Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Na pagerze pojawiły się cztery jedynki. Świeciły o wiele jaśniej niż zwykle, jak gdyby chciały wypalić swoją obecność w oczach Eijiego. Zerwał się na równe nogi w biegu, narzucając na siebie ubranie. Kiedy dotarł do biura, wszyscy wokół biegali jak oparzeni. Nie miał możliwości zapytać kogokolwiek co się dzieje. Pośpiesznie wszedł do windy zjeżdżając do Kuźni. Kiedy drzwi windy otworzyły się, gwar i zamieszanie były jeszcze większe. Ktoś złapał go za rękę.
- Dobrze, że jesteś, szybko, musisz to usłyszeć. - Jiro nie dał mu dojść do głosu. Zaciągnął go do sali, gdzie odbywają się spotkania. Byli w niej Łamacze, Skoczkowie i paru Nawigatorów. Zabrakło jeszcze jednej osoby.
- Fushida, usiądź proszę. - Głos Hideo był lodowaty, ostry niczym sztylet. Eiji zajął swoje stałe miejsce, czekając na to, co się stanie. - Pan Mushashi Shinko godzinę temu został porwany ze swojego mieszkania. Na miejscu znaleźliśmy chip z wiadomością: wszyscy Łamacze mają pojawić się w Cubie za 6 godzin, w przeciwnym razie Pan Shinko zginie.
- Wiemy, kto za tym stoi? Zostawili jakieś ślady? Wyznaczono już grupę poszukiwawczą? - Eiji nie mógł opanować drżenia rąk.
- To Skarabeusze. W końcu przestali się z nami bawić.
- Cholera. Cholera! Hideo, musimy ich znaleźć! Nie możemy tak zostawić staruszka. - Jiro zaciskał pięści tak mocno, aż zbielały mu knykcie. Sachiko miała spuchnięte oczy, a Hotaro był nad wyraz milczący, wpatrując się pochmurnym wzrokiem w blat stołu.
- Wszyscy w obu firmach pracują nad jego znalezieniem. Do nas należy pokonanie Skarabeuszy. Spotykamy się przy leżach dokładnie za 5 godzin i 32 minuty. - Mina Tatenaki świadczyła o końcu dalszej dyskusji. Wstał i wyszedł z sali. Eiji nie wytrzymał i wyszedł za nim. Złapał go za ramię i zaciągnął do pokoju obok, gdzie paru ludzi przeglądało jakieś plany.
- Panowie, czy możemy was na chwilę przeprosić? - Mężczyźni zebrali swoje rzeczy, cicho zamykając za sobą drzwi.
- Po pierwsze, jakim cudem staruszek został bez ochrony? Czy wyście postradali wszystkie zmysły? Wyraźnie mówiłem, żeby nie opuszczać gardy, bo może dojść ... - Hideo przerwał jego tyradę całując go namiętnie w usta. Trwało to chwilę. Zaraz po tym, objął Fushidę w pasie, wtulając swoją twarz w jego szyję.
- Już dobrze. Nie martw się tak bardzo. Znajdziemy Pana Shinko. Masz na to moje słowo. - Eiji już po raz drugi w ciągu ostatnich 24 godzin poczuł się bezsilny, ale i okropnie zależny od tego bladego dryblasa. Odwzajemnił uścisk, drżącymi wargami szukając jego ust. W tej chwili nie był koordynatorem projektu Paralel, ani młodym chłopakiem, z którego w szkole średniej śmiali się koledzy. Nareszcie wiedział, gdzie jest jego miejsce. Zanim zdążył coś powiedzieć, Hideo pociągną go w stronę stołu, wkładając mu dłoń pod t-shirt. Powoli, koniuszkami palców badał jego sutki, całując go namiętnie po szyi.
- Nie wiedziałem, że jesteś taki uległy? - Szepnął Tatenake rozpinając spodnie Fushidy.
- A kto powiedział, że nie jestem? - Eiji uśmiechnął się do zielonookiego, pozwalając mu na jeszcze chwilę dominacji.

Tuż przed godziną wyznaczoną przez Hideo, wszyscy stawili się na poziomie Kuźni. Stroje Łamaczy wydawały się bardzo chłodne, a z postawy niedoszłych bohaterów emanowała siła i determinacja. Wyraźnie dawali wszystkim zebranym do zrozumienia, że nie dadzą sobą pomiatać. Hideo przelotnie spojrzał na Eijiego. W jego wzroku była cała gama uczuć od smutku po pożądanie. Przez ciało Fushidy przebiegł dreszcz. Jakieś niewidzialne ręce ścisnęły go za gardło. Krew zaczęła mocniej pulsować w żyłach, a usta wypełnił nadmiar śliny. Przeraźliwy strach objął każdy centymetr jego ciała. W tej samej chwili, na granicy świadomości usłyszał delikatny szept Łamaczy, po czym cała grupa zniknęła, zostawiając zebranych w milczeniu. - Kości i Stal - wyszeptał Eiji. W ten sposób Łamacze rozpoczynali każde starcie z wrogiem. Było to coś w rodzaju zaklęcia, dzięki któremu zwyciężali. Czy tym razem szczęśliwy talizman, który zawisł w powietrzu niczym chmura trującego dymu, pozwoli im bezpiecznie wrócić do domu? Fushida nie zdążył sobie odpowiedzieć, ponieważ obok niego znalazł się jeden z Nawigatorów.
- Panie Fushida, powinniśmy włączyć system i rozpocząć rejestrację walki, a także ... - Eiji uciszył nawigatora gestem ręki. Musiał wziąć się w garść. Na szali zostało postawione życie, nie tylko Hideo, ale wszystkich Łamaczy, Skoczków i może nawet całego świata. To zdecydowanie nie czas i miejsce na żal i strach. Zajął miejsce w fotelu, oddychając bardzo powoli. Patrzył na swoje niewielkie ręce, mając nadzieję na cud. - Wróć do mnie dryblasie. - Pomyślał, zbierając w sobie resztki zdrowego rozsądku i odwagi.
- Przygotować połączenie przez Paralel, grupa medyczna ma być gotowa na każdą, powtarzam każdą ewentualność, Skoczkowie siadają i uważnie obserwują, co dzieje się na monitorze. Nawigatorzy do paneli sterowniczych. Zarządco, ogłaszam gotowość bojową, kod 3*. Zaczynamy. - Polecenia wydał szybko i sprawnie, starając się zapobiec drżeniu głosu. Zaraz po tym utkwił wzrok w ekranie, czekając na nadchodzącą bitwę. Łamacze stanęli w szeregu, kolejno materializując swoje bronie. Naprzeciwko nich z szarej mgły zaczęli wyłaniać się Skarabeusze w swoich zbrojach. Eiji z przerażeniem naliczył trzydziestu ludzi. Czarna masa zaczęła zbliżać się do Łamaczy, którzy spokojnie czekali na przeciwników. Sachiko wycofała się za kolegów, przygotowując broń do szybkiego użycia. W jednej chwili, bez żadnego znaku grupa Skarabeuszy natarła na Łamaczy. Większość z nich zmaterializowała w dłoniach miecze dwuręczne bądź topory bojowe. Krzyczeli i wyli niczym zwierzęta, wściekle atakując Łamaczy. Trójka Skarabeuszy została z tyłu, spokojnie obserwując dziką szarżę prezentowaną przez ich kompanów. Sachiko w pierwszej chwili zabiła czterech Skarabeuszy, trzymając się na dystans. Blisko niej walczył Jiro, w każdej chwili mogąc ruszyć jej z pomocą. Na pierwszej linii walczył Hideo z Hotaro, dając przeciwnikom nieźle w kość. Powietrze drżało sypiąc wokół iskry. Fioletowy kamień Hideo bardzo szybko zmienił kolor na srebrny. To samo działo się z kamieniami pozostałych Łamaczy. Wyraźnie ich umiejętności przewyższały szamotaninę, jaką demonstrowali Skarabeusze. Zachowywali się jak amatorzy. No właśnie. - To przecież Psy!** - Huknął Eiji uderzając pięścią w stół. - Nigdy bym nie przypuszczał, że Skarabeusze będą zagrywać tak nieczysto. Skoczkowie, wchodzicie! Macie się zająć tą chołotą! Hideo słyszysz mnie ?
- Tak, co się stało?
- Te miernoty, przez które marnujecie siły to Psy. Grupa Skoczków właśnie loguje się do Paralel. Zostawcie im pozbycie się tych kundli.
- Przyjąłem. - Hideo przekazał pozostałym wiadomość od Fushidy, po czym wszyscy czworo ruszyli na prawdziwych Skarabeuszy, trzymających się do tej chwili z tyłu.
- Nie myślałem, że tak szybko rozgryziecie nasz plan. - Rzucił jeden ze Skarabeuszy.
- A my nie myśleliśmy, że okażecie się takimi tchórzami. - Odpowiedział Jiro, szczerząc się do przeciwników.
- Tchórzliwi? Przecież nie uciekamy z podwiniętym ogonem. Po prostu, pozwoliliśmy kilku osobom się zabawić, a to przecież nic takiego?
- To teraz my, pozwolimy sobie zabawić się wami. - Hotaro bez chwili wahania, uderzył na Skarabeusza stojącego z prawej strony. Jiro zrobił to samo, nacierając z całej siły na człowieka znajdującego się z lewej. Był od niego wyższy i mocniej zbudowany. W ręku trzymał dwa niewielkie topory, spięte ze sobą łańcuchem. Sachiko wspierała kolegów z dystansu, ale każdy jej atak był od razu odpierany. Hideo wpatrywał się lodowatym wzrokiem w ostatniego Skarabeusza. Było w nim coś znajomego. Kiedy spojrzał na jego kamień, zrozumiał wszystko. Srebrny kamień mienił się złowrogo, oplatając palec mężczyzny niczym jadowity wąż.
- Jestem Ryutaro i daję ci słowo, że dzisiaj zginiesz.
- Zobaczymy robaku. - Powietrze wokół mężczyzn zgęstniało, oplatając ich srebrnymi nitkami. Kolor ich oczu pociemniał, a zbroje wydawały się drżeć. Z ogromnym hukiem wpadli na siebie krzyżując ostrza. Łoskot broni był nie do zniesienia, drażniąc uszy. Ścierali się coraz szybciej, powodując wyładowania elektryczne. W końcu jeden z nich został uderzony, przelatując kilkanaście metrów do tyłu. Wylądował z głośnym trzaskiem na ziemi. Czarna zbroja była gdzieniegdzie wgnieciona, a miecz uszczerbiony prawie na całej powierzchni. Hideo wcale nie wyglądał lepiej. Z rozcięcia na policzku sączyła się krew, a mięśnie rąk wyraźnie drżały z przeciążenia. Skarabeusz szybko się pozbierał atakując ponownie. Siła uderzeń powodowała rozpad zbroi. Odpadały od ciał walczących, niczym stara skóra. Stal zaczęła ranić ich skórę. W jednej chwili ostrze Hideo zjechało po klindze Ryutaro, który wykorzystał moment uderzając Łamacza z całej siły w twarz, a następnie dźgnął go pod bok. Hideo zatrzymał pchnięcie łapiąc za ostrze, które wbiło się jedynie parę centymetrów, nie uszkadzając narządów. Zaskoczony Skarabeusz stracił czujność, przez co oberwał w twarz, a następnie w klatkę piersiową. Hideo nie czekając na jego unik, bardzo szybko wbił miecz w brzuch Ryutaro przyszpilając go do ziemi. Krzyk Skarabeusza zmroził krew w żyłach walczących jak i obserwującym całe wydarzenie. Krew pomieszana z pianą zaczęła wylewać mu się przez usta. Krzyk zamienił się w rzężenie, a wzrok powoli zaczął gasnąć. Łamacz opadł na kolana przyciskając rękę do krwawiącego boku. W tle słychać było pojedyncze uderzenia stali o stal. Walka dogorywała tak samo jak Skarabeusze i Psy. Tatenaka biorąc się w garść wstał, powoli zmierzając w stronę pozostałych Łamaczy, którzy obolali i zakrwawieni uśmiechali się do niego. Po chwili poczuł uderzenie w plecy i coś ciepłego zaczęło spływać mu po krzyżu. Ryutaro zdążył ostatkiem sił zmaterializować w ręku nóż, którym rzucił w Hideo. Na twarzy konającego pojawił się uśmiech, po czym rozsypał się w złoty pył. Łamacz upadając na ziemię rozbłysnął jasnym światłem, oślepiając wszystkich dookoła. Jego barwa zamieniła się ze srebrnej w czarną, zamieniając Cube i rzeczywistość w coś na kształt próżni. Zniknęły fotele, panele sterowania, ściany. Był jedynie jasny mrok, w centrum którego unosił się blady jak ściana Tatenake. Nikt nie mógł się ruszyć. Wszyscy, walczący jak i obserwatorzy mogli po prostu patrzeć. Gdzieś z pustki, odezwał się chropowaty, starczy głos.
- No chłopcze, piękna walka. Szkoda, że tak szybko się skończyła.
- Móóówiiiłeeem - zawtórował mu piskliwy, niby dziecięcy głos - trzeba było mnie posłuchać i rozdać ich więcej. Deszcz cukierków! Deeeszzzczzz! - Dziecięcy śmiech rozniósł się echem, odbijając się od niematerialnych ścian.
- Już dobrze, dobrze. Mamy zwycięzcę! - Uroczyście oznajmił starczy głos, wyciągając w stronę Tatenaki ogromną parę bladych, żylastych rąk. - A dla zwycięzców przewidzieliśmy nagrodę. - Ścisnął mężczyznę niczym zabawkę, wydzierając z jego płuc krzyk. Z ust Hideo wydobył się strumień światła, za którym zmaterializowała się drewniana rączka. Jedna z bladych rąk chwyciła za drewno, wyciągając z gardła mężczyzny niewielkie berło, przypominające raczej buławę. Na jej głowni jarzyła się czarna kula. Kiedy człowiek dobrze się przyjrzał, w jej środku mógł dostrzec wybuchające planety, pędzące gdzieś komety czy rodzące się gwiazdy. Było czymś tak pięknym, że zaparło dech w piersi obserwatorów. Ogromne ręce puściły Tatenake, pozwalając mu uderzyć o niematerialną podłogę. Jego długie włosy były mokre od potu i krwi, a blada twarz zmatowiała. Wydawał się kruchy i bez życia.
- Ten człowiek was uratował. Wasz świat został ocalony - wielkie ręce zaczęły cofać się w ciemność i powoli znikać - na razie. - Oba głosy zaniosły się histerycznym śmiechem. Próżnia rozsypała się niczym uderzone kamieniem lustro, przenosząc wszystkich bez wyjątku z powrotem do Kuźni. Eiji poczuł, że znowu może ruszać rękami i nogami, po czym rzucił się w stronę Hideo. Przystawił ucho do ust mężczyzny, czując bardzo delikatny oddech. - On żyje! - Medycy pośpiesznie podbiegli do Tatenaki udzielając mu pierwszej pomocy. Eiji staną przy ścianie, nie mogąc samodzielnie ustać na nogach. Poczuł pewnego rodzaju ulgę, a łzy spływały mu po policzkach i brodzie, brudząc mu koszulę.


Epilog
Słońce świeciło wyjątkowo jasno, nagrzewając asfalt do niemożliwych temperatur. Całe miasto smażyło się, a ludzie skwierczeli niczym kiełbaski na patelni. Eiji Fushida wyszedł z budynku biura kierując się w stronę ulubionego baru. Usiadł przy stole ustawionym w najbardziej zaciemnionym i odległym miejscu. Zamówił piwo, wypijając je za jednym razem. Poluzował ciemny krawat rozpinając guzik przy kołnierzu. Zamknął oczy, trzymając zimną szklankę w obu dłoniach. Usłyszał jak ktoś naprzeciwko niego odsuwa krzesło, siadając na nim.
- Witaj Jiro. Właśnie miałem złożyć zamówienie, dołączysz się?
- Uf, ale upał. Dziwię się, jak wytrzymujemy w takim piekle.
- Nie wiesz? Zalewając je! Panie Hisaki, poproszę dwa piwa na schłodzenie tego piekiełka. - Rzucił z uśmiechem Fushida.
- Co z Hideo? Dalej bez zmian? - Zapytał Jiro, wpatrując się w Eijiego spod zmęczonych powiek.
- Lekarze utrzymują, że nie ma żadnych przesłanek, żeby się obudził.
- Ile to już czasu minęło od kiedy ... ?
- Dokładnie dwa lata, pięć miesięcy i ... jakiś tydzień. - Odpowiedział Eiji wbijając wzrok w blat stołu.
- Zastanawiamy się z rodziną, czy nie trwa to za długo. Chyba powinniśmy pozwolić mu odejść.
- Heh, no tak, w końcu jesteście kuzynami. Jakoś nie mogę się do tego przyzwyczaić. Nigdy o tym nie wspominał.
- Nie chciał, żeby inni pomyśleli, że daje mi fory i zacznie mnie faworyzować.
- Hideo i faworyzowanie kogokolwiek. Nie sądzisz, że brzmi śmiesznie?
- Hehe, tak. Dosyć głupio. - Odparł Jiro, siląc się na uśmiech.
Mężczyźni siedzieli tak jeszcze parę godzin. Słońce zdążyło schować się za horyzontem, dając pozorne uczucie wytchnienia. Eiji postanowił się przejść, żegnając Jiro, który poszedł w stronę stacji. Szedł samotnie pustymi ulicami, czekając na cud. Ale ten nie chciał nastąpić. Od dawna wiedział, że czekanie nie ma najmniejszego sensu. Użyli całej swojej wiedzy i pozostałych kości, żeby obudzić Hideo. Wszystko zawiodło. On zawiódł. Idąc tak, coś skłoniło go do podniesienia wzroku. Na niebie dostrzegł spadającą gwiazdę, a zaraz za nią kolejne. Potężny deszcz spadających gwiazd, zalał nocne niebo. Coś mu to przypomniało, ale nie umiał sobie przypomnieć, co to było. Gdzieś na granicy świadomości usłyszał szept. Nie, znajomy śmiech i słowa.
- Deszcz cukierków! Deeeszzzczzz! - W jednej chwili wszystko do niego wróciło. Dobiegł do głównej ulicy starając się złapać taksówkę. Musiał dostać się do firmy i to jak najszybciej. Staruszek na pewno się nie ucieszy, ale trudno. Nikt przecież nie powiedział, że życie składa się z samych przyjemności. Kiedy udało mu zatrzymać auto, usłyszał kolejny głos. Ten był bardziej delikatny i pełen ciepła. Serce zabiło mu mocniej.
- No nareszcie, dryblasie. - szepnął, zamykając za sobą drzwi taksówki.



Przypisy
* - Kod 3 został wprowadzony przez Pana Shinko, po którejś z rzędu akcji Jiro. Zarządca sprawdza wszystkie funkcje życiowe ludzi przebywających w Paralel. Kiedy zauważy, że organizm przekracza pewne parametry, a życie Łamaczy bądź Skoczków jest zagrożone, automatycznie "wylogowuje" ich
z sieci. Oczywiście, nie udałoby się to bez kości Pana Shinko, która stała się częścią Paralel, wzbogacając jego możliwości.

** - Psy - tak pieszczotliwie nazywano przestępców i psychopatów, którzy Bóg raczy wiedzieć czemu, otrzymali kości.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 @Rafael Marius @Jacek_Suchowicz   Za mistrzem...   Fraszki to wszystko, cokolwiek myślimy, Fraszki to wszystko, cokolwiek czynimy; Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy, Prózno tu człowiek ma co mieć na pieczy. Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława, Wszytko to minie jako polna trawa; Naśmiawszy się nam i naszym porządkom, Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.    Dziękuję. 
    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...