Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Chyba wiem, o czym mówi Don Kebabbo

- ostatni wers w pierwszej, drugi w drugiej, ale od trzeciej i dalej też - nie stroi z powodu średniówki.

Co do treści - temat ogólnie znany, przenicowany. Bóg, ogólnie biorąc, to dla jednych wartość niezaprzeczalna, dla innych baśniowa postać. Niemniej wszystko, co wokół pozostaje faktem, to 1500 lat ognia, miecza, bata i prześladowań. A i dziś, za własne (czytaj inne) poglądy można spokojnie zostać oplutym, zakłutym parasolkami, odartym z godności i czci. A co jest cudem dla jednych, zaiste dla drugich niekoniecznie być musi. :))

PS

Dla mnie takim cudem, a może herezją jest np to, że takie słowa jak - zakłuty i odarty - są "naznaczone" (Mozilla Firefox) na czerwono, a kłamliwy "podpowiadacz" twierdzi, że powinno być, o zgrozoooo:

za kłuty (?)

zaś "odartego" nie ma w ogóle w Firefoxowym słowniku ;))

Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Że temat znany możliwe, choć szwendając się od jakiegoś czasu po kilku forach z poezją osobiście chyba nigdy nie spotkałem się z utworem bezpośrednio negującym istnienie Boga, tudzież wypunktowującym absurdy związane z wiarą chrześcijańską. Serio.W przeciwieństwie do tych wychwalających go pod niebiosa. O, tych jest na pęczki.

Skoro osoby wierzące mogą pisać o tym, jak to one tego Boga nie ubóstwiają, to dlaczego ja, osoba areligijna, przekonana, że świat bez kultów bóstw, tych, czy innych byłby lepszym miejscem nie miałaby zamanifestować swoich przekonań i wątpliwości w wierszu?   

Mój głos i tak będzie (niestety) kroplą w oceanie wierszy religijnych. Niestety, bo marzy mi się świat wolny od w moim przekonaniu zła jakim jest religia. Otuchy dodaje mi fakt, że osób myślących podobnie zdaje się przybywać i oby ta tendencja się utrzymała. 

 

Ciekawa sprawa z tym fajerfoxem. Sam używam słownika języka polskiego PWN to nie zwróciłem na podobne niuanse uwagi. 

 

Co do średniówki to nie dajmy się zwariować, tyle wierszy znanych i uznanych, wierszy pisanych mową wiązaną nie trzyma się tej konwencji. Furda średniówka! (choć czasami się z nią bawię).

 

A jeśli chodzi o rzekome nierówności, to nie wiem jak ten wiersz chłopaki czytacie, że wam tam coś nierówno. 

Dlatego na dobranoc sam go wam przeczytam:

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Spokojnej nocy ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

bo nie tylko na forach poetyckich jest o tym mowa, najczęściej to oczywiście prozą pisane komentarze, chociaż zdarzyło mi się przeczytać kilka ciekawych wierszy, limeryków lub fraszek wrzuconych ad hoc w trakcie dyskusji.

w pełni się zgadzam, ale i nie mam nic przeciwko tym, którym jest to do życia niezbędne. W końcu wychowałem się w tym kulcie i rozumiem, że mają tę potrzebę.

Nie chodzi o słowniki - łatwo sprawdzić, co Ci podpowie Twoja przeglądarka. Wystarczy wrzucić tu na forum (np. jak będziesz komuś pisał komentarz) te dwa wyrazy, wtedy zobaczysz, czy Ci podkreśli na czerwono, czy nie. Jeśli nie - podaj mi jakiej używasz - od razu zmieniam :)

Zauważyłem, że dzieje się to stosunkowo od niedawna, w starych wersjach Firefoxa tego nie było, albo nie było aż tyle i chociaż bronię się przed spiskowymi teoriami - dziwnie to wygląda. ;))

No niestety, nie masz racji, bo to bardzo wpływa na rytm, podobnie jak ilość zgłosek (statnio mnie chyba Gaźnik obśmiał - że jeszcze liczę. :) No nie, już nie liczę, po prostu to się czuje po jakimś czasie. Ale to Twoja sprawa, nie będę na siłę Cię namawiał, chociaż w tym wierszu też pod tym względem jest nierówno.

Nigdy tego nie sprawdzałem, ale jestem raczej pewny tego, co teraz napiszę. Spróbuj znaleźć chociaż jeden wiersz Tuwima, gdzie wystąpiłby podobny/ lub inny jak u Ciebie dysonans w rytmie. Nie mówię oczywiście o celowym zabiegu, skracającym np jednostajnie jakiś wers w kolejnych wersetach. Myślę, że to będzie najlepsza rekomendacja do zachowania rytmu - w wierszu rymowanym, rzecz jasna. :)

PS

Słuchałem. No przykro mi, nadal jest nierówno.

Opublikowano

Czarku mi się wydaje, że zwyczajnie osoby religijne chcą głosić swoją miłość do Boga gdyż wychodzi to właśnie z ich religii. Ateistom nie zawsze jak widać po twoim przykładzie, ale jednak najczęściej nie chce się pisać o Bogu gdyż nie mają takiej potrzeby emocjonalnej. :)

 

Ja nigdy nikogo nie wysmialem. Mogłem wyrazić swoje zaskoczenie, dość specyficzny mam styl wypowiedzi. Sam nie stosuje żadnych reguł, więc zaskoczyło mnie to. Jednak nie tak jak powszechna niechęć do wierszy rymowanych, o której się dowiedziałem kilka miesięcy temu. :) 

 

Pozdrawiam :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Nie no, przeczytać się da, tekst prozą też się da, ale utwór rymowany to jednak miło gdy płynie. Sorry, że akurat do siebie odniosę, ale pierwsze co tu na forum wklejałem było podobne technicznie do tego, co zamieściłeś (ilość sylab się zgadzała, ale po co w ośmiozgłoskowcu średniówka, ba, co to w ogóle jest średniówka). Na szczęście szybko mnie tu nauczyli (oj, było ostro w komentarzach, nie to co teraz;)) co i jak. Teraz jak czytam wiersz rymowany jest dokładnie tak, jak u Jana:

 

 

To zachodzi automatycznie. Jak rytm raz wejdzie w krew, to już nie wyjdzie i nie przekonasz, że jest jak ni ma ;)

 

Pozdrawiam.

Opublikowano

Może to kwestia tego, że nigdy nie skupiałem się na pisaniu wierszy, a bardzo wiele czasu spędziłem na pisaniu tekstów piosenek. Jednak jakoś w technikum przestałem "łapać" sylabizm" w jakichkolwiek rymowanych wierszach. Wszystkie teorie na papierze fajnie wyglądają, jednak wylew emocji traci gdy jest zbyt mocno dopieszczony po "profesorsku". Nie mogę tego odnieść do swojej twórczości, bo zwyczajnie jestem słaby i łatwo mnie wypunktować. Jednak śledząc dorobek znanych nazwisk nabrałem szacunku do łamania norm i omijania szablonowości. Wiem o jaką moją wypowiedź chodziło wcześniej i wydaję mi się, że nie potrafię wyjaśnić swojej myśli. Jednak uważam, że 1-2 sylaby na + czy - nic nie znaczy. Szkoda, że autor nie może udostępnić swojej wizji recytatorskiej, bo zawsze pozostaję miejsce na akcentacje, którą można wiele naciągnąć i jest to dużo łatwiejsze niż ślusarska praca nad tekstem. :D 

 

Jednak zdaję sobie zdanie, że Panowie zjedli na poezji zęby i mają prawo traktować ją poważniej. :) 

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Fajnie, że o tym napisałeś, w ostatnim kwartale nie zauważyłem, ale jak pierwszy raz trafiłem na orga było to dość powszechne zjawisko: podejście, że wiersz rymowany musi naginać treść na potrzeby formy i być "przegadany" na zasadzie byle się rymło. Było to tak częste, że cały swój program (powiedzmy ałtystyczny) oparłem na myśli [sic!]: "co ma jedno do drugiego, udowodnię, że da się napisać tekst rymowany bez choćby jednego zbędnego słowa - forma formą, ale nie będzie mi tempa pipa i warunków stawiać" ;)

 

Pozdrawiam.

 

PS (również do Czarka):

(btw dobrze, że o piosenkach wspomniałeś, bo prawie pisałem ten komentarz - i racja przy odpowiednim przeczytaniu/zaśpiewaniu tekst może zyskać)

 

Jeśli chodzi o poezję ateistyczną polecam do przesłuchania punkową kapelę ON2B (teksty Arka Bąka z Profanacji: w ON2B i muzycznie, i tekstowo - kondensacja!). Dla równowagi daję też coś z drugiej strony (bynajmniej nie oazowe pitolenie, którego, jak pisze Czarek, jest na pęczki) - od tego kawałka zacząłem ich słuchać przez pewien czas niemal na okrągło (na wokalu ojciec jezuita):

 

 

Pozdrawiam.

 

PS. Na poezji zębów nie zjadłem i mało się na niej znam, właściwie wcale - piszę tylko, co myślę ;)

Edytowane przez Don_Kebabbo (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@Don_Kebabbo, @jan_komułzykant

 

Pozwolę sobie w moim komentarzu odpowiedzieć wam panowie obu ponieważ obaj prezentujecie ten sam front barykady, czyli, że średniówka, a że jej w moim Jeśli jesteś? nie ma.

To, że temat 'abtyboga' był poruszany w komentarzach, w trakcie dyskusji, często prozą chyba, aż tak go nie przenicowuje i popularnym nie czyni, prawda? 

Co do tego Kebbabo, że portal to zacny, ludzie dobrzy i wiele można się tu nauczyć to racja, ja jednak wiedzę o konstrukcji i środkach stylistycznych stosowanych w poezji zawdzięczam moim wspaniałym polonistkom oraz własnemu zainteresowaniu się poezją w latach już dość odległych.  Czym średniówka jest i jak ją stosować wiem bardzo dobrze, bo niejednokrotnie bawię się nią we własnym pisaniu. Przykładem może być mój wcześniej tu wstawiany wiersz z zastosowaniem średniówki, równo jak w przysłowiowy pysk dał, proszę liczyć:

 

Vox Animarum

 

Gdyby tak z czaszek wszystkich ofiar
zamordowanych gdzieś po lasach,
gdzieś w kazamatach, gdzieś w obozach, 
móc kule zebrać w wielki sagan. 

 

W dzwon je przetopić i zawiesić 
na niebosiężnej wieży strasznej, 
nieustającej ludzkiej męki, 
pnącej ku niebu mury krwawe. 

 

I bić weń długo, bić miarowo, 
zajadle za te wszystkie trupy, 
może się wówczas uda to zło 
odpędzić, Boga ze snu zbudzić. 

 

Takich wierszy mam więcej, ale ten jest ostatnim pisanym, nie chce mi się teraz grzebać, ale oczywiście jeżeli wola mogę zaprezentować kolejne. Później jednak, bo czas mnie goni.

 

Zgadzam się z @Gaźnik, że poezja nie musi być rzemiosłem pod linijkę, wagę, czy inną suwmiarkę (choć oczywiście często nim jest) . Sam uwielbiam się bawić czymś co nazywam sobie matematyką wiersza, średniówką, sylabizowaniem, ale wiem doskonale, że nie jest to żaden wymóg w poezji. Jest wiele wierszy z 'fruwającą;, nierówną średniówką, które pomimo to rytm trzymają. Jako przykład zaprezentuję znowu jeden z moich ostatnich, proszę liczyć:

 

Emigrant 

 

Nazw chorób uczę się, kiedy mnie dopadną, 
za Polską tęsknię wiosną i w Wigilię, 
najgorsze jest to, że zawsze tak bardzo
czuję się i tu i tam jak dziecko niczyje. 

 

Czasu mi wciąż mało, lasu mniej mi jeszcze, 
wrzosowiska, łąki są piękne, jednakże
to las mnie wychował i w serce korzenie 
zapuścił głęboko, więc za lasem płaczę. 

 

Moją brzozę — tancerkę, co za oknem rosła
i mi w jego kadrze szarzyzny łamała, 
pewnego dnia zabił, wyrwał z ziemi sąsiad, 
gdy go teraz mijam, już mu się nie kłaniam. 

 

Krajan oczywiście nie brakuje tutaj, 
dziksze to od dzików, co tam na rzeź idą, 
ciągle tylko mówią, że któryś coś urwał, 

 

że nie zginie Polska, póki oni żyją. 
Księżyc z nieba mruga, śmiechem syn i córka 
znów mi „no żeż urwał! ” przegonili limbo. 

 

Co do tego, że niby da się wyrecytować równo, rytmicznie wiersz nierówno napisany, to nie nie da się za Ludowe Chiny tego dokonać. Prozy również.

 

@jan_komułzykant odsyłasz mnie względem średniówki do Tuwima. To jeden z moich ulubionych poetów i 'sąsiad' z rodzinnych stron. Choć to niekwestionowany Książę poezji polskiej to i u niego zdarza się średniówce 'fruwać'. Przykład? Choćby przeżywający w skutek ostatnich wypadków wiersz pt. Pogrzeb Prezydenta Narutowicza, lub znaleziony pierwszy z brzegu na tym portalu wiersz pt. Sztandar, proszę liczyć:

 

Prawda, prawda, czarnoleski Janie:
"Serce roście patrząc na te czasy!"
Tętnem krwi czerwono-chorągwianej
Zaszumiały nasze miasta jak lasy.

Jakaż miała się odezwać muza
Prócz tej jednej - bojowej, piosennej?
Jakiż kwiat mógł wybuchnąć na gruzach,
Jeśli nie ten pnącz czerwonopienny?

I dlatego ze stolicą rosną
I po piętrach jej wspinam się kwieciem.
A ojczyzny mojej wielką wiosnę
Jako sztandar wznoszę nad stuleciem.

Taki sztandar, że ziemię okryje,
Taki sztandar, że w wieki ponosi,
I gdziekolwiek jego drzewce wbiję,
Tam początek będzie ziemskiej osi.
 
Czy taki jeszcze:
 
Trawa 
 
Trawo, trawo do kolan!
Podnieś mi się do czoła,
Żeby myślom nie było
Ani mnie, ani pola.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 
Podobnie jest u Gałczyńskiego, a nawet u Broniewskiego, którego rytm wiersza porównywany był do marszowego (np. wiersz Poeta i trzeźwi).
 
Uparliście się Panowie i niech wam będzie, że w moim ostatnim wierszu średniówka jest nierówna, ale nie zaburza to ni rytmu ni flow wiersza. 
 
Udanego dnia! Howgh
 
P. S. - @Gaźnik
Później odniosę się jeszcze do Twoich komentarzy. 
Salut! 

 

Edytowane przez Czarek Płatak (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

no dobrze Czarku, znalazłeś takiego Tuwima (brawo, bo się nie spodziewałem), gdzie ostatni wers w pierwszej ma 11, nie 10 zgłosek a średniówka w 3 wersie pierwszej jest inna niż w całym wierszu. Zgadzam się z jednym, że o ile w przypadku średniówki można sobie poradzić czytając tekst, to już z inną liczbą zgłosek jest gorzej i tu wszystko zależy od techniki Autora, a właściwie jego słuchu. Tuwim poradził sobie z tym 3 wersem doskonale - za pomocą "chorągwianej".

Ty zresztą też świetnie to zrobiłeś (Emigrant) w pierwszym wersie (12) pierwszej, z dwoma następnymi (11). Niestety ostatni wers (13) już "potyka" czytającego. A nie musiał, wystarczyło zmienić kolejność i poszłoby, no może nie gładko, ale ciutek gładziej na pewno ;)

 

Nazw chorób uczę się, kiedy mnie dopadną, 
za Polską tęsknię wiosną i w Wigilię, 
najgorsze jest to, że zawsze tak bardzo
czuję się i tu i tam jak dziecko niczyje.    ->  tu i tam się czuję jak dziecko niczyje.

 

Czarku, nie twierdzę, że jestem nieomylny bo też popełniam błędy, jak każdy. Prawdopodobnie u mnie znajdziesz niejeden nierówny rytm albo wykolejone średniówki. Nie chodzi też o jakieś chore ego, bo może tak myślisz, tylko o normalną, otwartą rozmowę, a nie "życzliwą" niedźwiedzio-przysługę. Dwa razy kiedyś zwróciłem Ci uwagę na rytm, który naprawdę "haczył". Upierałeś się przy swoim ok. więcej nie dotykałem, Twoja wola. Okazuje się, że nie tylko ja na to zwracam uwagę, więc chcąc nie chcąc rozpoczęliśmy tę rozmowę. Ale jeśli sobie nie życzysz, nie ma sprawy, mogę nie reagować, ale nie umiem udawać, kiedy coś nie gra, więc ciężka sprawa. :)

Pozdrawiam.

Opublikowano

No "Vox Animarium" wyszedł Ci przednio. Napisałem pod nim, że nie moja poetyka, bo i nie lubię wszelakich niebosiężnych wież strasznych, ale pomysł na wiersz chwalę. Nie będę się już o rytm wykłócał, acz i tam wg mnie ostatni wers nie płynie tak do końca (umysł za bardzo stara się zaakcentować ten przecinek w miejscu, gdzie tkwi ;)).

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

No właśnie, nawet całkiem niedawno napisałem Bogumiłowi w "Obudźcie się Wikingowie", że czymś takim mnie zaskoczył ;)

 

Pozdrawiam.

Opublikowano (edytowane)

Przepraszam, że znów dodaję swój komentarz. Ogólnie jestem w takim stanie, że nie powinienem odpisywać na ambitnym portalu, jednak jestem nałogowcem, a DNA się nie oszuka nawet odrzucając odżywki. 

 

Nie chcę z siebie robić pajaca. Rozumiem dążenie do ideału. Nie wyobrażam sobie frywolności podczas obliczania sił oddziałujących na belkę mostu wiszącego. Jednak wbrew mojej woli nie mogę tego pojąć w sztuce przekazu emocji i bardzo ubolewam nad faktem, że zostałem oskarżony o wyśmianie innego niż moje podejście do poezji. Każdy ma prawo tworzyć według swojej ideologii i także naprowadzać innych na swój punkt widzenia, jednak ostateczny wynik zawsze pozostaje w kwestii autora. W swojej klasie w technikum byłem najlepszym uczniem z języka polskiego, do tego zdaniem mojej Pani polonistki murowanym faworytem do zwyciężania w corocznych konkursach. Jednak nie chciałem błyszczeć na tle przeciwników, którzy zwyczajnie nie powinni nawet zaczynać pisania. Ja na kilka lat wycofywałem się (oddałem się mniej ambitnej twórczości, nawet zarabiając na tym) i przywykłem pisać do szuflady. Biorąc pod uwagę moją buntowniczą osobowość chyba dobrze się stało. I teraz dojdę do meritum, bo bez tego komentarza ten i poprzednie moje wpisy u Pana Czarka są zwykłą błazenadą.

 

Uważam, że największym osiągnięciem technicznym człowieka jest koło i pomimo swojej nienaturalności uważam je za ideał. Wiele lat rozważałem koncept symetrii, jednak koniec końców - brzydzi mnie. Koło jest wyjątkiem, a reszta moim zdaniem czasem na siłę próbuje nam odebrać naturę zwierzęcia. Symetria jakoś mnie brzydzi - nie wiem, może to kwestia moich zaburzeń, a może tylko sprawa osobowości. Oddaję szacunek perfekcjonistom, jednak w pewnych kwestiach asertywnie muszę stwierdzić, że nie pojmuje lepszych od siebie. :) Także przepraszam, jeśli kiedyś Pan Jan poczuł się przeze mnie "wyśmiany". 

 

PS. Gdyby nie jedno wspomnienie mojej ksywki to odpuścić bym sobie lania wody, które pewnie zanudzi każdego z czytelników. Przepraszam. 

 

PS.2 przedstawiam zupełnie inne zdanie na temat Boga. Co z pełną żarliwością swego czasu przedstawiłem pod tematem Pany Iwony. Dodam, że osobiście zrezygnowałem z miłości swojego życia (czy można więcej poświęcić?) dla obrony wartości chrześcijańskich. Jednak uważam, że wiersz Pana Czarka jest spisany idealnie. 

 

Pozdrawiam wszystkich. I postaram się już nie spamować więcej :)

 

EDIT: właśnie sobie przypomniałem coś najbardziej istotnego. Komentuję wyłącznie jako fan poezji. Mam tą przewagę nad Panami @Don_Kebabbo i @jan_komułzykant 

jestem tylko czytelnikiem poezji i od mojej wizji łatwiej się odbić. Jednak szanuję swoje prawo czytelnika do poezji, która może trafić też do takich mniej ambitnych czytelników. :) 

 

Pozdrawiam wszystkich zaangażowanych w temacie. A jeszcze bardziej autora. :)

Edytowane przez Gaźnik (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

:) tak, napisałem, że mnie "obśmiałeś", ale wcale tak nie czuję, więc nie masz za co przepraszać. I nie mów do mnie Pan Jan, bo naprawdę do "sztywniaka" jeszcze mi daleko. Fajeczka pokoju? ;))

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jakby co, punkta dostałeś za szczerość, nie żeby się podlizać.

Wiem, że to nie do mnie, ale nie mogłem się powstrzymać :)

pewnie, że inny, a najprędzej ten który wkłada w jego usta słowa napisane przez człowieka.

 

 

 

Edytowane przez jan_komułzykant (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Mam taką głupią manierę. Staram się powstrzymywać, bo większość osób mnie tu krytykuje za formy grzecznościowe. Jednak czasem to samo wychodzi. Szczególnie w takie dni gdy jestem totalnie rozsypane tracę kontrolę nad tym co chcę napisać :(

 

Dziękuje za odpowiedź.:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Nie ma nerwów :) Odpiszesz gdy będzie lepiej. Ja zawsze jestem chętny do podjęcia dyskusji, szczególnie w tak zacnym gronie :)

 

Nie ukrywam, że zostałem zaskoczony tym musem (teraz nie wiem czy napisać "twoim" czy "Pana" :D) odpisania mi. 

 

Pozdrawiam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




×
×
  • Dodaj nową pozycję...