Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Sobotnie popołudnie. Wyrobiłam się w końcu z gotowaniem, praniem, sprzątaniem, prasowaniem itd. Kobiety wiedzą o czym mówię. A więc wyrobiłam się, zajrzałam na moją ulubioną stronę internetową, patrzę, wsłuchuję się w dźwięki domowego zacisza... Moje dzieci zamiast bawić się na podwórku siedzą przed telewizorem? Zawsze to lepiej późno się zreflektować niż wcale. Prawda? No więc w nagłym przypływie olśnienia w kilka sekund zarządziłam wyjście na spacer.
- A dokąd pójdziemy? - pyta moja dociekliwa niezmiennie od urodzenia córcia. Wada po mamusi. Trzeba wybaczyć.
- W siną dal. Gdzie nas nogi poniosą - odpowiadam - Idziemy wiosnę posmakować
- To mamy zjadać wiosnę? - pyta moja młodsza gaduła - Wiosny nie da się przecież jeść - wyjaśnia mój błąd z miną mądrego profesora. Nie ważne z resztą. Wyruszyliśmy.
Za domem i łukiem obok rozciągają się wzgórza porośnięte drzewami, krzewami, które teraz prześcigają się w pokazie wiosennej mody. Największy hit sezonu świeża zieleń drobniutkim ściegiem gęsto tkana na wszystkim co ma tylko korzenie i białe koronkowe suknie otulające mięciutko drzewa. Idziemy. Pomyślałam, że posłuchamy ptaków. Nie widać ich zupełnie z gąszczu zieleni , a drą się z każdej strony tak, jakby tu jarmark się odbywał. Nic im po tym. Moje dzieciaki zakasowały je jak nic. Któryś raz z kolei proszę o ciszę, ale one zbyt wiele mają do powiedzenia.
- Mamo mogę ja dzisiaj prowadzić? - pyta moja córcia
- Nooo... dobrze - zgadzam się z wahaniem, bo to ryzykowna sprawa, ale w końcu sama nie mam dokładnie ustalonego planu wycieczki, więc niech jej będzie.
Najpierw drogą, potem w boczną ścieżkę. Zarośnięta ze wszystkich stron - młode, dziko wysiane drzewka, krzewy, nowe i stare badyle, pokrzywy - zdecydowanie świeże. Mój młodszy toczy pojedynki z chaszczami.
- Pokonam was. Ja jestem supel-bohatel. Nie pokonacie mnie pokrzywy. Ja mam supel moc - ptaki mogą się drzeć do zdarcia strun głosowych i tak nie przegadają mojej pociechy
- Córcia może byśmy znalazły jakąś ścieżkę? - pytam z nadzieją - Właściwie to jakbyś zdradziła cel tej wyprawy to może jakoś byśmy lepiej się zorganizowali.
- Idziemy na tę górę - wskazuje z zapałem. - Tu gdzieś była ścieżka. Trochę zarosła, ale pewnie zaraz znajdziemy. Tylko za krótkie spodnie włożyłam i pokrzywy mnie po nogach parzą. Musimy szybko znaleźć szlak.
Już wyszłyśmy kawałek w górę stromego zbocza, jakaś ścieżka obok stromego uskoku i mój synek z zapałem walczący z krzakami. Łapię go mocno co by mi mój super- bohater nie uczył się fruwać ze stoku w dół. Przedzieramy się dalej przez zarośla. Tropimy jakąś ścieżkę w górę. Jest - chwilowo wolna. Dalej znów trzeba się przedzierać. Tak czy owak wydrapaliśmy się w końcu na szczyt. Patrzymy. Widok... Wijąca się wstęga Wisły, kręte węże ulic z jadącymi samochodami, domy przytulone zielenią i białym kwieciem drzew.
- Mamo zobacz - skacze z radości mój super-bohater - Widać całą naszą planetę. Zobacz. Tam zobacz. Nasz dom widać i moje przedszkole i rzekę widać. Koniec Ziemi nawet widać. A biegun to stąd widać? Pokaż mi gdzie jest biegun.
- Nie widać nawet ćwierci Ziemi - ripostuje go siostrzyczka - Tylko malutki kawałek, a do bieguna to jeszcze ho, ho. Nawet Polski całej nie widać... No może pół. - stwierdza rozejrzawszy się dokładnie
- Może posłuchajmy chwilę ptaków - proponuję, ale nie ma szans. Mojemu synkowi sikać się zachciało. Pomińmy ten szczegół i posikane slipki, bo zejść z góry jeszcze musimy. Znaleźliśmy inne zejście z innej strony góry, tylko… prawie pionowo w dół z sześć metrów, a potem dopiero trochę łagodniej. Młode brzózki przez które potem mieliśmy przejść zamiast dzikich chaszczy i pokrzyw przekonały mnie jednak do wybrania tej drogi. Córcia pojechała pierwsza - trochę na butach, trochę na pupie, potem wbiegła w gąszcz brzózek i zniknęła mi z oczu. Młodego przezornie zapakowałam na siebie jako plecak, bo ogniki w jego oczkach zapowiedziały, że samodzielne schodzenie w jego wydaniu może skończyć się katastrofą. Przedarliśmy się do ścieżki, tuż przed nosem przebiegła nam sarna, potem bażant, a mojej starszej nie ma. Pewnie poszła do domu i tam nas zadowolona przywita, ale burę za to zbierze. Idziemy do domu z młodym, który dziarsko recytuje
- Z góly widać pół Ziemi, z góly widać pół Ziemi, z góly widać... - specjalnie, żebym ptaków nie posłuchała. Proszę go grzecznie, żeby w ciszy posłuchał, a on z uśmiechem nabierając powietrza
- Z góly widać pół Ziemi, z góly widać...
Doszliśmy do podwórka. Rozglądam się za córcią. Pytam męża. Nie ma, nie było, nie wróciła. Zostawiam młodego pod okiem mojej rozsądniejszej połowy i wracam wystraszona z sercem w gardle. Zgubiłam dziecko. Gdzie ona się podziała? Kurczę. Jak mogłam zgubić dziecko?.
Patrzę - idzie. Potargana, patyki we włosach, wlecze za sobą nogi jakby przeszła Saharę.
- Gdzie Ty byłaś? Co Ci się stało? - pytam podchodząc i wyciągając patyki z jej włosów
- Zobaczyłam ogień, myślałam, że to pożar, pobiegłam, żeby gasić. Biegłam ile sił w nogach przez wszystkie szuwary i chaszcze, żeby las ratować, a tu się okazało, że to ktoś ognisko pali i kiełbaski sobie nad ogniem piecze - dokończyła z rezygnacją w głosie - Aha. I mam ze dwa dodatkowe siniaki.
- Tam siniaki - machnęłam ręką - Do wesela się zagoją, ale więcej jak gdzieś razem idziemy masz się sama nie oddalać. Bo będzie taka kara, że... zobaczysz.
- Ale sarenkę widziałam. Przebiegła tuż obok mnie - uśmiechnęła się córcia
- Ja też. I nie mam siniaków.
Wołam synka do mycia, a on nic. Śmieje się i skacze w miejscu.
- W tej chwili do mnie bo się zdenerwuję - mówię. Podchodzę i chwytam go na ręce.
- Dlaczego Ty się wcale mnie nie boisz? - pytam z rezygnacją
- Bo Cię kocham to się nie boję - odpowiada i obejmuje mnie za szyję.
Hm. Dzieci. Święta konsekwencjo módl się za mnie proszę.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Nie jestem pewien, czy ona nadal tutaj mieszka, a więc przy każdej okazji kiedy muszę tędy przechodzić towarzyszy mi cichy strach przed jej spotkaniem, przed spojrzeniem jej oczu, albo może głównie przed odbiciem się w jej źrenicach. Nie ma w tym też wiele z patetyzmu - od jakiegoś czasu męczą mnie ataki kołatania serca, a boję się, że minięcie jej na chodniku w optymistycznym scenariuszu odebrałoby mi przytomność, a w gorszym, autentycznie zaszkodziło mojemu zdrowiu (w najoptymistyczniejszym - zabiło). Z racji tego, od miesiąca dawkuję leki przeciwkrzepliwe, a w maju mam ustalony termin ablacji. Ablacja. Lekarz tłumaczył mi - jest to zabieg, w którym pacjentowi wprowadza się do tętnicy specjalne urządzenie, wędruje nim aż do serca, a w sercu małymi impulsami pobudza się kolejne fragmenty przedsionków. W momencie, kiedy któryś fragment, sprowokowany impulsem, wywoła migotania, taki fragment bezlitośnie się zabija, na przykład wymrażając go ciekłym azotem. Pacjent w trakcie całej operacji zachowuje pełną przytomność. Uznałem, że jest w tym coś okropnie poetyckiego, to rozrzedzanie krwi, wkłuwanie się w tętnicę (udową!), wędrówka do serca, wymrażanie wadliwego serca. Lekarstwem jest zabicie feralnego fragmentu, wymrożenie go, aż martwe zostawi jedynie nieaktywną bliznę pośrodku zdrowo działającej tkanki. Czy w tym nie ma chociaż jednego wiersza? Jest. Myślę, że jest ich cały tomik - dlatego tak smuci mnie, że nie jestem ich w stanie napisać. Po zabiegu przeznaczony jest czas na obserwację, a więc może w ciągu tych paru dni spędzonych na szpitalnym łóżku znajdę czas, żeby to wszystko ubrać w słowa. Zapamiętam tam dodać, że robię to dla niej, że z naprawionym sercem, pierwsze co zrobię, to pójdę na jej ulicę, a ona, w pięknym majowym słońcu, przejdzie na drugą stronę ulicy.
    • @monon  Powyższy wiersz jest jak scena z thrillera. Czuć ogromne napięcie, duszność. Utwór opowiada historię o wstąpieniu na drogę zemsty, ale zamiast konfrontacji otrzymujemy skradanie się myśliwego do zwierzyny.    Punktem kulminacyjnym jest ujrzenie przez podmiot śpiących "Maleństw". W tym momencie w kobiecie coś pęka. Przecież była martwa. Miała być wyrokiem. A jednak... płacze. Wcale nie jest martwa. Żyje. Zemsta przestaje być koniecznością. Głód odwetu zaspokaja przekonanie, że rachunki zostaną wyrównane, choć może nie za ziemskiego życia. Z mojego subiektywnego punktu widzenia warto byłoby wyeksponować fragment:  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        - poprzez stworzenie kontrastu między nagrodą a karą dla "Wielkiego Niedźwiedzia". Zestawienie w stylu: "ognie piekielne - miód na moje serce".   Ogromnie doceniam zakończenie, ostatnią strofę + ostatnie zdanie. Strofa jest pieśnią - antykołysanką - dla dzieci ku przestrodze, ku zachowaniu czujności wobec nawet najmniej niepokojących dźwięków.   A jednak: - brzmi mało uroczyście. Gdyby tak zacząć tę strofę od "oto"? Przykładowo: "Oto pieśń lasu. Wsłuchajcie się (...)".    Zdanie: - to taki podpis, ostateczna deklaracja zejścia ze "ścieżki zemsty".    W tym zwieńczeniu słowo "droga" sprawia wrażenie zbyt ogólnikowego. Skoro mieliśmy "polowanie na zwierzynę", to może warto skorzystać z tego motywu i zamienić "drogę" na "łowy"? "To ja i mój koniec łowów"? - Podmiot widzę właśnie jako boginię łowów - Dianę z łukiem, dziką, nieokiełznaną, nie do zatrzymania, która zstąpiła na ziemię w celu ukarania tego, kto ośmielił się jej ubliżyć.   Ten wiersz jest znakomicie skomponowany - narracyjnie poprowadzony "filmowo", a Autor inteligentnie kształtuje słowem opowieść tak, by w ramach poezji nie odpłynąć w stronę roztkliwionego sentymentalizmu. Utwór jest ukończony. Moje propozycje to nie poprawki, ale alternatywy, na które warto zerknąć choćby po to, by upewnić się, że niczego zmieniać nie trzeba :D 
    • @Dawid Morawski Naprawdę dobra wypowiedź. Bardzo ciekawa interpretacja. I po części na pewno zgodna z zamysłem wiersza, a po części pewnie też własna. Dziękuję serdecznie za ten komentarz. Ogólnie dużo ostatnio pisałem o tym, jak szkodliwe są według mnie normy płciowe oraz estetyka kawaii/anime, ale w zbiorze, z którego pochodzi ten wiersz, tematów poruszałem znacznie więcej.   Tutaj zdecydowanie (jak zwykle) zaznaczyłem, iż szczerość i autentyczność są zdecydowanie ważniejsze niż przystosowanie do sztywnych, bezsensownych norm, kiedy współczesny świat próbuje na siłę wcisnąć wszystkich w bardzo nieliczne i zarazem wąskie kategorie.   Jeszcze raz dziękuję serdecznie i pozdrawiam.
    • Dwie linijki ogórków  Zdanie pomidorów Kilka wersów marchewki Strofa cebuli Cały wiersz ziemniaków  Topinambur prozą
    • @Charismafilos czy Ty wiesz że ja pół dnia się zastanawiałam stąd Ci się ta Pędzisława wzięła  Pół dnia !!!  No i mnie olśniło  Albo jestem bardzo zmęczona ostatnio  Jakaś mgła mózgowa czy inna Szara  Albo Głupia  Wykończysz mnie tymi rebusami

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...