Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I. Z Księgi Hioba w świetle hagady rozumianej

 

            Na przełomie sierpnia i września, czyli w szóstym miesiącu kalendarza żydowskiego   dla Izraelitów rozpoczynają się ich najważniejsze święta. Otwiera je żydowski Nowy Rok (Rosz ha-Szana), gdzie w jego drugim dniu, po przedwieczornych odprawionych w bóżnicy modłach, wierni wylegają nad wodę, aby tam – nadal się modląc - wytrząsać z załomków oraz kieszeni swych ubrań wszelkie nagromadzone w nich śmieci oraz paprochy, poniekąd plastycznie dokumentując profetyczną zapowiedź proroka Micheasza (7,19): Znowu zmiłuje się nad nami, zmyje nasze winy, do głębin morskich wrzuci wszystkie nasze grzechy… Z kolei w wigilię Jom Kippur  (Święta Przebłagania) w synagogach modli się słowami Kol-Nidre, co znaczy: czyje imię nie zostało zapisane w Księdze Życia lub Śmierci podczas Rosz ha-Szana, ten spotka się ze srogim wyrokiem w Jom Kippur, więc i też tego wieczoru głośno wyznaje się swoje grzechy, żałuje za nie, trwożnie oczekując na miłosierną sprawiedliwość Pana.


           W Biblii Rosz ha-Szana określane jest mianem Święta Trąbek, bowiem dęcie w szofar (róg barani) pobożni Żydzi utożsamiają z przyzywaniem Bożego Miłosierdzia, albowiem tuż  po Żydowskim Nowym Roku następują Straszne, gdyż Sądne Dni Pokuty, które łączą Nowy Rok ze Świętem Ekspiacji.
I w te „Przedsądne Dni” jakimś osobliwym zrządzeniem, identyfikowanej z symbolem Oka, Bożej Opatrzności rozgrywały się kolejne, z wielu po sobie następujących, epizodów holokaustu. Oto na przykład w mojej rodzimej Wieliczce, 27 sierpnia 1942 roku, jedenaście tysięcy osób spędzono na tutejszy dworzec kolejowy, ów swoisty Umschlagsplatz, w jaki zamieniły się mikroskopijne perony miejscowej stacji. Ciż pokornie stanęli w tasiemcowym szeregu wzdłuż dawnej ulicy Krzyszkowskiej, starsi i chorzy pousiadali wokół cegielnianej glinianki oraz na pobliskich boguckich łąkach niczym w sidła spętane ptaki. Następni wciąż jeszcze dochodzili.


            Według beznamiętnej relacji historyka z Muzeum Żup Krakowskich: każda taka akcja zaplanowaną została zgodnie z uprzednio (i precyzyjnie) opracowanym planem, dlatego nieistotnym jest, gdzie oraz w którym mieście i kraju miała ona miejsce; zastanawiającym jest tylko fakt, że naziści niemal zawsze wybierali sobie czas w (przed)okresie największych  żydowskich świąt.


             Czas zagłady dla Żydów wielickich (i w ogóle Żydów małopolskich) był czasem sygnowanym przesuszonym, przepalonym latem; sezonem gęstym od spływającego z niebios żaru, tego oka słonecznego barwy miodu i żywicy, źrenicy beznamiętnie bezdusznej obojętnie spoglądającej i na prześladowców, i prześladowanych. Oka, dodajmy, które na pewno nie było dobrotliwym okiem Bożej Opatrzności, ale ciekłą magmą, szklistą monstrualną gałą, lustrującą chociażby przemieniających się w kamienie i w kamienie przeobrażanych, kochanków, jak przedstawił urodzony w Czerniowcach, niemieckojęzyczny oraz kultowy poeta żydowskiego pochodzenia:

 

Żyjesz obok mnie, jak ja:
niczym kamień

w zapadniętym policzku nocy.


Kochana, to usypisko
po którym my, obracając się i tocząc
my kamienie,


Od łożyska do strugi.
Coraz krąglejsi.
Bardziej podobni. Bardziej obcy.

 

O, oko nieprzytomne,
które wokół jak my się błąka
i nas niekiedy zdumione
w jedności ogląda.

                                            (Paul Celan [1920-1970]: „Usypisko” (Die Halde); tłum. własne))

 

            Na pewno los samych Ofiar był losem zbiorowym biblijnego Hioba, który jest w chrześcijaństwie uosobieniem niewinnie cierpiącego Chrystusa, niemniej w judaizmie „Hiob znaczy Hiob”, czyli odpowiada on symbolowi  cierpienia i zła; zła, dodajmy, niezbadanego bezdennego, okrutnego, niby tamto rozżarzone słoneczne oko Shoah; zła przypisanego każdej jednostce ludzkiej, bądź odrzucającej ją od Boga, bądź przynaglającej do wpadnięcia w Jego ramiona, napisał w 1980 roku w przedmowie do „Księgi Hioba”( przekład: Czesław Miłosz) Ksiądz Józef Sadzik.


            Na potwierdzenie powyższych słów posłużę się tutaj trzema, w jakimś sensie zatrącającymi o legendę, przykładami, a mianowicie: w samo Święto Dnia Pierwszych Owoców (naszych Zielonych Świąt) kiedy nie jest odmawiana Modlitwa za Zmarłych (kadisz), naprzeciw Starej Bóżnicy na krakowskim Kazimierzu, w samo południe usłyszeć można rozpaczliwy lament jakby żywcem pogrzebanych. Za to w oktawie Zaduszek, i znowu, w tym samym, samiuteńkim miejscu i o tej samej porze, w powietrzu zaczyna wirować zmaltretowany przymrozkiem liść, który w momencie, gdy opadnie na ziemię zamienia się w stareńką, krasnalkowej postury, kobiecinkę. Jej pomarszczona, podobna do pestki moreli twarzyczka spogląda ślepymi źrenicami; patyczkowate rączyny owijają się szczelnie, przypominającymi zetlałą ścierkę, łachmanami, natomiast z wąskiej, na kształt ust, kreseczki, wydobywa się suchy, rozpaczliwy szloch: „Znikąd pomocy, znikąd pomocy, znikąd pomocy…”


             Lecz Sądne Dni także niosą ogromną, bo nie potrafiącą nikogo zawieść Nadzieję, ponieważ współczująco solidarny (ze swym wciąż wybranym Narodem) Bóg wciąż mu (Ludowi) okazuje swoje rozjaśnione i jaśniejące Oblicze, jak to uczynił piszącej niniejsze słowa 5 października 2003 roku w samo Święto Jom Kippur.[1]

 

            A zaczęło się bardzo prozaicznie: po bezskutecznym ratowaniu „przeplombowanego”  zęba, cierpiąca, pomimo Świętej Niedzieli, udałam się do dentysty na ul. Augustiańską.
           Wysiadłszy z busa na Starowiślnej, przejść musiałam przez Kazimierz. Szłam tak pustymi ulicami, między jednym  a drugim deszczem, bezwiednie ewokując ironię zdarzeń, gdy obserwowałam  krzątających się wokół swoich, przeważnie z chińską tandetą, sklepików  nader zapobiegliwych i równocześnie z siebie niezadowolonych  goimów!
           I wtedy niespodziewanie na zupełnie pustej ulicy spotkałam Rebe. Szedł naprzeciw mnie – niczym wyrosły spod ziemi - wysoki i smukły, około trzydziestoletni, wyjątkowej urody Pan, nader wytworny w tym swoim czarnym, z najprzedniejszego materiału uszytym palcie; wokół szyi zamotany śnieżnie biały jedwabny szal, zaś w lewej ręce – rzecz wyjątkowo charakterystyczna – trzymał nie księgę, ale ZWÓJ.
           Choć początkowo w majestatycznym Przechodniu dopatrzyłam się turystycznego pątnika, to momentalnie pomyślałam sobie też o Nim jako personifikacji zapowiedzi Proroka Izajasza: Duch Pański spoczywa na mnie / ponieważ mnie namaścił i posłał mnie, / abym ubogim niósł Dobrą Nowinę, / więźniom głosił wolność, / a niewidomym przejrzenie; (…) abym obwoływał rok łaski od Pana.
            Wówczas spotkały się nasze oczy. Natomiast kiedy ON prześwietlił do głębi moje jestestwo swymi świetlanie szarobłękitnymi źrenicami i jednocześnie prawą (szczupłą i delikatną) dłonią lekko uniósł rondo swojego cylindra w geście pełnego szacunku, pozdrowienia, znieruchomiałam. Myśl pierwsza: pomylił z którąś ze swych znajomych; myśl druga  - TO przecież ON: PAN MÓJ I BÓG, Tożsamy oraz solidarny z WYBRANYM przez Siebie NARODEM, który Go nie przyjął. Mimo to wpierw należy Mu się najpiękniej odkłonić!

            Nie odkłoniłam  (właściwie powinnam była upaść przed Nim na kolana) gdyż pusta i mokra ulica odpowiedziała mi tylko echem mych własnych kroków. Nikt mnie nie mijał, nie nadchodził, nie przeszedł ani nie przechodził.
            W domu spojrzawszy na Oblicze Człowieka z Całunu Turyńskiego, upewniłam się KOGO podczas Dnia Pojednania spotkałam w prastarej żydowskiej dzielnicy Kazimierz królewskiego Miasta Krakowa. I znowu przypomniały mi się już nie tyle słowa Micheasza, co
słowa Jana Pawła II, wypowiedziane jesienią 1980 roku w Moguncji podczas papieskiej pielgrzymki do Republiki Federalnej Niemiec: „Kto spotyka Jezusa Chrystusa, spotyka judaizm”: Szema Israel, Adonaj Elochenu, Adonaj Ehad!

 

II. Czaszka

 

           Znaleziono ją podczas remontu jednego z bloków na wielickim osiedlu Boża Wola, pierwotnie imienia Aleksandra Zawadzkiego[2] jako że pobudowano je w dobie radośnie realnego socjalizmu, aby dopiero po roku 1990 powrócić do wcześniejszej nazwy ulicy i tym samym do miana, zwanego osiedlem, zespołu siedmiu jednopiętrowych domów wielorodzinnych sąsiadujących czy nawet stojących w pobliżu  byłego szybu o identycznej, co dawniej ulica, nazwie.

 

            Gdyby nie nadmierne zagęszczenie mieszkań można by określić je „elitarnym”. Położone w tarasowato wznoszącej się kotlinie, zewsząd otulone zielenią jeszcze do tej pory przypomina nieco zapomniane miasteczko z pogodnych snów, w których zawsze z wielką radością spotyka się naszych wszystkich drogich Zmarłych...

 

            Lecz idylliczność opisanego miejsca bynajmniej nie szła w parze z panującą tam atmosferą sąsiedzkich kontaktów. Zwłaszcza pod tym numerem, gdzie natrafiono na nią podczas osuszania permanentnie zalewanych piwnic.

 

            Relacjonujący  to zdarzenie, Administrator wymienionego osiedla niemal rwał sobie resztki ze swej i tak nader mizernej czupryny. Bo oto w związku z tym makabrycznym odkryciem, prawie pod koniec bardzo mokrego listopada, wciąż fundamenty odsłonięte oraz awanturujący się ze wszystkimi i o wszystko lokatorzy, na korytarzach wszechobecny mokry brud i wreszcie ta - zatrącająca o kryminał  – niespodzianka.

 

            Kiedy jako członek Zarządu mojej Wspólnoty Mieszkaniowej wysłuchawszy tego, co   miał mi do zakomunikowania Pan Administrator (przy okazji podpisywania mu naszych wszystkich koniecznych do realizacji świstków i czeków) i równocześnie pomna na własną dziennikarsko publicystyczną przeszłość, postawiłam Panu inżynierowi parę –  już po trosze przeze mnie zapomnianych -  reporterskich pytań typu:


            położenia czaszki, bo jeżeli zwrócona oczodołami do fasady, czyli umownego wejścia do domostwa, to nie może być mowy o jakimś zatajonym morderstwie, ale posiada ścisły związek z czarną magią.


            Po drugie: czy przypadkiem w pechowym bloku nie wybuchają ni stąd ni zowąd karczemne kłótnie lub inne konflikty?


            Pytanie trzecie dotyczyło zdrowotności mieszkańców feralnego budynku oraz częstotliwości i rodzajów śmierci byłych (pod)najemców.
Żeby wszak oszczędzić Panu Administratorowi niepotrzebnego wytrzeszczu oczu (ze zdumienia i niedowierzania)  jako że on z Wieliczki nie pochodzi, opowiedziałam mu pokrótce historię jego seryjnego miejsca pracy.

 

            „Bolszewickim” względnie „(zd)radzieckim” określał mój Tata „Zawadzkiego”. I to „Zawadzkiego” naprawdę, ponieważ całkiem niedawno na tym około szybowym siedlisku kołysało się zboże i jedynie wznosząca się pod górkę (na poły wiejska) ulica wzięła swoją nazwę od nieczynnego szybu „Boża Wola”. Budowane osiedle dopiero czekało na patrona.
             Niemniej, gdyby status owego honorowego (zależy dla kogo) opiekuna starać się  przełożyć na przekonania jego mieszkańców, to towarzysz Zawadzki przynajmniej połowę z nich zaraz by zesłał na resocjalizację. Tata jednak o tym wówczas nie wiedział.

            Oczywiście oprócz wymienionych lokatorów o nie zawsze prostych i bezpiecznych życiorysach, znaleźli się też inni,  gminno-miejskiej proweniencji politrucy, przed którymi należało mieć się na baczności. I to przypuszczalnie przez któregoś z nich, ktoś mściwie złośliwy zakopał pod stojącym na mokrzyźnie blokiem tę nieszczęsną czaszkę.

            Bo gdy odwołamy się do staropolskich przesądów i zabobonów, to wśród nich znanym powszechnie było zadawanie czarów polegające na przykład na tym, że pod progami domów inkryminowanych osób zakopywano rozmaite paskudztwa[3]. Zdarzało się wszak, iż zeznania torturowanych czarownic nie były jedynie czystą fantazją: protokolant  skrzętnie notował, iż zgodnie ze wskazówkami urocznej baby, pod rozgrzebaną ziemię znajdowano czary, z których środkiem najstraszliwszym był tak zwany kobyli łeb (czaszka końska) czasem cielaka[4]. Z pewnością w sytuacjach ówczesnych ludzka czaszka stanowiła skarb nie do ocenienia, zaś dla erygowanego osiedla im. Aleksandra Zawadzkiego przedmiot ów, mało że (bez)cenny,  to dodatkowo był wtedy stosunkowo łatwy do pozyskania. Łatwy dlatego, gdyż niedaleko szybu Boża Wola, wzdłuż ulicy Sandrowskiej znajdowało się tak zwane getto, informowała w 1992 roku Pani Celina Tadanier uściślając topografię moich cyklicznie sennych koszmarów[5].

            A że czaszka nie bibelot, więc i ten do kogo ona należała miał pełne prawo by domagać się od następnych pokoleń modlitewnej (dla siebie) pamięci. Zwłaszcza od (przypadkowych) znalazców swego cielesnego szczątka. Wobec niniejszego, po długiej oraz nieprzespanej nocy, w dniu następnym  pomaszerowałam do mojego Księdza Proboszcza. Opowiedziałam co miałam do opowiedzenia, po czym zapytałam Monsignore jak należy sformułować mszalną intencję.

 

            W 36 godzin po odprawionej za niego wieczornej Mszy Świętej w parafialnym kościele św. Klemensa Papieża i Męczennika, nad ranem przystanął przede mną z lękliwie nieśmiałym uśmiechem. I stał tak przez chwilę w trudnym do opisania perłowo srebrnym, emanującym łagodnym ciepłem Świetle. Za nim – niczym promienna fototapeta – ściana migotliwie liściastej zieleni. Ubrany w jasno popielate ubranie z jedwabistej popeliny, przez prawe ramię przerzucona marynarka, u idealnie białej koszuli podwinięte rękawy. Leciutki zapach wody kolońskiej No 4711. Krępy.  Przysadziście niskawy. Miły ryżawy blondas o różowej karnacji prosiaczka z cukru.
Powiedział, że jest lekarzem (dokładniej: „doktorem [zapewne wszech]nauk medycznych”). Mieszkał na Podgórzu, w narożnej kamienicy u zbiegu ulic Limanowskiego i Lwowskiej.  Pojawił się w Wieliczce z początkiem lipca 1942, bowiem – podobnie jak inni jego towarzysze współniedoli -  naiwnie sądził, że tu może być ciut bezpieczniej.[6]
Zastrzelił go bez powodu wychodzący z budynku Straży Pożarnej esesman w pochmurnie ciepłe lipcowe, niedzielne przedpołudnie. Doktor w chwili śmierci liczył lat 45.

  

            Konwojowana przez Policję - błogosławionej (czy może bardziej, gdyż za staraniem wierzącej i praktykującej katoliczki - świętej pamięci) czaszka Doktora znalazła się w Zakładzie Medycyny Sądowej krakowskiej Akademii Medycznej. Po przeprowadzeniu stosownych analiz ustalono, iż pochodzi ona z okresu drugiej wojny światowej i należy do mężczyzny w średnim wieku.
Szczęśliwie też zakończył się remont w pechowym bloku. Nawet uspokoili się swarliwi sąsiedzi.

 

[1] Powyższą historię, jedynie w nieco zmienionej wersji opisałam – w wysłanym do „Dziennika Polskiego – wspomnieniu 3 maja 2009 roku. Treść wszelako pozostaje ta sama, zaś wspomnienie nosi tytuł „Najważniejszy dzień w moim życiu”.

[2] Lata życia: 1899-1964; działacz komunistyczny. W PRL-u wpierw wicepremier, później (do śmierci) Przewodniczący Rady Państwa.

[3] Zob.: Bohdan Baranowski: Życie codzienne małego miasteczka w XVII i XVIII wieku. Warszawa 1975. – s. 230 - 231

[4] j.w.

[5] A. Birecka: „Druga jesień” – Refleksje o pamiętnym 27 sierpnia Anno Domini 1942w dawnym galicyjskim mieście Wieliczce… W: „Echo Krakowa” nr 176 z 8. 09. 1992. – s. 9

[6] Pisze Stanisław Gawęda w artykule „Wieliczka pod okupacją niemiecką” (W: „Wieliczka – dzieje miasta”). Kraków 1990. – s.257: „Od końca 1940 roku zaczęli przybywać do Wieliczki  masowo Żydzi z Krakowa, by nie dostać się do organizowanego tam getta, w związku z czym liczba ich stale wzrastała, przekraczając w lipcu 1942 r. 8000 osób”.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

To dziwne, bo nikt w tym tekście nie dopatrzył się ani "ironiczno-szyderczego odcienia", ani tym bardziej nie nadał mu etykietki pt. "rozrywkowe walory".

Nie trzeba było go czytać do końca, nie mówiąc o jakimkolwiek komentowaniu.

Inni, zwłaszcza Ocaleni, po lekturze zaprezentowanej tu prozy, nazwali ją więcej niż empatyczną. No ale to kwestia gustu, obycia w temacie plus innych nie mniej ważnych emocjonalnie etycznych czynników. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

To przychodzi znienacka ;) A myślowych koncepcji mam aż nadto. Oraz własne wewnętrzne (bogate) życie.

Czy może jednak nie należałoby zakończyć tego bicia piany? Oczywiście z pańskiej śliny, bo pana komentarze  to często jak ten zabytkowy pociąg towarowy? ;) 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jest taka zasada: nie rozumiem / nie podoba (mi) się / nie jestem przekonany, więc milczę. Milczenie nie dotyka, nie uraża.

Przepatrzyłam te swoje dwa szkice: cóż publicystyczna eseistyka typowa dla kulturalno-społeczno-literackich tygodników, która nie każdemu się musi podobać i nie każdy ją musi sobie przyswajać. Zaś w moich relacjach: zwykły "Totentanz" z holokaustem w bliższej oraz dalszej perspektywie. Samo życie na tyle jednak okrutne, że przyschniętych ran raczej nie powinno się na nowo drapać jak uczynił to pan w swoim komentarzu.

A wystarczyło tego pisania nie zauważyć.  

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...