Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Spojrzenie 

[...]To miało być zwyczajne, nudne przyjęcie, jakich dziesiątki doświadczył, będąc dzieckiem. Tym razem organizowała je ciocia Róża – tęga niewiasta w nieokreślonym wieku. 
[...]Wraz z nim dorastały inne dzieciaki licznej rodziny. Kiedyś byli jednakowi - czyści przy wejściu, ale już po chwili ich umorusane twarze wypełniały wszelkie zakamarki. Na przemian tłukli się i podawali z rąk do rąk co ciekawsze zdobyczne okazy. 
[...]Przez ostatnie kilka lat udawało mu się wymigiwać od zachwyconych uwag cioć i wujków: 
[...]– Jak ty dorosłeś, zmężniałeś. 
[...]Paweł puszczał mimo uszu te formułki, które jak bagaż obarczały kolejne ofiary dorosłych zachwytów. Kiedy jednak usłyszał: 
[...]- To już prawdziwa panna na wydaniu – odruchowo spojrzał w stronę osoby, do której odnosiły się te nieco inne słowa… 
[...]Kierowane były do pięknej dziewczyny o kasztanowych włosach. Zwykle, jak pamiętał, nosiła proste, rozpuszczone. Tym razem burza loków spływała po odsłoniętych ramionach na plecy. Gdyby tu był Kazik, to po pokoju rozlałby się strumień cuchnących wulgaryzmów: 
[...]- Ale dupa! Jej cycki chyba nie zmieściłyby się w dłoniach. - Później zapewne by dodał: 
[...]- Zerżnąłbym ją tu i teraz, na oczach tych wszystkich rozdziawionych gęb. 
[...]Mimowolnie, przez częste przebywanie z Kazikiem, Paweł schamiał i stał się mu podobny, ale wewnętrznie czuł się inny. 
[...]Anna – później dowiedział się, że tak ma na imię – przez chwilę zatrzymała na nim uważny wzrok. Wiedział, że podoba się dziewczynom, ale zwykle były to dziewczyny na jedną chwilę, noc, jeden nic nie znaczący epizod. Zaskoczyła go krótkim: 
[...]– Chodź. 
[...]Wymknęli się z dusznych pomieszczeń rodzinnego gwaru. Mieszkała trzy przecznice od domu ciotki Róży. Wtedy pomyślał: banał. Zdecydowanie otworzyła drzwi mieszkania na trzecim piętrze. 
[...]Zapewne zaraz, jak to zwykle bywało, rzuci się na nią i będą się tarzać po pokojach, odurzeni zwierzęcą żądzą i alkoholem. Nie padały jednak słowa ani strzępy ubrań. Wesoło pogwizdywał staromodny czajnik. Półmrok rozświetlało coraz więcej świetlików, które rozstawiała na meblach. Był oszołomiony, ale nie tanim winem, co powtarzało się w takich sytuacjach. Zapachami przesiąknięta była dziewczyna i mieszkanie. 
[...]Rozebrała go powoli, lustrując odsłaniane fragmenty młodego ciała. W końcu stał przed nią obnażony z wszelkich póz i masek. Nie musiał grać. Ta dziewczyna przeniknęłaby przez nie, więc nawet nie starał się udawać. Zazwyczaj pysznił się nagością, wiedząc jakie robi wrażenie. Tym razem był onieśmielony. 
[...]Anna nie chciała przedłużać speszonych chwil. Tańczyła w rytm muzyki, która wydobywała się nie wiadomo skąd. Tak był zapatrzony w jej motyle ruchy, że nawet nie dostrzegł, kiedy pozbyła się sukienki i tajemnic. Stopniowo upijała go sobą, nastrojem i tańcem. 
[...]- Chodź do mnie. - Dziewczyna wyciągnęła ręce w zapraszającym geście. Wszystko w niej mówiło: a ty mnie na wyspy szczęśliwe zabierz. Poddał się chwili i może to sprawiło, że dostrzegł rozwiane przybrzeżnym wiatrem włosy. 
[...]Podszedł, lecz i tym razem palce poczuły tylko namiastkę pieszczoty. Jakże to wszystko było inne: strumienie wody, zapachowa pianka, dokładne przecieranie każdego zakamarka, tak jakby ich ciała nie widziały wody od tygodni. Nareszcie ją dotknął i rozdotykał się jak pianista głaszczący muzykę. Tylko oczom nie mógł się przyjrzeć. Znacznie później przyznała się, że tylko w ten sposób mogła widzieć to, czego nawet sam nie był świadomy. 
[...]Kiedy spłukali resztki nieobecnego brudu Paweł uniósł Annę. Bose stopy pozostawiały mokre ślady. Jakże całował – namiętnie i słodko. 
[...]Nad ranem odszedł. 
[...]Upojona pozostawionym przez niego zapachem nie sądziła, że wróci, a jednak wieczór przyniósł zakłopotany uścisk i naprędce zrzucane ubrania. 
[...]- Pawle – jakby nie do siebie brał dźwięk wymawianego imienia – podaj mi Małego Księcia. Leży na środkowej półce. 
[...]Odtąd żyli w trójkącie: Anna, Paweł i Mały Książę. Szczególnie kontakt z tym trzecim pomagał w Pawle wymazywać język ulicy. Wkraczał w nieznane. Zapominał o zaciśniętych pięściach. 
[...]Anna jeszcze długo nie była pewna, nie wiedziała, na co może liczyć. Czy uda jej się wyplątać motyla z cierni. Cierpliwie upajała go nastrojem, a codzienna kąpiel rozprawiała się ze starymi zwyczajami. Najtrudniej przychodziło jej uleczyć chore myśli Pawła, rozchylić zaciśnięte pięści, które potrafiłyby zabić. 

O świcie 

[...]Paweł instynktownie lgnął do ciepła, nie jak ćma zagrożona spaleniem w płomieniu świecy, a bardziej jak jaszczurka szukająca nagrzanego kamienia. Od kiedy poznał Annę, próbował zdefiniować to coś nieznanego, co sprawiło, że wrócił do niej. Zwykle w takich okolicznościach nie wracał i teraz także nie był pewien, czy powinien. Cofał się do chłopięcych lat i nie uzyskiwał odpowiedzi. 
[...]Rodzice pracowali ciężko i bezsensownie. Pomimo, że i tak żyło mu się lepiej od rówieśników, to zazdrościł im rowerowych wypadów w nieznane czy spacerów po parkowych alejkach. Czuł się trybem dobrze funkcjonującej maszyny, bezdusznej i bezuczuciowo wtłoczonej w codzienność. Dzięki ojcu i matce uzyskał niezależność potwierdzoną certyfikatem wyższej uczelni. Paradoksalnie fakt, że był pierwszym inżynierem w rodzinie, wyobcował go intelektualnie i wyprowadził poza ramy wiecznie szarych ścian. 
[...]Nowy byt kształtował świadomość Pawła, ale bardziej koledzy tacy jak Kazik, którzy skłonili go do powierzchownego traktowania życia. Nic w nim nie miało wartości, nic nie było trwałe i godne zachowania do jutra. Dotyczyło to nie tylko rzeczy, ale bardziej ludzi, a zwłaszcza dziewczyn. Rozstawiał pionki na szachownicy i tylko naprzemienność biało-czarnych pól była regułą. Toczył gry, lecz często po jednym zamaszystym ruchu mógł tylko oglądać pustą, dwukolorową powierzchnię. Przez chwilę czuł się dobrze. Pozbycie się z pola widzenia jazgotu i bzdur wypełniających czyjeś dążenia do czegoś było jak balsam. Jednak czuł, że poza tym, co znał, jest jeszcze inny, bardziej wysublimowany świat. 
[...]Uciekał od myśli, lecz te dopadały go najczęściej nad ranem. Świt ubierał w kształt wtuloną Annę. To ona z całą pewnością dokonała wyboru, a on nieświadomy struktury dna skoczył na główkę w przyciągającą toń. Nie utopił się tylko dzięki jej cierpliwości i temu, co nazywała miłością. To nie miało prawa się zdarzyć, bo nie da się bezkarnie pogodzić dwóch przeciwstawnych żywiołów. Jednak była tuż obok naga, piękna i z warkoczykiem zaplatanym jego niezgrabnymi palcami. 
[...]Lubił budzić się za sprawą wewnętrznego zegara, na chwilę przed tym, jak kontur śpiącej dziewczyny wyłoni się z mroku. Ubrana w zwiewną koszulkę jego zachwytu śniła, być może o nim. Kiedy lekki uśmiech ledwo zarysowywał się w kącikach ust, wiedział, że obcuje z Pawłem, jakiego dostrzegała pod siermiężną powłoką. Czule gładził ją wtedy, chcąc dopomóc sennej zjawie. Mógłby podszyć się po śnionego, a Anna zapewne nie broniłaby śmiałych pieszczot. Nie potrafił, już nie potrafił być taki, jakim wielokrotnie zdarzało mu się być z przypadkowymi dziewczynami o szybko zapominanych imionach. 
[...]Śmieszyło go przelotne porównanie do pana Hyde, którego zabił w nim doktor Jekyll. To było absurdalne, bo nigdy nie czuł się tak odrażająco zły. 
[...]- Kocham cię, Anno. – To czego nie potrafił wypowiedzieć, gdy spoglądała wyczekująco, teraz stawało się naturalne. – Kocham cię – powtarzał Paweł, jakby chciał się upić znaczeniem wypowiadanych słów. 
[...]Zapewne przyjdzie taki dzień, że Anna usłyszy to, co mówi każdy jego gest i każde spojrzenie. Nie potrafił się przemóc, gdyż zbyt często brukał te piękne słowa dla taniego efektu. Była cierpliwa, była wręcz niezachwiana w tym, co robi, chociaż nie potrafił wytłumaczyć sobie przyczyn takiego zachowania. 
[...]Wymknął się z łóżka. Właściwie wystarczyłoby, gdyby przyniósł pachnącą kawę. Kawa potrafiła rozchylić zasłony najtrwalszego snu. Stawała się światłem księżyca, pod wpływem którego lunatyk rozpoczyna swoją bezwiedną podróż. Tym razem jednak chciał dać jej coś więcej. Wiedział, że nawet jeśli nie powie, to pomyśli, że jest zbyt wcześnie, ale także był świadom, że nie oprze się dobrze wyrośniętemu omletowi z dżemem morelowym. 
[...]Zamknął się w kuchni, aby Annę zbyt szybko nie obudziły odgłosy ubijanego na pianę białka. Nigdy nie czytał jak smaży się omlety. Zapewne robił je w zabawny, męski sposób i ta niepewność peszyła go, gdy ktoś patrzył. Nigdy mu nie „siadł”, pomimo że wyrośnięty na parę centymetrów i bez dodatku proszku do pieczenia, to nigdy nie przyniósł mu wstydu. Kiedy przyglądał się równo przyrumienionym powierzchniom, przy melodii pomrukującego czajnika, usłyszał zamykane drzwi łazienki - zdążył. 
[...]- Smacznego najdroższa. – Paweł przyłożył palec do ust. – Ciiiii, nic nie mów, tylko zajadaj, póki gorący. 
[...]Nie potrafił sobie wyobrazić piękniejszego początku dnia. Jedli i pili powoli, aby się nie poparzyć, a spojrzenia delektowały się nie tylko prostą potrawą. Poranek był pod znakiem zapachów: omletu, kawy i… Anny, która zdążyła rozbudzić nostalgicznego Grzegorza Turnaua. Ciekawskie słońce zaglądało do pokoju, a ptaki, jakby to dawniej powiedział, „darły dzioby”. 

Cioteczka Róża 

[...]Rodzice Anny byli znajomymi cioci Róży i tylko zbieg okoliczności sprawił, że młoda dziewczyna, właśnie tego dnia, znalazła się w podniszczonej willi staruszki. Tam wpadł jej w oko pewien przystojniak. 
[...]Mijały dni, potem tygodnie. Anna i Paweł wybiegali myślami w przyszłość. Zmieniali się, tylko ciocia Róża pozostawała niezmienna i wyjątkowa. Chętnie spędzali ze starszą panią wolne chwile. Przyjeżdżali do ogromnej willi, gdzie mieszkała ona i przypadek, który ich połączył. 
[...]- Witajcie dzieci. - Ogromnie cieszyła się, gdy przychodzili. 
[...]- Kiedy idziemy na bal, cioteczko? – żartował Paweł. Brał ją w ramiona i inicjował kroki walca. 
[...]- Nie wiem, czy jeszcze podołałabym – poważnie odpowiadała Róża. – Ej, ty zalotniku! Nawet starej zawrócisz w głowie, a co dopiero takiej romantycznej dziewczynie jak Anna - rzuciła zazdrośnie wpatrzona w rywalkę do tańca. 
[...]- Napijecie się kawy? Mam upieczone ciasteczka - kusiła. 
[...]Ciocia Róża była mistrzynią parzenia kawy, wypieków i właściwie wszystkiego, czego się dotknęła. Pochodziła z Lwowa. Mieli tam dom, może nie tak duży jak ten, ale jednak wyróżniający się w dzielnicy. Wielu znajomych nie wyjechało do Polski. Róża często ich odwiedzała. Przywoziła złoto i drobiazgi, które sprzedawała z zyskiem. Tam również kupiła maszyny do robienia swetrów, jedno i dwupłytowe. Miała do tego dryg i zmysł plastyczny, dzięki któremu wyczarowywała unikalne wzory. Zamówienia od licznej rodziny, znajomych, a z czasem od obcych ludzi, wypełniały jej pracowicie dni. 
[...]Paweł, już jako dziecko, spędzał wiele wieczorów w oszklonej werandzie zaadaptowanej na warsztat. Początkowo była to zabawa. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w równo zwijane motki, pęczniejące na drewnianym kołowrotku. Z czasem była to praca, ciężka praca, za którą nigdy nie usłyszał: Dziękuję. 
[...]Ciocia Róża robiła także doskonałe wina. Szczególnie zasłynęła w rodzinie z leczniczych win: z dzikiej róży i czarnego bzu. Na rodzinnych imprezach cieszyły się dużym powodzeniem. Wiązała się z nimi pewna tajemnica Pawła. Jako czternastolatek został poproszony o uzupełnianie wina w karafkach. Schodził do piwniczki i wężykiem ściągał je z dużych butli, w których leżakowały. Podczas każdej wizyty parę łyków smacznego trunku znikało w ustach Pawła. Pod koniec imprezy ledwo trzymał się na nogach. Bolesna to była nauczka i bardzo dłużyła mu się noc spędzona nad wanną. 
[...]Kiedy Paweł chwycił dłoń cioci, lekko się wzdrygnął. Powykręcane reumatyzmem palce w niczym nie przypominały zgrabnych paluszków, które potrafiły tworzyć cuda. Przeniknął go wewnętrzny smutek. 
[...]Wkrótce Anna i Paweł wrócili do swojego odnowionego gniazdka. Bardzo szybko zrobiło się przytulnie. Świeży nabytek – kominek - rozgadał się do nich językami ognia. Nie byli głodni, gdyż Róża zawsze była przygotowana na nieoczekiwanych gości. Nawet wtedy, gdy ktoś ją zaskoczył, to z niczego, w parę chwil, wyczarowywała pyszny obiad. Na nic zdałby się sprzeciw, bo w starym domu obowiązywały jeszcze starsze zwyczaje, aby głodnych nakarmić, a spragnionych napoić. 
Paweł, przy lampce wina, jeszcze długo opowiadał Annie anegdoty o cioteczce Róży. 
[...]Róża była wdową. Stare fotografie ukazywały śliczną dziewczynę z długim warkoczem sięgającym bioder. Nie mogła opędzić się od chłopaków, ale na nic były ich zabiegi, od kiedy poznała Staszka. Zaledwie parę lat nacieszyli się sobą. Pewnego dnia niepokój obudził ją o świcie. Po ulicach jeździły czerwone tramwaje z pootwieranymi drzwiami. Kiedy Staszek wracał z nocnej zmiany, jeden z nich właśnie odjeżdżał z przystanku. Młody, wysportowany mężczyzna nie miał kłopotu, aby dobiec do ruszającego pojazdu. Niestety pośliznął się na wystającym stopniu i nieszczęśliwie wpadł pod stalowe koła. Zginął na miejscu. Róża na długie lata wyzbyła się uśmiechu, a spojrzeń na innych mężczyzn – na zawsze. 
[...]- Pawełku... Obiecaj, że mnie nie opuścisz. - Spojrzała z troską. 

Z Różą w tle 

[...]Wieczór wyróżniał się spośród tych ze wspólnego kalendarza. Może sprawiła to urocza staruszka, która gościła Annę i Pawła z wylewną serdecznością. Wizyta była zwyczajna, jednak tym razem Róża nie spuszczała z nich wzroku. Zachłannie karmiła się każdym przejawem czułości, jaki obserwowała u młodej pary. Była wtedy nieobecna, jakby powracała pamięcią do młodych, szalonych lat. W powrotnej drodze kupili szampana, a właściwie wino musujące. Prawdziwego szampana z francuskich winnic dostali od przyjaciół i postanowili go otworzyć dopiero w piątą rocznicę pierwszego pocałunku. 
[...]Anna przytrzymała rękę Pawła, gdy chciał nacisnąć włącznik światła. W ciemności zachowywała się jak kot, bez trudu znalazła świece i zapałki. Po chwili migoczące świetliki rozbrykały się po ścianach. W świecznik wstawiła ogarki, co doskonale wpisało się w nastrój. Fajansowa para, spleciona w miłosnym uścisku, wyrażała emocje, które udzieliły się zakochanym. Po chwili drobinki światła migotały w całym domu. Napuszczana do wanny woda wydawała pomruki zachęcające do kąpieli. 
[...]Łazienka była dla Pawła zawsze tylko przystankiem na drodze dokądś. Wpadał do niej na chwilę, by wziąć prysznic, ogolić się, czy też otrzeźwieć, albo spłukać pamięć po nocy, która niewarta była kolejnej. Gdyby ktoś zapytał go: - Jak wygląda to ustronie w twoim domu? - zapewne miałby trudności z opowiedzeniem szczegółów. Przypuszczalnie nie zauważyłby zmian dokonanych pod jego nieobecność. U Anny łazienka była drugim salonem. Wymuskane gładzie kafelek, lustra i fantazyjna wanna przypominały bardziej rzymskie łaźnie Cezara, niż przybytek czystości w bloku z wielkiej płyty. Każdy szczegół wskazywał, że spędzała tu długie, relaksacyjne godziny. 
[...]Zmęczenie powoli szykowało się do odejścia. Na puszysty dywanik opadła najpierw sukienka Anny, a po niej koronkowe śliczności. Bardzo lubiła, jak brał ją wtedy na ręce i powoli opuszczał w spienioną toń ciepłej kąpieli. Zamknęła oczy i po chwili poczuła, jak jej wybranek wypełnił pozostawione mu miejsce. W tle słyszeli szum lasu, świergot ptaków. Dwie lampki złocistego trunku wabiły podniebienia. 
[...]- Zauważyłeś, że Róża nie mogła dzisiaj oderwać od nas wzroku? – zapytała Anna. – Pamiętam taką opowieść: "dziewczyna zgubiła w strumieniu pierścień od narzeczonego. Szukali go w każdej wolnej chwil. Mijały tygodnie, lata. Posiwiały czarne włosy chłopaka, sylwetki im się przygarbiły, jednak nie tracili nadziei. Któregoś dnia chłopiec odnalazł pierścień. Szczęśliwy, nałożył go dziewczynie, a właściwie staruszce, w którą przeobraziła się po latach poszukiwań. W momencie, gdy odnaleziony pierścień znalazł się na palcu ukochanej, stracone lata cofnęły się i znów młody chłopiec klęczał, jak kiedyś, u stóp pięknej dziewczyny". 
[...]- Wiesz, Pawełku, nasza Róża także szuka cały czas pierścienia, który przywróci miniony czas i odda jej Staszka. 

Dwa tysiące trzysta kilometrów 

[...]Wszystko było inne, odkąd wspólnie zamieszkali. Razem wpisywało się złotymi zgłoskami w uspokojone dni i szalone noce. 
[...]– Aniu – Paweł niezwykle poważnie mówił, ale z dużą dozą tkliwości. – Dajesz mi więcej, niż mógłbym zamarzyć. 
[...]Czuła to od dawna. Każdy błysk w piwnych oczach, ciepłe spojrzenie, przekonywały ją o prawdziwości, wypowiedzianych po raz pierwszy, słów. 
[...]Któregoś tygodnia weekend rozpoczął się wyjątkowo w piątek przed południem, gdy Anna wróciła wcześniej z pracy. Paweł na jej widok rzucił z tajemniczym uśmiechem: 
[...]- Masz dziesięć minut, aby przygotować się do wyjazdu. - Po pięciu byli już w samochodzie i mknęli w nieznane. 
[...]Zmieniały się widoki zza okien. Po chwili góry zaglądały im przez szyby. – Vítejte! – brzmiało na każdym zakręcie drogi. Pierwszym przystankiem był Mikulov. Stare zamczysko skusiło do zatrzymania. Nie wierzyli, że zdążą, ale chyba duchy starych murów przytrzymały klucznika za ręce i młodzi mogli wejść w atmosferę wieków. Tylko ciepło płynące z dłoni Pawła mogło sprawić, że Anna nie bała się, gdy rozwianymi włosami bawiły się półprzeźroczyste postacie w dostojnych komnatach. Ze wzgórza widać było panoramę okolic, na które Napoleon Bonaparte spoglądał po bitwie pod Austerlitz. 
[...]- Na shledanou – dochodziło z pobliskich domów. 
[...]Pałac Schönbrunn pojawił się nagle i pomimo twardego: Willkommen, przywitał ich serdecznie. Nie patrzyli na mapę, a jednak ten kluczowy punkt wiedeńskiej przygody, jako pierwszy, rozwarł przed nimi ramiona zieleni przy wjeździe do miasta. Niezwykły wieczór w kwiatowych labiryntach ogrodów francuskich obfitował we wstrzymany oddech i pocałunki przy fontannie Neptuna. Weszli na wzniesienie i zachłysnęli się panoramą miasta muzyki i niezapomnianych: Józefa Haydna, Wolfganga Amadeusza Mozarta i Ludwiga van Beethovena, a w dole pysznił się wielkością monument pamiętający cesarza Franciszka Józefa. Zachodzące słońce przystanęło na kasztanowych włosach Anny i zapewne zachód opóźniłby się, gdyby nie zeszli ze wzgórza i nie pojechali w noc, która otworzyła przed nimi, zdobione cekinami, poły płaszcza. 
[...]Najczęściej w podróży towarzyszyło im milczenie, ale bezsłowia były niezwykle wymowne i rozgadane. Opowieściom nie było końca. Cielesne powłoki przenikały epizody i odczucia. Umykały kilometry i kolejne granice. Anna bała się, nigdy, z nikim nie przemierzała takich odległości. Była podniecona sytuacją, ale i zmartwiona, czy zdoła upilnować kierowcę przed zaśnięciem. Kiedy samochód zaczął tańczyć po szosie, w upiornym tańcu, zbuntowała się i zjechali na parking. Paweł resztką świadomości opadł na jej kolana. Pogładziła bujną czuprynę i ukołysana równym oddechem także zasnęła. 
[...]Obudzili się po dwóch godzinach. Pognały ich dalej tajemnicze iskierki w oczach ukochanego mężczyzny. Roje świetlików rozjaśniły drogę. Nad ranem sterczące postacie olbrzymów kąpały się w przedświcie. Nagle złocista poświata wspięła się ponad wierzchołki. Dziewczyna nigdy nie była w Alpach i taki widok wstrzymał jej oddech i wywołał zachwyt. Paweł czuł jak palce Anny wpijały się w jego dłoń w momentach, gdy złoto spływało po ośnieżonych stokach. 
[...]Do Wenecji dojechali, kiedy leniwie rozstawiała stragany. Obcojęzyczne nazwy i porcelanowe cudeńka z Murano stanowiły preludium wyspiarskiej przygody. Canal Grande wypisywał na wodzie:Buongiorno, a rozciągnięty nad nim Most Rialto przyciągał wzrok. Wyobraźnia wpisywała w wielowiekowe pałace kolorowo odziane postacie. Nie wierzyli, że tu są, a ich uśmiechy, jak karnawałowe maski, odkłaniały się gondolierom, licznym kanałom, mijanym łodziom i statkom z turystami. Poranne słońce odbijało się w oknach pałaców i kamieniczek. Pałac Dożów, Plac i Bazylika Św. Marka, strzeżone przez skrzydlate lwy, zapisały się niezapomnianymi obrazami, kapiącymi bogactwem. Aby zobaczyć z bliska rumaki Lizypa, Anna musiała przysłonić chustą miejsce, w którym wielokrotnie, bez pamięci tonął oddech Pawła, a jego pocałunki szroniły jędrne wzniesienia. Potem było Lido i Adriatyk rozciągający się pomiędzy kolorowymi parasolami. Anna nie mogła powstrzymać się od śmiechu, gdy Paweł opowiedział jej o przygodzie na tej nadmorskiej plaży. 
[...]Jego pierwsze spotkanie z kurortem, przyległym do laguny, wiązało się z wyjazdem służbowym do Włoch. Nieświadom zbliżającego się upału, zaparkował samochód na dachu wielopiętrowego parkingu. W tym dniu także popłynął na Lido. Była to już ostatnia porcja wrażeń, którą zaserwował sobie pod koniec samotnego zwiedzania Wenecji. Adriatyk był słony, jakaś wewnętrzna konieczność kierowała jego ręką, która zaczerpnęła wodę. Oddalił się od ludzkiego mrowia, aby całym, nieosłoniętym ciałem poczuć chłód fal. Nie chciał wracać. Przysiągłby, że to syrenie głosy zatrzymywały go w wybranym miejscu. Prawie tysiąc czekających go kilometrów, a także promienie słońca, które powoli chowały się za wieżycami kościołów niedalekiej Wenecji, skłoniły go do ubrania się i wyruszenia w powrotną drogę. Boleśnie wtedy zrozumiał, dlaczego na adriatyckich plażach rozstawione są prysznice, z których nie skorzystał. Sól wyżerała mu ciało. Po chwili nie potrafiłby wyrzec się kowbojskich korzeni. Chodził tak, jakby dopiero co zsiadł z wierzchowca po całodziennym przepędzaniu stada na prerii. Po powrocie do samochodu w osłupienie wprawiła go kaseta magnetofonowa powykręcana od nadmiernej temperatury. 
[...]Pojechali dalej, aby wieczór spędzić w Weronie. Chłonęli wieki. Tak można by powiedzieć o pobycie wśród austriacko-włoskich atrakcji. Na Piazza Bra, wyborna lasagne bolognese przypomniała im, że syci wrażeń zapominali o ciałach. Spod parasola przyglądali się tłumom, oczekującym na wejście do Areny na spektakl operowy. 
Chyba ręka Giulietty zaprowadziła zakochanych na via Cappello 23. Nie musieli wzdychać, odgrywać słynnej sceny balkonowej, a także gładzić piersi brązowego posągu dziewczyny dłuta Nereo Costantiniego, gdyż szczęście, które inni chcieli przywołać głaśnięciem, im towarzyszyło od pamiętnego spotkania u cioteczki Róży. 
[...]- Arrivederci – szeptały, poprzecinane długimi cieniami gaje oliwne. 
[...]Kolejna noc w samochodzie nie była już taka cicha. Anna dzieliła się wrażeniami pozbieranymi na ciasnych uliczkach Wenecji. Odrzucone w kąt buciki współczuły opuchniętym stopom. Zaledwie dotknęli Wenecji - miasta zbudowanego na wodzie, ale zdążyli zauważyć, jak fale upominają się o zabrane terytoria, żłobiąc słonymi pazurami stare mury. 
[...]- Guten Morgen – tak przywitała ich, wraz ze wschodzącym słońcem, malownicza Norymberga. Ciekawość poprowadziła młodych, po pustych uliczkach „przeraźliwie” czystego miasta, do górującego nad okolicą zamku. Monumentalny kompleks trzech budowli, składający się z zamku cesarskiego (Kaiserburg), zamku burgrabiego (Burggrafenburg) i zamku miejskiego (Stadtburg), rozpoczął wsączać kolejną opowieść w wygłodniałe umysły zwariowanej pary jak natchniony przewodnik. Na jednej z uliczek odbudowanego miasta spotkali Albrechta Dürera, który ze swojej kamienicy pokłonił się im nisko. 
[...]Czekająca przygoda nie pozwalała tracić czasu na posiłki. Co prawda włoskie cornetti nijak się miały do niemieckiej tradycji, ale Anna karmiła nimi Pawła w podróży do Drezna. Pośród monumentalnych budowli, kończyły się plany weekendowej podróży. 
[...]Pogodę zamówił w sklepie internetowym, na kilka dni przed szaloną podróżą. Sprzedawcy zapewniali, że mają certyfikaty jakości i dostarczyli ją kurierem, starannie opakowaną, aby nie uległa uszkodzeniu, w przeddzień realizacji eskapady. 
[...]W brązowiejącej opaleniźnie przeglądało się kolejne zachodzące słońce. Nie mieli już siły, ale starali się zapamiętać jak najwięcej obrazów, obiecując sobie, że wrócą, aby rzetelnie pozaglądać w każdy zakamarek starego miasta. Pozostałe resztki zachwytu osiadały na mijanych budowlach. Gdzieniegdzie rozrzucali je jak ziarno wygłodniałym gołębiom. Kiedy ich pamięci pozapełniały się i nie przyjęłyby już ani jednego dodatkowego wrażenia, usiedli na bulwarze nad Łabą. 
[...]Pawłem targały mieszane odczucia. Z jednej strony był szczęśliwy, patrząc w roziskrzone oczy Anny, a z drugiej z niepokojem patrzył na coraz większe zmęczenie widoczne na wątłej postaci dziewczyny. 
[...]- Pawełku, kiedyś opowiem ci o oceanach wrażeń, które miotały, w tych dniach, łupiną mojej wrażliwości na piękno. Zapewniam cię, że podziękuję, jak najlepiej będę potrafiła, za tą podróż szalejących migawek, ale to kiedyś… 
[...]Nie spodziewał się takiego finału podróży. Rozczulony wziął śpiącą Annę na ręce i zaniósł do stojącego opodal samochodu. W czasie nocnej jazdy wzruszenie sennym pomrukiwaniem dziewczyny odganiało zmęczenie. 
[...]- Dzień dobry – jakże swojskie skowronki radośnie oznajmiły świt. 

Anna 

[...]Ponieważ Paweł odciął się od imprez i przypadkowości kolejnych dni, to nie uszło to uwadze kolegów. 
[...]- Wiesz stary, zachowujesz się jak „matrona” u schyłku życia – niejednokrotnie padało pod jego adresem. 
[...]- Jeśli wymienisz kilka cech Anki, poza zgrabnym tyłkiem i czymś tam jeszcze, to damy ci spokój. – Tu przymykali oko i z rozmarzeniem otwierali puste dłonie. 
[...]Zastanawiał się co odpowiedzieć na te niewybredne zaczepki. Co takiego było w dziewczynie, czego nie miały tysiące innych? Patrząc z boku była nijaka. Wyciszona szara myszka, bez krzykliwego makijażu i ubrań wyzywająco podkreślających kształty. Gdyby wiedzieli… Tu dopiero byłyby cmokania kumpli, co to już niejedno, a właściwiej – niejedną widzieli. Anna w towarzystwie pozostawała z boku, jednak bystre oczy zapisywały każde wypowiadane słowo. Ożywiała się u Róży, tam czuła się bezpieczna, wiedziała, że nie popełni gafy, a nawet jeżeli, to nie będzie źle zrozumiana. 
[...]Kiedyś zaskoczonym chłopakom odpowiedział: 
[...]- Nie mam dziewczyny, bo takich kobiet nie ma. Anna nie ma racji bytu, a jeśli tak, to po prostu nie istnieje – odpowiedzią był śmiech, ale wyczuwał w nim zazdrość pomieszaną z niedowierzaniem. 
[...]Jaka była? – Czuła, zgrabna, inteligentna, wyrozumiała, konsekwentna, czysta, oczytana. - Myśli podpowiadały mu, z szybkością strzałów karabinowych, kolejne cechy. To wszystko nie to, to byłby banał. 
[...]Anna była ciszą. Po jazgocie przeszłości, po sponiewieranych chwilach, pełnych potoków przypadkowych i nic nie znaczących słów, wpadł w objęcia ciszy. Każde wypowiadane słowo nie zaburzało milczenia, jak śpiew skowronków czy szum wiatru nie zaburzają ciszy łanów zboża powplatanych w milczące krajobrazy. Może Anna była tylko wytworem jego wyobraźni spragnionej ciepła? Mocno sfatygowany Mały Książę, leżący na półce, podpowiadał jeszcze ciekawsze źródła istnienia Anny. Czy miłość może aż tak zaślepiać, że nie potrafi znaleźć minusów w tej idealnej postaci? 
[...]- Przecież takich kobiet nie ma – powracają echem słowa, odbijane od ścian czy słuchających. 
[...]Jednak istniała. Nawet, kiedy nie wypełniała pobliskiej przestrzeni, czuł jej obecność, dotyk, zapach włosów, czy mógł uzyskać odpowiedzi na dręczące pytania. Przeniosła go w inny wymiar rzeczywistości. Bezszelestnie wpisała w obrys świata jawiącego się, dla innych, mirażem. 
[...]- Idealizujesz mnie, Pawełku – często odpowiadała, rozbawiona, na jego maślane oczy. 
[...]Widział, że było jej przyjemnie, chociaż wyczuwał lekkie zakłopotanie w głosie. 
[...]Byli jak fatamorgana, bajkami z tysiąca i jednej nocy. Pomimo, że czuli nad głową, podobni Szeherezadzie, chłodną i ostrą stal brutalnej codzienności, to zatracali się w tworzonych fikcjach, wpisani w odległe lądy, w syreni śpiew, jak i w ułudę nierealnych osób i miejsc. Znamiennym stawał się fakt, że to oni rozpływali się przed patrzącymi oczami przy każdej próbie zrozumienia. Dla przenikliwych spojrzeń jawili się bajką. Nie mieli prawa istnieć w tak wyidealizowanej postaci, a jednak nie tylko wpisywali się w dzisiaj, ale przywoływali jutro i pojutrze. 
[...]Paweł nie miał ochoty opuszczać meandrów nierealności, w jakich utkwił od pamiętnego spotkania u cioteczki Róży. Dotykał, pieścił, przenikał i wnikał w zwariowane chwile, dostarczające mu jeszcze bardziej szalonych inspiracji, jak weekendowa podróż przez cztery granice. Pozostały po niej miliony zapisanych w pamięci obrazów, stanowiących tło wielu ożywionych rozmów, czy rozmarzonego milczenia. 
[...]- Takich kobiet nie ma, nie ma, nie ma… - echo przekrzykiwało dźwięk trącanych kieliszków z winem i strumieni wody, niknących w spienionej kąpieli.

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Nie jestem polonistką ani językoznawcą zatem nie użyję fachowych określeń dla  skomentowania tego co napisałeś.

Dla mnie jest to całkiem dobry kawałeczek prozy. Temat sam w sobie może nie jest odkrywczy, mało kto nie pisał  o relacjach damsko-męskich  ale ubrałeś to tak subtelnie, że przeczytałam z przyjemnością.

 

Pozdrawiam :)

Bożena

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

To miłe Bożenko, zwłaszcza, że był to mój debiut prozatorski. Jestem świadom, że jako naturszczyk mogłem popełnić wiele błędów technicznych, ale wydawało mi się, że miałem coś do powiedzenia i napisałem to najlepiej jak potrafiłem. :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Leona okrutnie smutne... i bolesne. Ufam, że PL ma się dobrze, naprawdę.
    • Moją równowagą jest smutek  Moją powagą jest smutek Moją prostotą jest smutek    Taki niski   Kiedyś w złych sytuacjach bardzo chciałem być radosny    Są antydepresanty  Ale nie ma tabletek na wywoływanie płaczu    Nie rozumiem tego a to dużo mówi    Ta złość która żyje we mnie musi odejść  Ta frustracja  Ta niezgoda    Ostatnio smutek nawiedził mnie w romantycznym okresie mojego życia młodości  Byłem outsiderem    Teraz smutek przychodzi do nienawiści, jakby przywołany przez nienawiść    Jest, mam wrażenie tyle nieodkrytych sfer w moim odczuwaniu    Po kolei, było tak: nienawiść potem bunt i złość, potem użalanie się nad sobą i bycie ofiarą   Potem destrukcja, potem znowu złość i cierpienie    Teraz poddanie się i smutek.   Najpiękniejszy, najdelikatniejszy on nie stwarza fałszu, on mi pokazuje prawdę taką jaką jest , wybacza zamiast karać.   A gdzie jest teraz sumienie i wewnętrzny krytyk?    Niewiem jak to osiągnąłem, pozwoliłem sobie na uczucie miłości i wdzięczności w relacji przyjacielskiej   Dla mnie smutek jest wolnością  Jest powrotem zakochanego    Teraz to widzę - upadek nastał kiedy niegdyś zacząłem szukać pocieszenia    Czy możliwe że..... skoro teraz mam wiek Chrystusowy to można to interpretować tak, że zaczyna się dobre życie a ten smutek jest związany z nadchodzącym opuszczeniem ukochanego Człowieka, Bliźniego?   I.... może momentem samowiedzy, iż śmierć nie jest dla mnie końcem, przejściem ani nowym początkiem    Jest opuszczeniem ukochanego Człowieka.              
    • z trudnością się wyrasta przy małej ilości światła każdy zakalec wie dokładnie jak bardzo trzeba się naszarpać o odrobinę miejsca   wzdłuż wszerz w górę   mechanizmy tego klimatu nie są zbyt skomplikowane chelicery hoduje się własne a posila się bardzo rzadko na wstręt już nie zauważając   ani na własną okrutność   bo w ciemnym świecie żyje zwykle ciemne pożywienie i niejasne są przypadłości jakimi kieruje się posiłek znajdujący się tuż obok   może szuka odskoczni   gdzie wino nabiera mocy a na półkach obok niego kurzą się graty pośrupane imadło lub emaliowany garnek które nie chcą urosnąć   i nigdy nie potrzebowały  
    • @Maciej Szwengielski - mało osób potrafi właściwie zinterpretować Kazanie na górze, a przecież są dylematy, które tylko serce rozwiązuje właściwie. Wiele u Jezusa opowieści zilustrowanych przykładami, w których zawarto stosowne wskazówki – to pewnik. Czasem ewidentnie widać, że w danej sprawie należy się pokierować sercem, bywa, że nie ma wątpliwości. Duchowni krytykują z ambony modernizm, twierdząc, że to odejście od prawdziwej wiary. Czasem jednak wydaje się, że i u konserwatywnych filozofów katolickich jest za dużo wniosków na wyrost, a u duchownych – za dużo formalności. Kto ma czas zatrzymać się każdego dnia i przeczytać fragmenty, chociażby o rozmowach Chrystusa z faryzeuszami? Przecież tam Nazarejczyk mówi do każdego z osobna, to nauki o sercu. Przez miłość do Boga i ludzi. Po co to komplikować? Nie ma sensu mnożyć bytów ponad miarę.
    • Dedykuję wszystkim Polskim Asom przestworzy, którzy walczyli o wolność i honor dla Polski – niech ich odwaga i poświęcenie nigdy nie znikną z pamięci współczesnych Polaków. Jan Jarosław Zieleziński -----------------------------------------------------------------------------------------   Historia ta o Sprawie i Ludziach Honoru, ze zdjęć starych, pożółkłych – prawie bez koloru, O polskich pilotach wojny strasznych dni, Wolnych i walecznych – tak jak fri-ou-fri*. To historia o Polsce i jej losach w przestworzach, O sile i braterstwie będzie tutaj mowa. Przypomniemy Polaków bohaterskie dni, Z polskiego dywizjonu – asów fri-ou-fri. A więc, żeby nie przedłużać i zacząć od razu, Zasiądźmy za sterami i dodajmy gazu! Wzbijmy się angielskim myśliwcem w przestworza, Cząstki cień historii usłyszeć zza morza... Witold Urbanowicz, będąc nazbyt szczery, na zawodach, z Niemcami miał niezłe afery, Lecz pomimo dąsów i szwargotu pytań, do poziomu sprowadził pana Messerschmidta*. Potem w Anglii, będąc jako wing commander, RAFu opieszałość poznał całą prawdę. Miast czym prędzej Niemcom przypiłować śrubę, Cierpliwości Polaków RAF testował próbę*. Kapitan Paszkiewicz przerwał passę marną. Skrzydłami zahuśtał, po czym krzyknął: „Za mną!” I tak oto RAF z końcem dni sierpniowych, dopuścił dywizjon do lotów bojowych*. Znowu nas wysłali nad londyńskie doki, Blenheimy beztrosko suną przez obłoki... Znowu pilot „Paszko” wszystko to ogarnął. Klucz poderwał słowami: „Do ataku! Za mną!” Jan Zumbach w manewrze samolot przechylił. Już ma Szwaba w muszce! Ale cóż to? Chybił? „Coż to się tu stało?! A niech to cholera! Blokady ze spustu żem nie zdjął gdym strzelał!”* Skręcając dość silnie, aby się nie zderzyć, Blackoutu* doświaczył, lecz zdołał to przeżyć. Lecz co się odwlecze – to już nie uciecze... Cyk-cyk-cyk! – do Heinkla*, dym za nim się wlecze. Kanadyjczyk John Kent nos często zadzierał, By o mały włos Niemiec go ostrzelał, Pan Henneberg Zdzisław na niego nurkuje, Browning Hurricane’a Szwabu nos „pudruje”. „Dzięki, Sir” – Kent mówi (już podczas powrotu), „Żeś mi Messerschmidta zmusił do odwrotu.” „Nie ma za co, lecz poprawkę proszę małą wnieść: Sześć było tych Niemców. Nie jeden, a sześć.”* Stanisława Skalskiego Cyrk był niezłą hecą, Messerschmidtów chmara – Szkopy dzielnie lecą. Garstka polskich asów z nieba na nich spada! Strach Niemców obleciał – biada Niemcom, biada. Innym razem Skalski po podniebnych szrankach: radiostacja milczy, skrzydło ma w kawałkach, Hurricane’em swoim, gdzie zbiornik przecieka, Dotarł do Leconfield – tam już spokój czeka. Mechaników zespół złapał się za głowę: (Samolotu z akcji zostało z połowę) „Dziękuj Bogu na mszy metrową gromnicą! Bo Twój Hurricane, kolego, dziurawy jak sito...”* Zdecydować się na manewr „martwego silnika”*, To doprawdy rozterka pełna wszelkich pytań. Zabronionym manewrem, odwagą się wsławić, By maszynę wierną od śmierci ocalić. Pan Mirosław Ferić zapisał się chwałą, stworzył rzecz tak prostą jak i niebywałą, Dziennik dywizjonu, co się rzucał w oczy, Jerzy Szósty – Król Anglii – też inkaustem zroszył*. Dywizjonu dziennik chłonął wpisów inkaust i zgłoskami złotymi historię zapisał. Zaiste, alianci mogli Polakom zazdrościć – Dywizjonu 303 zwanego „Kościuszkowskim”. Jan Zumbach fantazji ułańskiej dochował, Tuż przy śmigle Kaczora pięknie namalował. Luftwaffe spogląda na raport wieczorem: „Zestrzelił nas ten podły samolot z kaczorem.”* „Johnny” wrócił „zawiany” po balandze nocnej, Do raportu stanął, RAF wkurzał wciąż mocniej. Jego para rąk się jednak w walce nada, Poleciał na akcję i zestrzelił Szwaba.* Wtem RAF raport słyszy przesuwając plansze: „Spokojnie, koledzy, ja go ciut postraszę.”* I już Zumbach serią zaczyna swe szycie, Kolejny Messerschmidt pożegnał się z życiem. Pan Josef František, co odłączał z szyku, stał się w RAF-ie pierwszym z takich samotników. Nad kanałem na Niemców często on polował, i kulami śmierci gęsto ich częstował.* Hurricane, Spitfire i inne maszyny, Tak zabójczo piękne jak alianckie dziewczyny*, Siekające ogniem karabinów Browninga*, Dobrych niemal prawie jak system Gatlinga*. Historia ta ma jednak gorzkie zakończenie: W Jałcie sojuszników zdrada cicho drzemie. Przywódcy aliantów tamtych strasznych dni – Churchill, Roosevelt, Stalin – ci nas zdradzili*. Defilada zwycięstwa i wolności znaków, Wszystkie armie świata, ale... bez Polaków. Ach! Nie sposób zdołać zawiłości tłumaczeń, Na pytanie starszej Lady: „Dlaczego pan płacze?”* -------------------------------------------------- Wiersz napisany na podstawie książki Lynne Olson i Stanley Cloud pt. "Sprawa honoru".

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      -------------------------------------------------- Wyjaśnienia do wiersza: [fri-ou-fri* – jest to swoista gra słów – otóż: liczba 303 wymawiana po angielsku w slangu wojskowym fonetycznie dokładnie tak brzmi, czyli: „three ou three”, natomiast paradoksalnie można ją czytać również jako „free, O! free...”, co w wolnym tłumaczeniu można by przetłumaczyć jako: <Polscy Piloci> „niosący wolność, którą tak ukochali”.] [*"do poziomu sprowadził pana Messerschmidta" -> patrz: opis incydentu przyłapania niemieckiego konstruktora Willy'ego Messerschmidta podczas wkroczenia na polskie zawody lotnicze NIELEGALNĄ i NIEPRZEPISOWĄ drogą, za co Witold Urbanowicz "ukarał" go upokorzeniem w postaci położenia się na ziemi pod groźbą użycia broni przez strażnika lotniska, gdzie odbywały się owe zawody lotnicze -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 57–58 (rozdział: „Polska „będzie walczyć”)] [*"Cierpliwość Polaków RAF testował próbę" -> patrz: opis odwlekania przez dowództwo RAF-u włączenia Polskich Pilotów do lotów bojowych -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 120–127 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] [*"dopuścił dywizjon do lotów bojowych" -> patrz: moment, kiedy dowództwo RAF-u – w obliczu wysokich strat własnych pilotów angielskich i brawurowej i udanej akcji zestrzelenia Messerschmidta – w końcu sierpnia 1940 roku zdecydowało się dopuścić Dywizjon 303 do lotów bojowych -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 127–128 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] [*„Klucz poderwał słowami: „Do ataku! Za mną!”” -> patrz: opis rozpoczęcia ataku na niemieckie bombowce (Blenheimy) przez klucz „żółty” prowadzony przez Kpt. Ludwika Paszkiewicza -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 139–140 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„Blackoutu” -> czytaj: „blekautu”. „Blackout” jest to chwilowa utrata przytomności spowodowana nagłym spadkiem dopływu krwi do mózgu, najczęściej w wyniku przeciążeń, gwałtownych manewrów lub skrajnego stresu. Objawia się ciemnym „zamgleniem” w polu widzenia i utratą świadomości, która zwykle trwa kilka sekund. [*„Blokady ze spustu żem nie zdjął gdym strzelał!” -> patrz: próba otwarcia ognia ze swoich karabinów Browninga przez Jana Zumbacha i jego reakcję -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 140–141 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„Heinkla” -> czytaj: „Hajnkla”. Heinkel He 111 był niemieckim bombowcem średniego zasięgu używanym w II Wojnie Światowej we wczesnych latach 40-tych] [*„(...) Nie jeden, a sześć.” -> patrz: opis ocalenia życia kanadyjskiemu pilotowi i jednemu z dwóch dowódców-nadzorców RAF-u Dywizjonu 303 (John Kent) przez polskiego pilota Dywizjonu 303 pana Zdzisława Henneberga -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 146–147 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„(...) Innym razem Skalski (...)” -> o bohaterskich wyczynach Stanisława Skalskiego i jego Polskim Zespole Bojowym (ang. PFT = Polish Fighting Team, znanym częściej jako „Cyrk Skalskiego”) możemy dowiedzieć się z wielu źródeł, m.in.: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 268–269 (rozdział: „Wojna toczy się w Polsce”), lub np. książka pt. „Cyrk Skalskiego”, autor: Bohdana Arct (również polski pilot RAF PFT)] [*„manewr „martwego silnika”” -> był to zabroniony przez dowództwo RAF manewr polegający na zrestartowaniu silnika przez jego wyłączenie (i czasem ponowne załączenie). Manewr ten był często praktykowany (mimo kategorycznego zakazu dowództwa RAF) przez doświadczonych, polskich pilotów, w dwóch przypadkach: 1. Ocalenia maszyny po ciężkiej walce, kiedy maszyna była tak poszatkowana kulami wroga, że silnik ledwo „dociągał” do lotniska i wówczas piloci wyłączali silnik, żeby w końcowych kilometrach wylądować niczym szybowiec, LUB 2. Manewr ten był wykonywany w celu zyskania przewagi nad przeciwnikiem atakującym z dużą prędkością z ogona, kiedy to, wyłączając silnik np. Spitfire’a, polski pilot wykonywał manewr niemalże natychmiastowego zatrzymania Spitfire’a w miejscu (opór powietrza na wyłączone śmigło był znaczny), kiedy to wrogi samolot, np. Messerschmidt, dosłownie w ciągu 3-4 sekund wyskakiwał do przodu, stając się bardzo łatwym celem. Wadami tego manewru była wysoka zawodność silników Rolls-Royce Merlin, które miały problem z ponownym uruchomieniem w powietrzu. Pamiętać też należy, że w przypadku awarii na zbyt małej wysokości pilot myśliwca ginął, ponieważ wówczas nie było jeszcze systemu katapultowania się na spadochronie, a pilot, który chciał się uratować, musiał to zrobić ręcznie: otworzyć kabinę, wyjść/wyskoczyć i... PRZEŻYĆ, bo dość często zdarzały się przypadki rozstrzeliwania praktycznie bezbronnych pilotów opadających na spadochronie -> patrz: str. 62, książka pt. „Sprawa honoru”, rozdział: „Polska „będzie walczyć””] [*„Jerzy Szósty – Król Anglii – też inkaustem zroszył” -> patrz: opis złożenia wpisu przez Króla Anglii Jerzego VI w Dzienniku Dywizjonu 303 -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, str. 152 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„Zestrzelił nas ten podły samolot z kaczorem” -> Jan Zumbach na drzwiach swojego Spitfire’a na dziobie (a więc nieopodal śmigła samolotu) namalował Kaczora Donalda, wówczas popularnej bajki Walt’a Disney’a puszczanej jako filmy rozrywkowe w kinoklubach/messie oficerskiej -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, zdjęcie na str. 117 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] ["Poleciał na akcję i zestrzelił Szwaba." -> patrz: Jan Zumbach, „Ostatnia walka”, wspomnienia pilota Dywizjonu 303 – opis zestrzelenia niemieckiego bombowca podczas Bitwy o Anglię.] ["Spokojnie, koledzy, ja go ciut postraszę." -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, str. 150 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„Pan Josef František” -> był to pilot RAF-u czeskiego pochodzenia, ale pragnący latać w Dywizjonie 303 razem z – tak jak i on, nieco krnąbrnymi w kontekście sztywnych procedur RAF-u – Polakami. Zasłynął z tego, że często odłączał się z szyku, żeby „polować” na niemieckie samoloty, które „na oparach” paliwa wracały/uciekały w stronę niemieckich lotnisk -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 119–120 (rozdział: „Bitwa w Northolt”), oraz strony: 154–157 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„alianckie dziewczyny” -> mowa o wszystkich kobietach sił Aliantów, które swoją bohaterską postawą dołożyły się do zwycięstwa Aliantów w II Wojnie Światowej (w tym Polkach z polskich formacji wojskowych w kraju, tj. AK, NSZ czy BCh)] [*„karabinów Browninga” -> mowa o karabinach maszynowych stosowanych na pokładach samolotów myśliwskich. Choć wymienione zostały tutaj karabiny Browninga (najczęściej kaliber .303/7,7 [mm]) jako przykład, warto wiedzieć, że myśliwce dysponowały większym asortymentem rodzajów broni, jak np. CKM = Ciężkie Karabiny Maszynowe kalibru .50 (12,7 [mm]), działka Hispano kalibru 20 [mm], a nawet rakiety i bomby] [*„system Gatlinga” -> mowa o nowoczesnym typie ciężkich karabinów maszynowych wykorzystujących tzw. system Gatlinga, gdzie system zamka, spustu i budowy lufy umożliwia strzelanie amunicją wysokokalibrową tak, jakby to był bardzo szybki karabin maszynowy. Najbardziej znane przykłady to M-134 Minigun, czy działko Vulcan montowane m.in. we współczesnych myśliwcach F-16 Fighting Falcon.] [*„(...) ci nas zdradzili” -> patrz: historia zdrady honorowych przyrzeczeń wojskowych opartych na faktach na przykładzie Teheranu -> patrz: np. książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 275–277 (rozdział: „Wojna toczy się w Polsce”) oraz strony: 289–299 (rozdział: „Sprawa honoru”)] [*„Na pytanie starszej Lady: „Dlaczego pan płacze?”” - (czyt. "na pytanie starszej Lejdi: „Dlaczego pan płacze?”" -> patrz: opis defilady tzw. „wojsk sprzymierzonych” w kontraście do przepełnionego smutkiem Asa Polskich Pilotów Myśliwskich – Witolda Urbanowicza jako symbolu „zwycięskiej” Armii Polskiej, która na skutek nacisków Stalina i cichego przyzwolenia Roosevelta i Churchilla nie mogła uczestniczyć w zwycięskiej paradzie, która odbyła się 8 czerwca 1946 w Londynie -> patrz: np. książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 15–18 (rozdział: „Prolog”)]    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...