Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

bronmus45 - oto i ja .. oraz moje kolejne teksty, czyli blogowisko


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

z cyklu "bronmuski"

"w jednym stali domu"

~

Małpa i świnia w pewnym Zoologu
nie znoszą wciąż siebie nawzajem
- ganiani są często nahajem -
lecz te co ranek - od samego progu
ciągle to samo. To już szczyt nałogu ..

~~

PS - tekst o dwóch autorach z innego portalu, którzy codziennie "okładają" się swoimi wierszami, w ich ocenach będące limerykami. Stąd też powstał / powstaje cały cykl "bronmuski" - czyli teksty pisane odwróconym w stosunku do limeryków metrum, mające im z kolei "dokopać". A ci właśnie przed chwilą porównali się do małpy i świni - w "zakamuflowany" sposób, co i ja czynię, przez nich inspirowany ..

.

Edytowane przez bronmus45 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

 

filmik autora tekstu

sielanka

~~

parapet zewnętrzny okna

z karmnikiem

i kwiatem go przykrywającym

świetną przystanią 

dla skrzydlatych przyjaciół

chowających się przed żarem

słonecznych dni

 

gołąb grzywacz

stałym tutaj bywalcem

pozwalającym sobie nawet

na wielominutowe drzemki

w przytulnym cieniu

gdzie obok ma poidełko z wodą ..

Opublikowano

obłudnikom ku przestrodze

~

Komediant czy też błazen zyskują uznanie

gdy potrzebny im talent jest "na zawołanie".

Natomiast nieudacznik w tym to samym celu

musi mieć do pomocy drużynę klakierów.

 

Uznanie, czy też sławę wolałbyś uzyskać?

A może te dwa na raz, obrazy osoby?

Są na to znane przecież, skuteczne sposoby,

aby tylko obłuda nie ziajała z pyska.

Ta bowiem za czas jakiś będzie rozeznana

- ty z cokołu spadając, potłuczesz kolana ..

 

Więc pomyśl już, jak życie swoje poukładać

- weź się zatem za siebie. Przestań bzdury gadać ..

~~

Opublikowano

obiekt specjalnej troski

?
Swoją ciemnotą wprost zaciekawia
głoszący rozprawki o świecie
- pasują, jak wół przy karecie -
Kulturą bycia wciąż się zastawia
"miszczu" blagierstwa - człowiek bezprawia ..
Opublikowano (edytowane)

geodeta łacinnik vs p. Zdzisia ..

 (wiersz wolny)

~~

Speckomisja w pełnym składzie

oceniała sprawę.

 

Przewodniczy pani Zdzisia ..

 

Mierzono tu placyk zabaw

aby zasiać trawę.

 

Potrzebny był geodeta

wraz z pomocnikami,

którzy gdzieś tam - dość daleko

śmigali z łatami ..

 

Po łacinie głośno wrzeszczy 

krzywa .. krzywa .. krzywa,

oceniając linię miary.

 

Ocena prawdziwa

- aż nastąpił akt złowieszczy;

nie uniknął kary

za szerzenie wulgaryzmów.

 

Takiego prymitywizmu

mógł spodziewać się on przecież ..

Wrzeszczał słowa przy kobiecie

.. znanej nie od dzisiaj.

 

A dla członków speckomisji

jest to pani Zdzisia ..

.

Edytowane przez bronmus45 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

- portrety -

 

(-) karmieni świetlanym uczuciem miłości,

bujają w obłokach fantazji.

Dalecy od szarej, nagiej codzienności,
spijają wciąż czary małmazji.

Randki, kawiarnie, spacer przy księżycu
- skończyły się ślubnym kobiercem.
Dziś każdy dzionek jest zwykłą matrycą,
coraz mniej miejsca na serce.

Niełatwo im będzie smakować rozkosze,
wraz z dzieckiem płaczącym po nocach.
A rano do pracy - wstań ty teraz, proszę
- ja przyśnię o złotych karocach ..

 

.. jakie to w marzeniach widzieli oboje,

gdy księżyc rozświetlał srebrzyście.

Dzisiaj więcej zmartwień, bo jest ich już troje

- fantazje opadły jak liście (-)

Opublikowano

- a życie toczy się dalej ..

 
Byłaś .. 
.. bezgłośną mantrą wśród wielu marzeń
- obraz imienny w głowie i sercu
wbrew wszelkim plotkom.
 
Mowie oszczerców
stawiałem czoła z tym przekonaniem,
że pewno mylą Ciebie z kimś innym.
 
Gdy po miesiącach poznałem prawdę,
ujrzaną w orgii zwielokrotnionej,
moje marzenia odrosły cierniem
- bo właśnie Ciebie chciałem za żonę ..
 
Cóż mi powiedzieć ..
 
Uczucie ciężko było wykreślić
z dawniejszych marzeń, w serdecznej pieśni ..
Opublikowano (edytowane)

rachunek sumienia

~~

(-) sumienie jest dla nas lustrem,

w którym widzimy odbicie człowieka

i jego oczy, wprost wpatrzone w siebie (-)

~~

Dostrzegasz głębię duchowego wnętrza

- sam je oceniasz, więc dojrzałbyś kłamstwo

wśród wielu skrytek, dla innych zamkniętych.

 

Musisz przełamać opór ustawionych barier,

które tworzyłeś przez te wszystkie lata,

skrywając pamięć przewin, które pewno były.

 

Chcąc poznać siłę swojej woli,

otworzysz wszelkie zasłony przeszłości,

by rozliczyć ukryte zawstydzeniem czyny.

 

Uwierz mi jednak, że to nie jest miłym,

gdy rumieniec wstydu na twarzy zagości.

 

Lecz bardzo przydatnym dla spokoju serca

dogłębny remanent z przyznaniem do winy ..

~~

Edytowane przez bronmus45 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

polski efemerofit - narcyz

(z cyklu "bronmuski")

~

Chorobliwą wręcz wiarę w swe prawdy głoszone

przejawia wciąż pewien mitoman.

Niegdyś Dyzma (Wilhelmi Roman)

nie był aż tak prostacki, by swoim patronem

uczynić Zbawcę z niebios. Lub przywdziać koronę ..

~~

Opublikowano

zgodnie z ..

~~

Czas jest jak rzeka;

płynie swoim korytem

- jam mu poddany.

Moje miejsce na świecie

skutkiem pradawnej karmy.

~~

(-) wciąż nie mogę odnaleźć się

pośród świateł i ciemności życia

dojrzałego człowieka

z pustkowiem w sercu od lat wielu

coraz bardziej zapadającego się w samotność

będącą oazą spokoju

w przystani portu kuszącego

zakątkami uciech cielesnych

często już ponad możliwości

poszukującego wrażeń

 

los tak wybrał

a ja mu na to pozwoliłem

z pełną świadomością

spełnienia jego celów

w poddaństwie przeznaczenia (-)

Opublikowano (edytowane)

- licentia poetica, czyli lanie wody ..

~

Wiatrołomy wśród lasów, a we mnie wichura

uczuć targa, w różnorakie strony.

 

Serc złamanych (lub niepocieszonych)

wciąż przybywa. Zgaduj człecze - które ma która ..

 

Ktoś tu powie - autor bajdy plecie

- oczywiście, tak stoi w tytule -

co przyznaję (z nieco skrytym bólem).

Ziarnka prawdy też tutaj znajdziecie ..

 

Dawne to były lata i szkolna matura

w wieczorówce (czy może zaocznej?)

- już myślałem, że wreszcie odpocznę

od wykładów. Do potęgi bzdura ..

 

Każda z nich chciała korepetycji

z przedmiotów? .. a wszystko jedno

- bo inne tu było sedno ..

.. sił nie starczało. Resztki ambicji ..

 

Byłem jeszcze młody, miałem wolną chatę

- w czas wiosny się działo. Poszalałem zatem -

~~

PS - powyżej treść z rodzaju licentia poetica, czyli lanie wody ..

.

.

Edytowane przez bronmus45
wstawiono melodię (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Lim Eryk z dokładką
w ba(łała)jkowym świecie opery mydlanej

~

Za lasami, górami, we wsi zwanej  Czarna,

w każdej prawie chałupie gospodarz miał żarna.

Mielił nimi mąkę nie zawsze na chleb

- jeśli tylko taką, to nie chłop, a kiep.

Z razowego przemiału potrawa zbyt marna.

 

- cd -

Żerdką przy tym obracał kamień do mielenia,

jednak grubość przemiału według pomyślenia

- jak poeta, co piórem cyzeluje treści,

które w głowie układa. Jeśli głowa mieści

nieco więcej pomysłów do ich przekształcenia.

 

A gdy tylko ten jeden - gospodarz ladaco

kołaczy nie wypiecze swoją tutaj pracą,

lecz razowiec z zakalcem, co się szybko przeje.

Domownicy stracili już dawno nadzieję,

że ten młynarz przydatny. No, bo niby - na co?

~~

PS - tekst o takim jednym "połecie" z portalu - on już wie w czym rzecz ..

Opublikowano

- z życia luzaka -

~

Przy pełnym słońcu w środku lata

jesteś leniwym. Twoja strata,

gdy dziewczyna u ciebie gości.

 

Nie masz ochoty - ją to złości ..

 

(-) zaś przy księżycu, moi mili

można się kochać, by po chwili

zapaść w sen słodki na czas jakiś.

Gdy się obudzisz, masz oznaki

kolejnych pragnień jej miłości ..

 

Jeśli partnerka zechce "pościć",

to już dla ciebie kłopot wielki.

Więc chętnie sięgniesz do butelki,

by znowu sen cię tutaj zmorzył.

 

Obyś momentów tych nie dożył (-)

~~

Opublikowano

blizny

~~

zwielokrotnionym echem

pośród horyzontów wspomnień

kołacze w mojej głowie

dawno wygasła miłość

 

przywracając

poczucie bolesnego zawodu

przypieczętowanego faktami ..

Opublikowano

- ziieeeeww -

Deszczowy ranek latem;
wypijam pierwszą kawę

- rozmyślam, co tu robić ..

Stawiam laptop na ławę
i piszę te bazgroły,
co trudno nazwać wierszem.

Niech nazwą go, jak zechcą
- mnie "zwisa to" (po pierwsze ..)

Po drugie i po trzecie
napiszcie sobie sami
- co tylko tu zechcecie ..

A ja, gdy deszczyk zniknie,
pójdę na piwo sobie
bo z nim mi znacznie łatwiej
przetrwać w dzisiejszej dobie

- ot, co ..

.

 

.

Opublikowano

- miss(ka) prezydentem!!!

 

(-) gdyby osą w talii była

(tak, jak w życiu jest na co dzień),

wtedy seksapilu siła,

wiele może w męskim głodzie.

 

Owo "gdyby" władne przecież

w głowach panów poprzewracać

- ci nie myślą już o diecie,

mając moralnego kaca.

 

Diecie posła, senatora

- czy chociażby - ot, radnego.

Chcą wykazać, że to pora

do działania. Warci tego.

 

Tak więc - rodacy kochani

"mam pomysła" - jak ten wyżej.

Chłopy wszystkie są "do bani"

Baby na wóz - lecz nie ryże!!! (..)

Opublikowano

zaplątana w niebyt

~~
koperta
pożółkła ze starości
a w środku list
datowany na rok 1963 ..
~~

stamtąd to wysunął się
kawałek zasuszonego płatka kwiatu ..

- ile to wspomnień
powracających rozrzewnieniem
o dawnej miłości
którą to przesiąkł nawet papier
zapisany słowami
jakże oczekiwanymi w owym czasie

.. cicho sącząca się z głośników
muzyka Mendelssohna
a pod przymkniętymi powiekami
ukazują się coraz wyraźniejsze obrazy
z tamtych dni
lecz nie wiem czemu
tej jedynej twarzy nie mogę przywołać ..

.. sięgam do fotografii z dawnych lat
znajdując tą właśnie
lecz nadal nie potrafię jej wpisać
w tak miłe mi chwile znaczone łzą wzruszenia

- wtedy to było przecież ogromnie gorące uczucie
ja miałem lat osiemnaście a ona szesnaście ..

.

 

Opublikowano

- trwanie ..

Stoję w oknie mieszkania, o wczesnym poranku,
rozmyślając nad czasem na starość mi danym
- do rozporządzenia, według własnej woli.

W sino srebrnym muślinie mgieł porannych skryta,
ulica mego miasta, jeszcze uśpionego
- z daleka słychać warkot jadącego auta.

Senne mary z mej głowy ulatują w niebyt
przez otwarte okno, w rześkość zwilgotniałą.
Jestem już prawie gotów wziąć się znów za bary
z zszarzałą codziennością.

Wciąż nie wiem co począć, z dniem wolnym - jak co dzień,
wśród braku spraw bieżących, szukanych w pamięci ..

~~

 

 

Opublikowano (edytowane)

- wakacyjny domek nad morzem -

~~

Było lato i go "ni ma"
zimno wokół się panoszy.
Wychlać flaszkę i pójść kimać
- łazić w deszczu mam już dosyć -

Ot, pogoda się trafiła
w czas wakacji i urlopów.

Starzy to zaleją ryja
- no, a dzieci? Ani kroku
za drzwi z nosem, bo deszcz pada.

Pić przy dzieciach nie wypada,
więc parasol i do baru,
gdzie spotkamy takich paru,
co w podobnych są kłopotach.

W Wilkowyjach to Mamrota
z gwinta walną i po sprawie.
Tu już nie jest tak ciekawie
- musisz pana rżnąć przy innych ..

Wielkie nieba!!! Kto tu winny?!!!
~~

Edytowane przez bronmus45 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

- KRUCA .. FUKS!!! 

 

- tak zapewne zakrzyknąłby tato,

gdyby dla mnie zabrakło miejsca w szkolnej ławie.

Ciupaga, co wisi sobie dotychczas na kołku,

znalazłaby zapewne swoje miejsce w sprawie ..

 

I poszedł(by) ..

 

- gdzie? do dyrektora Szkoły

chociaż ten tu niewinny - rządowe matoły

wywróciły porządek do góry nogami

w szkolnictwie krajowym. Osądźcie więc sami,

co z takimi poczynać, czy warto im wierzyć?!!

 

Zatem w czasie wyborów bądźcie w sercu szczerzy,

rozważając przyszłość dla waszych dzieciaków .. 

 

- a oni nadal rządzą .. banda łapserdaków!!!

.

 

.




  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...