Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Człowieka największym wrogiem są obawy, ale rzecz w tym, że takie wielkie, że Góry Kaczawskie przerastają Himalaje. I wcale tu nie chodzi o to, że strach ma wielkie oczy, ani o to, że człowiek ubezpieczony na wszystkie strony, jest właściwie człowiekiem upośledzonym, ubezwłasnowolnionym (po prostu uzależnionym od wszystkiego, tylko nie od jednego Boga). A chodzi o to, że ryzyko jest błogosławieństwem człowieka, tylko że niektórzy (którzy i tak, jak wszyscy skonają), jacy się urodzili, tacy umierają. A przynajmniej ci, którzy nie ryzykują, ci nie giną (choćby i nagłą i nieoczekiwaną śmiercią w walce z diabłem), tylko umierają, pewnie na łożu śmierci. A czy ja wiem, czy to się tak godzi człowiekowi, nawet jeśli człowiekowi przystoi.

P.S.
Walka z diabłem, najczęściej, jeśli nie wyłącznie jest walką/biciem się z własnymi myślami.

P.S. II
A jakby to było klawo, gdyby tak człowiek, który bije się z własnymi myślami, bił się jeszcze we własne piersi (a nie w cudze).

Opublikowano

@WiJa

Jest coś w tym "Na człowieka"... Dywagacje sprawiły we mnie potrzebę wyartykułowania tego, że:
1) ponieważ jest to kolejne potraktowanie zagadnień już tylekroć traktowanych przez tych i owych w im właściwy sposób (nie wyłączając mnie)
2) ponieważ każdy z tak czy siak dywagujących owe kwestie czyni to szczerze, ani myśląc siebie (i innych) oszukiwać
- to dopuszczając do głosu zasadę logiki (z dwóch - tym bardziej z wielu - twierdzeń sprzecznych ze sobą tylko i wyłącznie jedno z nich MOŻE być prawdziwe, ale przenigdy nie będą prawdziwe oba czy też każde z wielu sprzecznych ze sobą twierdzeń - oczywiste jest przy tym, że żadne nie z nich MOŻE nie odpowiadać prawdzie) rozstrzygnąłem dylemat kryjący się w tego typu dywagacjach w ten sposób, że zgodziłem się z udowodnionym przez Jezusa twierdzeniem, utrwalonym w ewangelii wg Jana 17:17 i we wszystkim daję wiarę Autorowi Słowa, usiłując z Jego pomocą je ROZUMIEĆ.

Opublikowano

@WiJa

Ogólnik nic ...nic mi nie mówi. Z twojej prozy wynika, że rozumiesz niemało, jednak nieuchronnie subiektywnie traktujesz przedmiotowe zagadnienia.
Nie zamierzam Ciebie (ani nikogo innego, w tym własne dzieci) nawracać! Nawracanie bowiem to jedne z najgorszych działań jakie przedstawiciele homo sapiens podejmowali i... podejmują. Jedynie w ramach miłości bliźniego DZIELĘ się jak najlepiej potrafię, tym co sam posiadłem, przy czym za oczywistość uważam, że moi bliźni MAJĄ PRAWO nie przyjmować ode mnie tego, z czym usiłuję się podzielić. Ponieważ tak jest, na tym poprzestanę, gotów dzielić się dalej, dzięki opcji "Prywatne wiadomości". Nadal trwam w postanowieniu: NIGDY do NIKOGO pierwszy NIE PISAĆ - na tym forum.

Opublikowano

@makarios_
właściwie to ja też tak myślę, albo podobnie, mam tylko coraz większe trudności ze skupieniem się. można nawet powiedzieć, że jestem rozchwiany emocjonalnie, mam jednak też nadzieję, że wiem co robię

Opublikowano

@makarios_
no właśnie, nie jesteśmy doskonali, raz jest z nami lepiej, raz gorzej. a nawet nachodzi mnie taka myśl, że człowiek dlatego, że nie jest człowiekiem doskonałym, jest człowiekiem idealnym/prawidłowym do doskonalenia się

Opublikowano

@WiJa
Tak. Doskonałemu nie jest potrzebne doskonalenie, co nie oznacza, że mimo to będzie się stawał doskonalszy (nie ma tego jak inaczej wyrazić), przez nieustanne nabywanie wiedzy - vide: Ew. wg Jana 17:3. Z tego jak Jezus określił sens życia wiecznego wiadomo, że będzie ono upływać na nieustannym (bezkresnym) nabywaniu wiedzy o Jedynym Prawdziwym Bogu i... o tym, którego tenże posłał (Na marginesie: W TEJ DONIOSŁEJ WYPOWIEDZI MOWA JEST O DWÓCH OSOBACH).

Opublikowano

@WiJa
Jak dla mnie, wiara jest rezultatem procesu, jaki m.in. zachodzi u prawego sędziego (rzadki przypadek, wiem), który ustala fakty i bada okoliczności, by nabrać pewności, właściwych przekonań, przeświadczeń. Co więcej, nie jest tak tylko w moim przypadku. Co najmniej apostoł Paweł traktował wiarę (jako taką) w ten sam sposób - vide: jego list do Hebrajczyków 11:1, 6. Znamienne jest, że bez takiej właŚnie (a nie innej) wiary NIE MOŻNA SIĘ PODOBAĆ BOGU...


W dniu 07.12.2014 r. o 14:50 po raz pierwszy zauważyłem, że administrator (lub jego moderatorzy) po raz kolejny bezpodstawnie ograniczyli moją wolność słowa, wyrażanego również w tym serwisie. Oto komunikat, który ukazuje się ilekroć usiłuję zamieścić w serwisie www.poezja.org mniej czy bardziej artystyczną wypowiedź:

[color=red]Zostal nalozony ban na to konto.

Ban wygasa za 36693 sekund.

Wiadomosc od moderatora: to portal poetycki, a nie teologiczny

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...