niósł bohatera wiersza.Tylko, że dziś płomień już wygasł i zostawił peela bez pochodni.

 

Druga rzecz, która bardzo mocno skojarzyła mi się z treścią to dzieciństwo. Dzieciństwo szczęśliwe. Dzieciństwo z którego osoba wkracza w ten zimny świat, pozbawiony tych wszystkich wartości, których była uczona. Od razu przypomniał mi się jeden z Liryków lozańskich, nawiasem mówiąc mój ulubiony :-)

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

...a gdy w końcu braknie sił to po prostu masz to wszystko gdzieś. Masz gdzieś co powiedzą ludzie, ot po prostu zostawcie mnie w spokoju. Spalę wszystkie mosty i będę tworzył siebie na nowo.

 

Tylko, że to nie zawsze działa, bo nowa rzeczywistość może okazać się mirażem... bez wyjścia i można palić mosty w nieskończoność, co wiele osób przecież robi; dlatego też ten wiersz jest tak prawdziwy.

 

Utwór jest cudowny. Widzę w nim wiele alegorii, nawet w stosunku do własnego życia. Bardzo ładny, wzruszający obraz.

 

Edytowane przez Wędrowiec.1984 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Cieszę się, że w tytule i na początku wiersza zadajesz to pytanie, bo pokazuje mi to, że pomimo rozgoryczenia i rezygnacji które z niego tchną, dopuszczasz jeszcze malutką możliwość wiary w to, że przeżyta miłość, dobro i szczęście były rzeczywistością, realna częścią życia, że przemijając pozostawiają zawsze ślad w nas, dobry ślad, który potrafi dalej owocować.., i że dlatego nigdy całkowicie nie przemijają... Napisałaś ten wiersz pięknie i lekko, ale czytanie go sprawiło mi ból. Pozdrawiam.

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Bardzo Ci dziękuję za tak wnikliwy i refleksyjny komentarz. Najgorsze w tym znieczulonym świecie jest jednak to, gdy chłodem wieje od osób, które uważamy za najbliższe, gdy topią się jak śnieg relacje, w które inwestowaliśmy serce. Płomień wygasa, bo okazuje się, że palił się na marne.

A dzieciństwo...jest często takie szczęśliwe, bo z wielu rzeczy po prostu nie zdajemy sobie sprawy. Żyjemy pięknymi złudzeniami - i one nas uszczęśliwiają. Gdy odkrywamy ich złudny charakter - cierpimy. Niektórzy nie chcą tego przyjąć do wiadomości i wolą nadal żyć w świecie złudzeń - bo to daje fałszywy, ale odczuwalny komfort psychiczny,

 

Nie tylko wiek męski może być wiekiem klęski...

 

A sił braknie, kiedy widać bezowocność, daremność starań. To jest jak rzeźby ze śniegu i lodu: można stworzyć piękny pałac, ale i tak po kilku dniach się roztopi... Więc po co?

 

A później przychodzi palenie mostów - świadoma destrukcja. Wypalanie ogniem. I obojętność, pustka.

 

Masz rację, w tym wierszu są różne alegorie. Nie będę ich ujawniać - każdy może interpretować po swojemu.

 

Jeszcze raz serdecznie Ci dziękuję i pozdrawiam :)

Edytowane przez WarszawiAnka
korekta (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Bardzo dziękuję za Twój komentarz, Duszko. Ty potrafisz dostrzec wartość w przeżytych chwilach szczęścia postrzegając je jako pewien dorobek,  który nadal posiadamy. Peelka już tak patrzeć nie potrafi. Widzi tylko pasmo złudzeń, do których się uśmiechała i którym poświęcała wiele cennego czasu - na marne. Ale Twoje refleksje ukierunkowują myśli na nadzieję, że dobro i szczęście może jeszcze owocować... Peelka pewnie też w to gdzieś w głębi duszy wierzy, ale przeszła już w fazę destrukcji i nie żałuje palonych mostów donikąd...

 

Z jednej strony jest mi przykro, że czytanie mojego wiersza sprawiło Ci ból, ale z drugiej dowodzi to Twojej wrażliwości i głębokiego zrozumienia.

 

Pozdrawiam serdecznie

Edytowane przez WarszawiAnka
korekta (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Hmm... naszła mnie teraz taka myśl, że może po to, by następnym razem użyć innego budulca? Tak, to dobra myśl, dająca nadzieję na przyszłość. :-)

 

 

Hmm... a gdyby tak nie dorastać? Pamiętam z listów Wertera, jak ten pisał, że tak wiele problemów stwarza sobie właśnie dopiero dorosły człowiek. Twierdził, że właśnie dlatego dzieci są takie szczęśliwe i muszę przyznać, że coś w tym jest, choć to dość utopijne myślenie. W ogóle dzięki, bo widzisz... co rusz przypominam sobie dlaczego tak bardzo lubię listy Wertera.  :-)

 

 

Oj powiem Ci, że wypalenie to straszna rzecz. Uwierz mi, wiem coś na ten temat, choć może nie o takie dosłowne wypalenie chodzi w cytowanym fragmencie. :-)

Edytowane przez Wędrowiec.1984 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Użycie innego budulca to praktyczne, męskie rozwiązanie - i do pewnego stopnia się z Tobą zgadzam. Dlaczego do pewnego tylko? Otóż w okolicy może nie być innego budulca. Np. Eskimosi mają tylko śnieg, a ostatnio czytałam, że na jeziorze Titicaca miejscowi Indianie żyją na wyspach zbudowanych z... trzciny. Ta trzcina gnije i trzeba ją wymieniać - ale nic innego nie mają. Takie błędne koło. Inna - symboliczna - możliwość jest taka, że każdy budulec w końcu okazuje się śniegiem. Budujesz z kamienia - topnieje, budujesz z cegły - topnieje, budujesz z drewna... itd. Ale Twoja rada jest słuszna - może uda się z błędnego koła wyjść?

 

Czy można nie dorastać? Pod pewnymi względami - tak. Np. osoby zawsze ufne, mimo wielu rozczarowań, albo takie, które potrafią znowu cieszyć się życiem po doznanych ranach są jak dzieci. Bo dzieci wciąż napotykają to, co nowe, nieznane...I to je fascynuje. A dzieci fascynowały romantyków, jako istoty o pierwotnej czystości. William Wordsworth, angielski poeta romantyczny, pisał: "The child is father of the man". (Właśnie przypomniałam sobie wiersz, z którego pochodzi cytat - i podniósł mnie na duchu. :)

 

Nie pomyślałam o wypaleniu - ale masz rację: ono też jest w tym wierszu obecne. Wypalenie wynikające z daremnego trudu...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Tak czuję razem z Tobą, Warszawianko,  bo znam takie doświadczenie porzucenia i jest ono jeszcze bardzo świeże... Jednak coraz wyraźniej uświadamiam sobie, że uznanie przeżytej z tą osobą uprzednio rzeczywistości dobra i miłości za złudzenie - jest właśnie niesprawiedliwym złudzeniem, które kaleczy prawdę i mnie samą. Przeżyłam je naprawdę, dlatego pozostawiły we mnie trwały ślad, odmieniły mnie na stałe, tak jak to pięknie ujęła ostatnio @iwonaroma w "Palcach miłości". Złudzeniem okazało się "tylko" oczekiwanie nieprzemijalności naszej bliskości i realizacji związanych z nim marzeń czy planów. I to utrata tego złudzenia stała się bólem. Nie jesteśmy panami przyszłości, tego się uczę, ale to, co już przez nas zostało przeżyte i jego ślady w nas należą do nas. A ślady miłości są zawsze dobre i jestem za nie wdzięczna. Pozdrawiam serdecznie :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Wiem, Duszko, pisałaś o tym, widać to też w Twoich wierszach. Ale widać też, że idziesz dalej. 

Przyjąć takie spojrzenie, jakie Ty masz jest mi trudno. Teoretycznie się zgadzam, ale bardziej odczuwam tę negatywną stronę, to "odarcie ze złudzeń". Tym bardziej, że ma ono charakter wieloraki, wieloaspektowy.

 

Masz jednak rację, że trzeba ratować, co się da - a nasze przeżycia, dobro, które miało miejsce, należą do nas... W niektórych wierszach nawet mi się to udaje, chciałabym więcej takich pisać, bardziej ku nadziei...

 

Pozdrawiam ciepło :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Bardzo mnie ucieszyło to, co napisałaś, nie dlatego, że przyznajesz mi częściowo rację (chociaż może trochę też ;)), ale ze względu na Ciebie :) Wiem, że trzeba przez ten ból utraty złudzeń przejść, ale przekonuję się, że jest z niego wyjście, są drzwi, które można znaleźć, otworzyć i pójść dalej, w życie, z nowym uśmiechem. Wierzę, że Ci się to uda :) 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Bardzo Ci dziękuję, Duszko, za ten optymistyczny wpis. :) Chcę wierzyć, że są jakieś drzwi na zewnątrz. Nadchodząca wiosna w tym pomoże (choć dziś jej nie widać) :)

 

Pozdrawiam cieplutko

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...