Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

[center]1[/center]



Marylin tonąc w oceanie świadomej nieświadomości podjął decyzję, doszczętnie zmieszany, nie wie czy myśli racjonalnie. Nie ma pojęcia czy to co robi jest skutkiem walki z problemami, które nie odpuszczały mu od najwcześniejszych momentów życia, czy może zbawieniem samego siebie od kolejnych czyhających na niego cierpień rozdzierających jego duszę i ciało.
- Samobójstwo - pomyślał - uważane za okaz ogromnego egoizmu i samolubstwa bądź niewyobrażalnego męstwa by świadomie zgładzić samego siebie jest najlepszym z rozwiązań w mojej sytuacji a nawet jedynym. Każdy przecież cierpi na swój sposób, lepiej wybrać swój krzyż, niż otrzymać niewiadomą od losu.
W jego myślach bez przerwy przewija się obraz sprzed kilku laty, słowa takie jak: przyjemność, radość, nie oddają stanu jego duszy z tamtych czasów. Było to szczere bogate w uczucia, dodające kolorytu każdej chwili szczęście, trwające tylko, bądź aż, parę lat. Nałożone na niego dzięki jedynej osobie rozumiejącej jego skomplikowany ludzki byt, nie różniący się od innych w uczuciach i odczuciach. Problem tkwił w formie, w sposobie, to jak ta sama książka lecz w innej okładce, nie akceptowanej przez chore według rozwoju społeczeństwo. Co gorsza także nie uznawanej przez rodzinę. Była to wadliwa, 'patologiczna' komórka rodziny, która nie spełniła swoich sztandarowych funkcji jako grupa 'wsparcia' bądź 'zrozumienia'.

Czy ten moment musiał nastąpić, czy był mu przeznaczony? Nie wiadomo, ale to tę furtkę wybrał. Nie była to decyzja podjęta w emocjach, w natężeniu chwilowego żalu i cierpienia. Obmyślał to przez długi czas, w chwilach pozornej, ulotnej radości jak i zwijającego go w konwulsjach smutku, doprowadzającego nieustannie do stanu agonalnego. Dokonał świadomych obliczeń, niczym biblijny prorok z namaszczenia Stwórcy studiował możliwe rozwiązania przyszłości swojego życia. Był znacznie częściej obiektywny w swoich rozważaniach aniżeli subiektywny. Nie pozwolił by stany głębokiej depresji zasłaniały możliwości chylące się ku pozytywnym rozwiązaniom, jeśli je za takie można uznać.

Czy uważa się za geniusza? Nie, zdecydowanie nie. Jest świadomy, że ludzie pragną wspominać ludzi zdolniejszych niż reszta społeczeństwa. Wie, że ikony inteligencji uznawane na przestrzeni lat (zazwyczaj po śmierci) były anomaliami, były cudem przypadku, biologicznej deformacji. Świadomy, że jest jedną z nich, ciężko pracował by jego dzieło, niedocenione z pewnością za życia mogło dać coś ludziom przyszłych pokoleń, przyśpieszyć ewolucję ludzi na wyższe poziomy inteligencji.
Nie wierzy w reinkarnację, pewien że życie dane mu jak i każdemu innemu zostało powierzone by je przeżyć w ilości lat które ustalone zostały przez przypadek. Uważa iż każdy ma prawo do decyzji co zrobi z danymi mu latami. Kurczowo trzyma się swojej kuriozalnej, wręcz masochistycznej teorii mówiącej: "Tylko problemy, przeszkody, utrudnienia są czynnikami popychającymi wszystkie gatunki do rozwoju. Ludzie szczęśliwi cofają się w rozwoju, tylko cierpiący są w stanie odkrywać nowe tereny w każdej z kategorii".
Czyż nie ma w tym racji?.

Nagle w środku swoich pomieszanych myśli, zachęcających go jak i zniechęcających do popełnienia tego czynu, chwycił za broń. Nielegalną, bez żadnych atestów bezpieczeństwa, zakupioną parę dni temu na czarnym rynku od przyjemnie wyglądającego grubszego mężczyzny. Odłożył ją, jakby się wahał, jak by nie był pewien co robi.

Marylin siedzi na starym, skrzypiącym przy każdym ruchu, drewnianym krześle. Na okrągłym stoliku w zasięgu ręki leży broń, obok zżółciałej teczki, wypchanej wieloma stronami maszynopisu, dzieła któremu poświęcił ostatnie miesiące, ciężkie miesiące. Obok teczki leży list pożegnalny.
Do wynajmowanego pokoju, z niskim czynszem, wpadają promienie zachodzącego, silnie czerwonego słońca, ukazujące majestatycznego grzyba na ścianach oraz odchodzącą od podłogi klepkę dębową, z pewnością pamiętającą jeszcze pierwszy lot w kosmos. Pokój pusty, z paroma starociami (gdyż aby być antykami musiały by posiadać jakąś wartość). Rozgląda się po zimnym pokoju z połączoną małą kuchnią zawaloną brudnymi naczyniami, widzi dwie pary drzwi, jedne wyjściowe wychodzące na obdrapaną z wątpliwym urokiem klatkę schodową, drugie prowadzące do malutkiej, dosłownie malutkiej łazienki składającej się na cztery ściany sufit i podłogę, małą wannę, klozet oraz umywalkę. Unosi się tam niemiłosierny smród wydobywający się ze starych instalacji hydraulicznych.

Zerwał się w jednych chwili, naprężył mięsnie i sięgnął po broń. Przeładował pistolet. Po pomieszczeniach przeszło głuche, silne echo.
Nacisnął ciężki, zimny w dotyku spust drżącym, spoconym ze strachu palcem wskazującym.



...Strzelba wystrzeliła. Ułamki sekund jakby starały się oszukać Newtona, lub to mózg świadomy rychłego końca wysila się do granic swoich możliwości. Marylin widzi obrazy z dzieciństwa, okresu dorastania jak i te od wyjścia z domu, a dokładniej wyrzucenia aż do teraźniejszych. Przypomina sobie dokładny obraz człowieka do którego żywi najwięcej nienawiści na tym świecie. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w wieku czterdziestu siedmiu lat, ubrany gustownie i odpowiednio do wieku. Włosy gęste, czarne z widocznymi siwymi pasemkami. Mocne rysy twarzy, zadbana skóra, zarost delikatnie zapuszczony, z pewnością można powiedzieć, iż jest to przystojny mężczyzna w średnim wieku, wytwarzający wokół siebie bardzo przyjemną aurę. Czemu jest widziany w ciemnym pokoju z zakrwawionymi ścianami, czemu trzyma sznur w dłoni wyciągniętej ku nam?? To jego ojciec, jego Twórca jak i zdrajca. Pomimo dostojnego wyglądu, który może zwieść, widzi sceny z człowiekiem samolubnym, pozbawionym miłości. Z egoistycznym i chciwym nastawieniem. Ale odsłania się też inna postać, na którą w jego wyobraźni spada snop światła, tak jasnego, tak nierzeczywistego, tak ciepłego. Marylin rozpływa się w zakątku raju swojej wyobraźni. Obraz jego ojca został w tej chwili rozwiany przez Jonatana, jego największą miłość, jego kochanka i przyjaciela. To widok malujący uśmiech na jego twarzy. Zapomina o wszystkim, skupia się tylko na chwilowym szczęściu które nieudolnie stara się zachować. Sielankowy obraz został drastycznie przerwany. Wszystko nagle się zmienia, Marylin zakłada Jonatanowi pętle na szyję, całuje z uczuciem, muska delikatnym ruchem w policzek. Oddala się powoli, o parę kroków, z jego oczu sączą się łzy bólu, szczypią jakby składały się z kwasu. Spoglądają sobie głęboko w zapłakane oczy, ciemność i chłód pochłaniają coraz bardziej pokój. Marylin zamyka oczy, kopie w krzesło. Słyszy donośny dźwięk pękniętego karku, otwiera oczy. Patrzy jak ciało stawia opór, jak chybocze się na żyrandolu. Oczy Jonatana są już zamknięte. Twarz zastygła w nieprzyjemnym grymasie. - Zbawiłem Go czy zamordowałem?? Czy jestem Judaszem?

Marylin tylko w tym przypadku chciał by zmienić wszystko. To brutalne wydarzenie rodzi w nim myśl: "co by było gdyby?".
W tym momencie nie poznaje samego siebie.
W tym momencie ma jedną wolę, umrzeć, pozbyć się tego obrazu z wyobraźni.
Ciało Marylina pada bezwładnie na podłogę, która jak by chciała coś powiedzieć, zaskrzypiała w dziwny sposób. Bezkresna ciemność spowiła wszystko, tylko na nią można liczyc.

Opublikowano

Jeśli chcesz kolejną część napisz, jeśli coś jest źle i Ci się nie podoba napisz. Krytykuj, pochwal. Napisz coś pod spodem jeśli uznasz to miejsce za godne. Dziękuje wszystkim, którzy przeczytali całość. Pozdrawiam Szymon.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • spotkali się nie w miejscu, lecz w szczelinie pomiędzy myślami, gdzie cisza jeszcze pamięta imiona, a sens nie zdążył przybrać formy. ona była praświatłem, które więzi własny blask, luminacją tak gęstą, że aż czarną, istniejącą w samym rdzeniu nicości, zanim czas ośmielił się wybić pierwszą sekundę, nie świeciła - raczej wiedziała, że jest jasna, jak gwiazda istniejąca jeszcze zanim powstało niebo. on był antymaterią spojrzenia, cieniem, który nie zasłania, lecz jest otchłanią zaproszoną do środka tą która pozwala widzieć głębiej. niż wzrok, niż pamięć, niż strach. nie mieli rąk, więc dotyk wydarzał się między słowami, które urywały się zostawiając znaczenie po drugiej stronie. nie mieli ust, więc cisza mówiła za nich, oddychając pytaniem, które znało oba  imiona i nie potrzebowało odpowiedzi. ich istnienie było skandalem dla materii tak eteryczni, że grawitacja wyła z bezsilności, krusząc martwe przedmioty, i puste gesty, które w swej ordynarnej ciężkości mogły im tylko zazdrościć niebytu, w których świat zawsze coś obiecuje, a nigdy nie dotrzymuje. byli miejscem, w którym wszechświat na chwilę zapomniał własnych praw i musiał je wymyślić od nowa, w którym rzeczywistość zacięła się na chwilę, i nagle zrozumiała, że nie wszystko da się wydarzyć bez konsekwencji. gdy byli blisko, świat tracił ostrość, a rzeczy wstydziły się, że są tylko rzeczami, że mają ciężar, funkcję i koniec. ona widziała w nim przyszłość, która nie chce się wydarzyć, bo zna cenę. on widział w niej przeszłość, która wciąż jest prawdziwa i dlatego niebezpieczna. nie pragnęli siebie. pragnienie byłoby zbyt głośne, byłoby aktem przemocy w tej katedrze milczenia, którą budowali z powstrzymania, z odwagi niewzięcia. rozpoznawali się raczej jak dwa ciała niebieskie, które nigdy nie wejdą na tę samą orbitę, a jednak wiedzą, że ich istnienie zakrzywia tę samą przestrzeń. byli jak dwa zakazy fizyki skierowane naprzeciw siebie - tak blisko, że rzeczywistość zaczynała się jąkać, a powietrze między nimi świeciło jak martwa gwiazda: energii było dość, ciała - nigdy. ich bliskość była architektoniczną herezją, sklepieniem przerzuconym nad otchłanią, wykutym z hartowanego milczenia i lodu,  po którym nawet bóg nie odważyłby się  postawić stopy w obawie przed upadkiem w prawdę byli jak dwie planety, które zrozumiały, że ocalą siebie tylko wtedy, gdy pozostaną w idealnej odległości - dość blisko, by się przyciągać, i dość daleko, by nie zamienić się w popiół. gdy odchodzili, nic nie zostało. i właśnie to było dowodem. bo ta miłość nie zostawia śladów, ciepła ani popiołu - zostawia Możliwość - monstrum o tysiącu twarzy, masę krytyczną, która nigdy nie eksploduje, lecz pożera od środka każdą nową miłość, więżąc ją w horyzoncie zdarzeń, z którego nie ma powrotu do światła. a możliwość jest najbardziej okrutną formą istnienia: masywną jak gwiazda, która nigdy nie zapłonie, i wystarczająco ciężką, by do końca zakrzywiać każdą kolejną miłość.              
    • @Jacek_Suchowicz Jacku, coś mi się jeszcze przypomniało. Na wakacjach czy urlopie, bywałam też na wsi. I było jak w piosence "A tymczasem leżę pod gruszą, na dowolnie wybranym boku i mam to, co w życiu najświętsze - święty spokój"   A kogut szukał dla kurek dla różnych dobrych rzeczy i jak znalazł, wołał: - Co to, to, to, to ,to... - a one leciały jedna za drugą. Sam nie jadł, zostawiał dla nich.  A w kurniku, jak kura miała znieść jako, jakby mówiła tak: - NIeee pójdę do koguta, nieee pójdę, nieee pójdę...  - a jak zniosła jako, wołała; - Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz! Tych odgłosów nie da się zapisać, ale kto widział to towarzystwo, wie o czym piszę,  a opowiedziała mi o tym babcia, naśladując odgłosy .  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Dobrej nocy :)
    • @Wiechu J. K. Dziękuję.
    • @Mitylene dziękuję 
    • @Charismafilos ja też bardzo
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...