Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Rozdział 1


O świcie zdecydowałam się . Nareszcie. Długo trwałam w wahaniu odczuwając chęć i przymus. Tak, nie było innego wyjścia i dobrze o tym wiedząc od początku zdawałam sobie sprawę , że trzeba podjąć ostateczną decyzję. Ale za nią szła konieczność działania, bo myśleć ,kombinować , rozważać od różnej strony ,czasem , gdy znajdzie się wiernego słuchacza mówić o tym, jest o wiele łatwiej niż zacząć działać. O tym świcie,kiedy tylko przetarłam oczy i spojrzałam w kierunku okna rozświetlonego brzaskiem, mechanicznie, bez pośpiechu ubrałam się i nic ze sobą nie zabrawszy, prócz nieco jadła i picia, wyszłam za bramy Miasta Beznadziei. Nic ze sobą nie zabrałam i nic też za sobą , po sobie nie zostawiłam . Wszystko było przeszłością ,a przeszłość ta nie miała już mocy , teraźniejszość zaś pozbawiona była szans na nowe.
Zanim przekroczyłam granicę murów, kątem oka dostrzegałam inne nieliczne postaci rzucające długie cienie przełamujące się wpół , część na ulicy część na murze, by za chwilę wejść na którąś z dróg i stać się jednym długim cieniem , który miał nam towarzyszyć, aż do końca jako jedyny , a może nie ?
Tymczasem rzut oka na okolicę . Cóż za pustka ogromna, aż po horyzont . Płaskie pola, siwe i zrudziałe jak broda starca . Dróg było wiele . Ja wybrałam swoją i wiedziałam , że końca jej szybko nie dostrzegę , a przynajmniej tak mi się wydawało. I rzeczywiście szłam i szłam , słońce przypiekało coraz bardziej, a tu ani jednego drzewa , ruczaju bodaj małego stawiku, w którym można by zakosztować ochłody. Nic tylko droga i pola. Bezkres. Zaczęłam żałować wyboru , ale przecież w punkcie wyjścia wszystkie drogi zaczynały się tak samo i tak samo wyglądały . Jakąż miałam gwarancję , że tamte były lepsze? Zaczęłam , bardzo już zmordowana , spierzchłymi wargami wymawiać bezgłośnie modlitwy do wszystkich bogów , jakich znałam . Do wszystkich świętych o których mi mówiono. Uparcie w tym bezgłośnym szemraniu dostrzec pragnęłam tego jednego , jedynego , który mógłby, powinien był mi pomóc , bo słyszałam o tym , że niektórym pomógł . Zapewniali nawet o tym solennie. Nie było podstaw by temu nie wierzyć. Teraz jednak chodziło o mnie. To ja potrzebowałam pomocy , ale nie wiedziałam do kogo mam się modlić. Nie znałam tego jednego jedynego imienia , które by zadziałało jak zaklęcie i przynosiło ulgę wyzwolenia. Szepcząc więc modlitwę bez większej nadziei i uniesienia jaka zapewne powinna temu aktowi towarzyszyć zrazu nieznacznie , a potem coraz intensywniej nozdrzom dał się odczuć straszliwy fetor. Umiałam go rozpoznać i to od razu , gdyż już go przedtem znałam . Padlina. Gdzieś tu była , niedaleko. Czas jakiś fetor szedł przede mną , a właściwie to już we mnie przeniknąwszy mnie i wszystko dokoła. Zdawało się , że świat cały cuchnie i niebo i słońce , które wyżej stawało i prażyło niemiłosiernie. Ścierwo leżało na poboczu. Masywne rozdarte i wstrętne. Było to ścierwo dzika , odyńca. Nie miał jednej szabli , była wyrwana , wnętrzności wydarte i wyjedzone. Zagarniając poły sukni przytknęłam je do twarzy zasłaniając nos i usta. Nic to jednak nie dało. Przeciwnie, dusząc się własnym oddechem, po fali torsji, zwymiotowałam resztką płynu , który dawno wypiłam i kwasem żołądkowym palącym teraz przełyk i gardło. Wymiotując wdychałam fetor pełnymi płucami , tak że nie było już w nich śladu zdrowego powietrza. Pić , ach pić. Palenie kwasu stało się nie do wytrzymania. Rozejrzałam się bezradnie dookoła i nagle dostrzegłam to, czego nie mogłam dostrzec wcześniej, uwagę mając skupioną na padlinie a myśl zmąconą smrodem, gdyż i w umyśle zagnieździł się na dobre. Rosła trawa . Na tym ugorze zielona, bujna, tuż obok padliny. Zajrzałam za nią i dostrzegłam przyczynę jej bytu. Woda. Małe oko wody jak oko wielkiej ropuchy, zielone i modre zarazem, gdyż odbijało niebo. Rzuciłam się ku niej, a szklane oczy dzika wpatrywały się tępo w przestrzeń. To mnie zatrzymało. Ta woda jest z pewnością zatruta. Sygnał ostrzegawczy przyszedł nagle , ale poprzedzony był doświadczeniem pokoleń. One wiedziały , że padlina jest trucizną od której się umiera. Rozpoczęła się straszliwa walka pomiędzy pragnieniem, a rozsądkiem. Żeby choćby jedna podpowiedź , najmniejsza wskazówka. A jakby postąpiło zwierzę , ptak może? Zwierzęta obdarzone węchem , instynktem silniejszym niż ludzie wiedzą, co mają robić. Ja nie wiedziałam. Mózg prawie eksplodował, a oczy nieprzytomnie rozglądały się dookoła , to spoglądały w niebo , jakby tam szukały ratunku , to znów błądziły po polach, gdy wtem z jednego miejsca od horyzontu jeszcze bardzo daleko wzrok spostrzegać zaczął ruch jakiś nieokreślony, coś jakby kilka ciemnych punktów posuwało się naprzód wyraźnie w moim kierunku. Od razu poczułam niepokój , choć jeszcze pojęcia nie miałam , co to może być. Zapomniałam o pragnieniu i uwagę mą skupiło to niespodziewane wydarzenie. Nad szybko przemieszczającymi się punkcikami ukazywały się tumany pyłu, ziemia bowiem sucha była jak pieprz. Nagle doznałam olśnienia. To psy, wściekła sfora z pyskami wietrzącymi powietrze, pędziła w moją stronę. Dzik , ten dzik co tu leży też został przez nie rozszarpany , to nie ulegało wątpliwości jak i to , że i mnie spotka wkrótce ten sam los. Nie było czasu do stracenia. Uciekać i to jak najszybciej, tylko dokąd?
Droga, czego przedtem nie zauważyłam, wyraźnie zaczęła piąć się pod górę. Wzniesienie terenu było na tyle duże, że nie widziałam jej dalszego biegu. Rzuciłam się przed siebie ile sił w nogach ,a sfora przybliżała się z wściekłym ujadaniem. Moja ucieczka dodawała im impetu tak jak mi dodawał go strach pierwotny , głuchy i tępy , gdy niczego się nie dostrzega prócz śmierci co pędzi za tobą, tuż za plecami . Wzniesienie opadło nieoczekiwanie i oczom moim ukazał się dziwny tunel z drzew rosnących po obu stronach drogi. Drzewa splatały się gałęziami tak szczelnie , że w tunelu tym panował prawie całkowity mrok .Ten niezwykły widok zatrzymał mnie na moment, ale nie był to dobry moment na zastanawianie się . Tylko tu mogłam się schronić i choć psy też mogły wbiec tu za mną, ogarnęła mnie dziwna pewność , że tego nie uczynią, że jest to granica , której nie wolno im przekroczyć. Pewność zamieniała się w fakt. Psy po spazmie wściekłego ujadania w którym słychać było jak bardzo są rozczarowane , zaskomliły jeszcze trochę żałośnie i poszły sobie nie wiadomo dokąd . Może tam skąd przyszły , ale skąd ? Co było za horyzontem ? Jakie zło je tu przygnało i gdzie ja teraz jestem ?
Drzewa rosiły. Z każdego liścia, listka i listeczka spadała co chwilę kropla. Rosiło nieustannie. Po spiekocie i pragnieniu jakich jeszcze tak niedawno doznałam , dawało to olbrzymie uczucie ulgi. Mogłam też napić się do woli, gdyż z większych zwisających gałęzi woda ściekała cienką lecz nieustanną strużką. Teraz przypomniał o sobie głód. W spiekocie zupełnie go nie czułam , ale tu w mroku i chłodzie , po doznanych emocjach przyszedł ze zdwojoną siłą. Byłam na to przygotowana i za chwilę wyciągnięte z torby, przewieszonej przez ramię, dwie pajdy chleba, grubo posmarowane masłem, zasiliły mój skurczony żołądek. Życie prawie stało się znośne , a droga, choć dalej nosiła znamiona niewiadomej, wydała mi się łatwą do pokonania. Pełna więc optymizmu ruszyłam naprzód.
cdn.



Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...