Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Piszę z potrzeby duszy, wyrażając zgromadzoną wiedzę i refleksje. Mam na względzie napisanie tego przede wszystkim samemu sobie. Sporo dumam nad sensem nie tylko żywota, ale i uczuć, z których najświętsze miłością jest zwane. Mawia się, że nie jedno jej imię i że z nikąd przychodzi, nie wiedzieć czemu. Chyba kulturowo uwarunkowane jest to, że skłania ono do poświęceń, mimo iż egzekwowanie tychże jest właściwie jej obce. Obserwuję, że w związku opartym na miłości, samowolne przysługiwanie się osobie kochanej, miewa na celu podtrzymanie relacji. Nie jest więc zupełnie bezinteresowne, tym bardziej, że wynika z potrzeb obdarzającego miłością. Klasyczne przejawy tego uczucia kształtuje biologia, wychowanie, kultura, religia, a nawet czas i miejsce oraz nieprzewidywalne i nie dające się kształtować przypadki najdziwniejsze. Statystyki zdają się wskazywać, że połowa ludzi na świecie żyjących w związkach łączy miłość, a drugą połowę wiąże w pary przyjaźń, rozsądek, kultura, konieczności przeróżne, czy choćby tylko i wyłącznie zaspokajanie fizjologicznych potrzeb.

Prawdą bywa, że ekspresja siebie w związkach opartych na miłości uszczęśliwia, co wręcz na samolubstwo zatem zakrawa. Cóż zatem definiuje miłość?
Jaki jest jej wzorzec?

Zdolność do metamorfoz tego uczucia i ogrom jej przejawów, sprawia że zdaje się zanikać niekiedy lub przeistaczać li tylko w przyjaźń jakąś - bo na przykład: Czym się różnią zakochani w sobie od przyjaciół serdecznych? Odpowiadam sam sobie: Niewątpliwie sposobem ekspresji tego co do siebie czują! Także stopniem intymności, namiętności, wiary w siebie nawzajem
Upowszechnił się pogląd, że: każda miłość jest inna i niepowtarzalna, jak ludzie którzy się nią darzą.
Mimo to, a może właśnie dlatego rozważam za Mickiewiczem:

NIEPEWNOŚĆ

Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę,
Nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę;
Jednakże gdy cię długo nie oglądam,
Czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam;
I tęskniąc sobie zadaję pytanie:
Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?
Gdy z oczu znikniesz, nie mogę ni razu
W myśli twojego odnowić obrazu?
Jednakże nieraz czuję mimo chęci,
Że on jest zawsze blisko mej pamięci.
I znowu sobie powtarzam pytanie:
Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?
Cierpiałem nieraz, nie myślałem wcale,
Abym przed tobą szedł wylewać żale;
Idąc bez celu, nie pilnując drogi,
Sam nie pojmuję, jak w twe zajdę progi;
I wchodząc sobie zadaję pytanie;
Co tu mię wiodło? przyjaźń czy kochanie?
Dla twego zdrowia życia bym nie skąpił,
Po twą spokojność do piekieł bym zstąpił;
Choć śmiałej żądzy nie ma w sercu mojem,
Bym był dla ciebie zdrowiem i pokojem.
I znowu sobie powtarzam pytanie:
Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?
Kiedy położysz rękę na me dłonie,
Luba mię jakaś spokojność owionie,
Zda się, że lekkim snem zakończę życie;
Lecz mnie przebudza żywsze serca bicie,
Które mi głośno zadaje pytanie:
Czy to jest przyjaźń? czyli też kochanie?
Kiedym dla ciebie tę piosenkę składał,
Wieszczy duch mymi ustami nie władał;
Pełen zdziwienia, sam się nie postrzegłem,
Skąd wziąłem myśli, jak na rymy wbiegłem;
I zapisałem na końcu pytanie:
Co mię natchnęło? przyjaźń czy kochanie?

No cóż! Wygląda mi na to, że miłość do wypadkowa szeregu składowych, nie zaś ich pochodna - w ujęciu właściwym dla techniki. Przyjaźń, intymność, przychylność itp. w różnych kompozycjach i nasileniu zdają się sprawiać, że w swych przejawach miłość tak się przeobraża.
Potrzeba bliskości psychicznej i fizycznej, zaangażowanie, potrzeba stałości, gotowość do wyrzeczeń dla dobra wspólnego, wydają się być korzystne, wręcz sprzyjające temu uczuciu. Trudno jednak mierzyć i wyznaczać proporcje owym składowym; a jeszcze trudniej miłość w zastanym świecie pozbawić zaangażowania i intymności, w której namiętność rozkwita a komunikowanie się koi.
Podłożem tego wszystkiego jest dobra wola - wybornie sprzyjająca akceptacji wzajemnej, a nawet odmiennych upodobań, poglądów, dając poczucie, iż jest się potrzebnym, ba pożądanym - uszczęśliwia to właśnie niewymownie. Zaangażowanie w siebie, splatające odrębne dwa życia w jedno, fascynuje jako idea związku małżeńskiego, która została przedstawiona jeszcze w Edenie.

Wiem że rzeczownik miłość to uczucie, zaś czasownik kochać dotyczy tego jak uczucie to jest przejawiane.
Słowo Boże przedstawia w superlatywach miłość opartą na zasadach, jako dobrowolne i bezinteresowne uczucie. Przedumałem te wyrażenia, chyba podobnie jak William Barclay, gdyż jak on uważam, iż miłość wierna zasadom wiąże się z umysłem. Nie jest uczuciem które spontanicznie rośnie w sercu (jak to może się dziać w wypadku miłości filia). Uczucie to wiąże się emocjonalnie z zasadami, którymi świadomie kierują się pobożni w życiu. Tak pojmowaną miłość w języku greckim reprezentowało słowo agape. Znamiennie używający go kojarzyli je przede wszystkim z wolą (sic!). Wobec tego agape wskazuje na ujarzmienie czegoś, na zwycięstwo, wyczyn. Cechę tą podkreśla okoliczność, że normalnie nikt nie pała miłością do swych nieprzyjaciół. Miłowanie ich wymaga ujarzmienia wszystkich naturalnych uczuć i skłonności. I właśnie agape jest siłą pozwalającą miłować nawet to, co nie wzbudza ciepłych uczuć, kochać nawet tych ludzi, których nie lubimy.

Ktoś zauważył, iż łatwiej powiedzieć, czym miłość nie jest, niż czym jest. Uważam że jest to stwierdzeni prawddziwe, gdyż dziewięć cech wymienionych w poemacie o miłości zostało wyrażone zdaniami przeczącymi, a tylko siedem za pomocą zdań twierdzących (sic!) Po raz kolejny, zanim przystąpiłem do zredagowania tej wypowiedzi, w zadumie snułem rozważania na osnowie owego poematu. Oto co tym razem dostrzegłem w odniesieniu do miłości biblijnie zdefiniowanej:

nie jest zazdrosna - uważam, że aby to przeczenie miało wyłącznie pozytywny wydźwięk, to zazdrość musi oznaczać nie tolerowanie współzawodnictwa o względy osoby kochanej. Pozytywna zazdrość ma prawo stać na straży wzajemnego oddania

nie chełpi się, bo wówczas stawiałbym siebie wyżej od osób kochanych

nie nadyma się wynosząc się nad osobę darzoną miłością, lecz wręcz przeciwnie uważa ją za lepszą od siebie. W efekcie pomiędzy tak miłującymi jest jednomyślność i zgoda, jako przeciwieństwo kłótliwości i wyniosłości. Bez pokory nie da się uważać osoby kochanej za lepszą

nie zachowuje się nieprzyzwoicie również w odniesieniu do zastanych norm prawnych i obyczajowych, zasad współżycia społecznego, etykiety, gdyż świadczyłoby to o lekceważeniu odczuć i uczuć oraz praw innych. Chodzi to też o to, by pod wpływem tak pojmowanej i przejawianej miłości postępować taktownie. Wypływające z takiej miłości zainteresowanie pomyślnością osób kochanych, powstrzymuje od wszystkiego, co nietaktowne lub nieprzyzwoite, co mogłoby urazić

nie upatruje własnych korzyści - zapewne w sytuacji, gdy trzeba dokonać wyboru czyje dobro postawić wyżej. Jakże istotne znaczenie ma ta zasada w sytuacji, w której występuje sprzeczność interesów, co nie należy do rzadkości w tym stroju lutni, w którą wplątany duch każdego z nas (Norwid). Wówczas kierowanie się tak pojmowaną miłością, pozwala dać pierwszeństwo osobie nią darzonej

nie daje się rozdrażnić, wymaga to panowania nad sobą i brania poprawki na to, że w tej lub innej dziedzinie, pod tym czy innym względem każdy bywa przeczulony!... By kochać wg tej zasady, należy trzymać się w ryzach w obliczu zła, bo przecież o wiele częściej mam z nim do czynienia, niż z dobrem, bywa że także od osób które kocham i które mnie kochają

nie prowadzi rachunku krzywdy - nie oznacza to, że nie trzeba zwracać żadnej uwagi na doznaną krzywdę lub niesprawiedliwość. Trzymanie się tej zasady skłania jedynie do tego, by się non stop nie gniewać ani nie chować urazy. Wymaga to autentycznego przebaczania oraz zapominania o problemie, gdy tylko zostanie rozwiązany lub zdefiniowany, wyjaśniony. Lekceważenie tej zasady, to najlepszy środek pozbawiania samego siebie radości z życia, której i tak mi nigdy za wiele.

nie raduje się z niesprawiedliwości - patrząc na to co mnie otacza, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że najprościej, najłatwiej i najwięcej radości zdaje się dawać niesprawiedliwość w najróżniejszych jej odmianach. Uważam to jednak za postępujące wynaturzenie rodu ludzkiego. Do radowania się z tego co nikczemne, uzdalnia samolubstwo, którego najłagodniejszym przejawem jest myśl: "dobrze że nie mnie to spotyka"

nigdy nie zawodzi - w znaczeniu że jej nie zabraknie, nie tylko we mnie, ale i dla mnie - w przeciwnym razie: "wróćmy znów do snu", najlepiej śmiertelnego! Miłość agape nigdy nie zawodzi także w sensie kierowania się wymienianymi zasadami. Myślę też, że dzięki niej można satysfakcjonująco sprostać każdej sytuacji i każdemu wyzwaniu

jest wielkoduszna - niedoskonałość moja i innych sprawia, że bez wielkoduszności, to znaczy bez cierpliwego znoszenia siebie nawzajem nie da się żyć nawet w najlepiej dobranym związku. Im dłużej żyję, w coraz gorszych warunkach bytowych, tym bardziej się o tym przekonuję.

życzliwa - poprzez chętne śpieszenie z pomocą. Już sama gotowość do tego, jest taka ujmująca.

się raduje prawdą - gdyby spersonifikować prawdę i miłość, to zdaje się że prawda i miłość idą w parze i obyć się bez siebie nie mogą. Dochodzenie prawdy tak o sobie samym jak i o osobie kochanej bywa niełatwe, ale satysfakcjonujące. Pewnie dlatego i w tym aspekcie miłość odczuwa radość z ustalonej w końcu prawdy. Ponieważ jednak kontekst wskazuje, że w poemacie o miłości prawdę przeciwstawiono niesprawiedliwości, więc kryje się w tym także myśl, że miłość raduje się sprawiedliwością, a w szczególności z jej zwycięstwa

wszystko znosi - uważam, że znosi w znaczeniu iż zakrywa, tzn. nie ujawnia błędów popełnionych przez osobę darzoną miłością. Złota reguła dyktuje z tą samą intensywnością, z jaką podejmuję starania by nie były znane błędy które popełniam, podejmować starania, by nie ujawniać błędów tych wszystkich, których kocham. Chociaż errarum humanum est, to jednak z uwagi na poczucie godności będącej w mym odczuciu reliktem utraconej doskonałości, obnażanie i eksponowanie dostrzeżonych błędów i słabości, niszczy poczucie godności. Wiem, że bez niej byłbym niezdolny do kochania siebie i w konsekwencji, także osoby która godności mnie pozbawiła. Miłość zakrywa mnóstwo grzechów, nie zliczając ich po mimo, że "znów to samo". Niemniej gdy popełnianie błędów staje się patologiczne, to wówczas ujawnienie ich odpowiedniej osobie (np. psychologowi) jest przejawem miłości.

wszystkiemu wierzy - zapewne w znaczeniu pozytywnego nastawienia, a nie naiwności. Dlatego nie daje pochopnie wiary sensacyjnym, nieprawdopodobnym, a nawet prawdopodobnym doniesieniom. W tym miejscu nie mogę się oprzeć, by nie napisać, iż nie możliwe jest rozbudzenie w sobie wiary bez tego nastawienia. Jeżeli siłą woli udaje mi się ujarzmić sceptycyzm, do jakiego skłaniają codziennie doznawane kłamstwa, a także doświadczenie życiowe wskazujące na to, że co prawdą było, już nią nie jest, to zaczynam wierzyć. Powinno się tak postępować dotąd, dokąd nie ma niezbitych dowodów, iż jest się umyślnie (szczególnie z podłych pobudek) oszukiwanym. Niechęć do naiwności sprawia, że przejawiam krytycyzm, jednak nie chcę podchodzić do wszelkich informacji nazbyt krytycznie, niejako "na wszelki wypadek", by nie dać się oszukać - takie nastawienie, paradoksalnie grozi to samooszukiwaniem! Uważam, że prawdziwa miłość (agape) nie może być pozbawiona czujności, tak samo jak ufności

wszystkiego się spodziewa, pozostając w pozytywnym nastawieniu do przyszłości. Dzięki wytężeniu siły woli zgodnie z tą zasadą, zacząłem pokładać nadzieję ukształtowaną Bożymi obietnicami. Co do ludzkich tyle razy się rozczarowywałem, że chyba z nadmiernej ostrożności sam ich innym i sobie niemal nie składam. Trudno mi sobie z tym zahamowaniem poradzić, pomimo iż wiem, że bez nadziei rolnik nie zaorałby gleby i nie posiał ziarna, a w konsekwencji umarłby z głodu. Okoliczność ta ma jednak tą dobrą stronę, że unikam rozczarowań i ich nie powoduję; bywają bowiem one następstwem wzbudzenia i pielęgnowania nierealistycznych oczekiwań. W myśl tej zasady miłość żywiona jest nie tylko ufna, ale też pozwala widzieć przyszłość i spodziewać się po niej tego co dobre

wszystko przetrzymuje - pewnie dlatego wszystkiemu wierzę i wszystkiego się spodziewam siłą woli pokonując skłonność do niewiary i nieufności, oraz znosząc nie jedno w "niemoim" świecie, jaki zastałem nieoczekiwanie przez innych i siebie.

Miłość agape to potęga - pojąłem jej moc oddając sie lekturze książki Viktora Frankla pt.: "Człowiek poszukuje celu". Na przykładzie więźniów hitlerowskich obozów koncentracyjnych, autor pokazał, że ci którzy nie umieli określić sensu swego istnienia, czuli się samotni i tracili chęć do życia. Stwierdził w niej, że pobyt w obozie nie zdołał podkopać poczucia własnej wartości u tych, u których jej źródłem były rzeczy wznioślejsze, głównie natury duchowej. Napisał m.in.: "Gdy cierpienie nabiera znaczenia, na przykład znaczenia ofiary, w pewnej mierze przestaje być cierpieniem (...) Człowiekowi najbardziej zależy nie na tym, by doznawać przyjemności lub unikać bólu, lecz by widzieć celowość własnego istnienia. Toteż gotów jest nawet cierpieć, ale tylko wtedy, gdy widzi, że to na pewno ma sens". Zauważył on jeszcze, że jeśli cierpienie ma sens, można je nie tylko znieść, lecz nawet czerpać z niego radość: "Niejednemu męczennikowi na stosie mógłby pozazdrościć szczęścia król zasiadający na tronie" - stwierdził znamiennie.

Cóż zatem? Otóż posłuszny wymienionym poglądom staram się wsiewać w glebę swego umysłu nasiona tego, co szlachetne - one to sprawiają, że mojemu życiu przyświecają szczytne cele. Staram się nie zostawiać miejsca nasionom negatywnych myśli i ponurego uczucia samotności, które doskwierać może nawet, a może przede wszystkim w tłumie. Miewam momenty, że to co robię wydaje się nierealne. Wówczas powtarzam sobie niczym mantrę: "Tam, gdzie hodujesz róże, (...) oset wyróść nie może". Tak podchodząc do siebie i życia, staram się mieć z niego satysfakcję, "bo nierad bym smucić, Ani przed sobą kłamstwa rzucać cień, By skryć, jak czego nie można odrzucić, By uczcić, czego wyciąć trudno w pień" (Norwid).

Dlatego tak bardzo potrzebowałem i potrzebuję, aby poza mną istniała Istota lepsza ode mnie, będąca uosobieniem miłości, Na niej zawisa mój światopogląd i stosunek do obecnego życia.

Wierzę więc że istnieje i sprawi cuda, których rezultatem będzie dosyt miłości.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 @Rafael Marius @Jacek_Suchowicz   Za mistrzem...   Fraszki to wszystko, cokolwiek myślimy, Fraszki to wszystko, cokolwiek czynimy; Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy, Prózno tu człowiek ma co mieć na pieczy. Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława, Wszytko to minie jako polna trawa; Naśmiawszy się nam i naszym porządkom, Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.    Dziękuję. 
    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...