Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Przybiegła do domu podekscytowana zamiatając powietrze podskakującymi kosmykami brązowych włosów okalających twarz
i spadających na kark. Zatrzasnęła drzwi rozbijając mętną ciszę pomieszczeń, przebiegła przez sień drzemiącą półmrokiem
i zakrzyknęła z uśmiechem.
- Mam tajemnicę - zakręciła się wokół kobiety w kuchni zmywającej naczynia
- Jaką tajemnicę? - spytała kobieta bez większego ożywienia
- Nie mogę powiedzieć, bo jakbym powiedziała to nie byłaby tajemnica
- No faktycznie. No to zabierz tajemnicę i idź się bawić gdzie indziej, bo tu nie miejsce. Uciekaj
Nie mogła powiedzieć, że koleżanka z podwórka zdradziła jej odwieczny sekret. Nie mogła powiedzieć, że góra za ich domem do której jest zaledwie kilka minut drogi to góra życzeń i że życzenia tam wypowiedziane zawsze się spełniają. Taka góra jest bliżej nieba, więc Bóg musi lepiej słyszeć to co się na niej wypowie niż to co się wypowiada tu na dole. Nawet gdyby powiedziała mamie na pewno by nie uwierzyła. Teraz musiała się tylko tam dostać.
- Mamo mogę iść na tę górę za domem? – spytała znów zaglądając do kuchni tuż po jej opuszczeniu
- Nie ma mowy. Mało masz miejsca na podwórku do zabawy? Z resztą. Co za pomysł? Tam wszystko jest chaszczami zarośnięte. Jak kiedyś ludzie paśli krowy i kozy - kobieta przerwała zorientowawszy się, że nikt jej nie słucha. Córki już nie było - Ech - westchnęła
Mała osóbka nie mogła jednak zrezygnować ze swojego pomysłu. Przecież to była góra życzeń. Tuż obok jej domu. Jakby mogła nie skorzystać z takiej szansy. Zajrzała jeszcze raz do kuchni
- Podobno tam jest ścieżka. Może razem mogłybyśmy pójść tam na spacer?
- Nie mam czasu na spacery, a ty nigdzie się nie wybieraj. Tutaj masz dosyć miejsca do zabawy. Koniec dyskusji. Idź umyj teraz ręce i siadaj do stołu, bo zaraz obiad podaję.
Dziewczynka posłusznie wykonała polecenie matki, ale po głowie wciąż chodził jej pomysł, który przecież musiała zrealizować. Góra życzeń. Musiała, po prostu musiała dostać się tam.
Po obiedzie wyszła na zewnątrz, spojrzała na górę, spojrzała na dom. No przecież mama pewnie nawet nie zauważy, że poszła. Będzie myślała, że wyszła do sąsiadów, a ona tymczasem pobiegnie szybko na górę, wypowie życzenie i wróci. Nawet mama nie zauważy.
Jak pomyślała tak zrobiła. Już wkrótce ubrana w dżinsy i wytartą bluzę dziarsko maszerowała
w stronę góry. Potem biegła, bo przecież miała szybko obrócić, a góra wcale się nie przybliżała, tylko zupełnie jakby na złość wydawała się być coraz dalej. Szła pośród rozświergotanych drzew i raz po raz ujadających psów, czasami wysokie krzewy, domy i drzewa zasłaniały jej widok góry co budziło żywy lęk, czy góra nie zniknęła, albo czy nie przeszła na inną stronę. Potem wyłaniała się przed nią wysoka i majestatyczna. Uff. Co za ulga. Tylko ścieżki wzwyż nie mogła znaleźć. Pokonała czyjś ogródek, potem zarośla. Już była u podnóża góry. Nie mogła teraz zrezygnować. Podrapała się wśród krzewów, poparzyła pokrzywami, ale była dzielna. Postanowiła nie płakać. Szła w górę ciężko oddychając. Śpieszyła się mimo zmęczenia. Musiała szybko wrócić do domu, a jeszcze nie dotarła na szczyt. Kiedy zaczęło zmierzchać przemknęło jej nawet przez myśl, że może lepiej zawrócić, ale wtedy nigdy nie dotrze na górę i jej życzenie nigdy się nie spełni. Przyśpieszyła jeszcze bardziej. Już było niedaleko. Nie zważając na podarte dżinsy, poranione kolana, sączące się zadrapania na dłoniach szła uparcie.
Kiedy stanęła na odsłoniętym szczycie, nad skarpą z której widać było pejzaż zasypiających pól, wijącej się rzeki, zielenią ubranej ziemi, kiedy spojrzała na małe domy w dole i na zorzę malowaną na zachodzie była już pewna, że to magiczna góra. Z radością wypowiedziała swoje życzenie. Powtórzyła trzy razy zamykając mocno powieki i ściskając pięści, żeby na pewno góra i ten nad górą ją usłyszeli. Nie rozkoszowała się widokiem, nie zatrzymywała się za długo. Pędem zaczęła biec w dół. Musiała wrócić jak najprędzej. Przewracała się raz po raz. Pośród krzewów i w cieniu drzew było już zupełnie ciemno, pohukiwania sów i szelest pojawiający się obok wydawały się teraz straszne. Chciała już dotrzeć do domu. Potykała się o gałęzie, których nie widziała pod nogami, wchodziła w strumienie, które ukryły w mroku. Zerkała na gwieździste niebo uśmiechające się spośród gałęzi drzew i powtarzała sobie – to przecież magiczna góra - góra życzeń. Co mi się może stać? Muszę się tylko pośpieszyć, bo mama może mnie szukać.
Kiedy wyszła na ścieżkę nie wiedziała gdzie jest i w którą stronę skręcić. Coś po drodze musiało jej się pomylić. A może nie pomyliło jej się, tylko w ciemności wszystko wyglądało inaczej. Usłyszała ujadanie psów i poszła za ich głosem . Wkrótce w oddali zobaczyła światło latarni, pobiegła za nim
i w końcu rozpoznała okolicę. Pobiegła pędem w stronę domu. Po jej twarzy płynęły łzy ulgi po strachu, który niczym tona ołowiu spadł z jej małego serduszka. Z radością dopadła do furtki podwórka, otworzyła i zatrzasnęła ją z impetem. Podbiegła do drzwi, otworzyła je i stanęła nieruchomiejąc z przerażenia. Z wnętrza domu dobiegał płacz i krzyk matki przeplatany z krzykiem
i wyzwiskami pod jej adresem wypowiadane przez męski głos.
- Nawet dziecka nie potrafisz upilnować. Do niczego się nie nadajesz ścierwo cholerne! - brzmiało pośród wielu innych okrzyków i wbijało się przez uszy małego człowieka po sam kręgosłup duszy. Musiała iść i pokazać, że jest, więc poszła dzielnie i stanęła w drzwiach.
- Ty mała łachudro - usłyszała bełkoczący głos, zobaczyła czerwoną twarz i złowieszczo patrzące oczy potwora, nos przewiercił mdlący odór alkoholu, chciała uciec, ale rzucił się za nią, pochwycił, a potem bił i bił. Rzucił nią o ścianę i o szafę, chwycił pas. Bolało. Krzyczała, próbowała się wyrywać. Mamę też rzucił, gdy próbowała jej bronić.
Kiedy leżała z odrętwiałymi z bólu dłońmi i nogami, ledwo patrząc przez załzawione oczy, kiedy on już nie miał sił bić dalej wyszeptała cicho
- Ja chciałam tylko, żeby on więcej nie pił.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...