Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Powiedz, mi proszę, sumienny robotniku
Kogo przedstawia ta rzeźba na pomniku?
Pomyśl: to wielki wódz został uwieczniony
Który zawojował cztery świata strony
Dumne jego czoło i dumna prawica
Surowa prawość spogląda z jego lica
Cóż to za wódz był! czegóż nie dokonał
Nim bohatersko w obronie kraju nie skonał
Wzniósł łuk triumfalny, zbudował wielkie mury
Pięć mostów i cztery tunele przez góry
Uchwalił nowe prawa - przypomnij sobie
Gdy umarł ludzie musieli tkwić w żałobie
Sławiono w pieśniach myśl innowacyjną
Dobroć serca, dumę, szczodrość lokacyjną
No właśnie, chwalono, lecz czy nie za bardzo
Powiedzieć muszę, wcale wodzem nie gardząc:
Ujrzałem nagle drugą stronę medalu
I zapytać chciałbym, bez nuty żalu:
Mów szczerze, człowiecze, kto mury budował?
Wódz niezmordowany w upale harował?!

Czy ktoś go wyręczył, jakiś budowniczy
Dlaczegóż to imię jego już się nie liczy
Czy ten człowiek miał głów sto, a ramion tysiąc
Nie sądzę, choć pochlebcy mogliby przysiąc
Ale - nie w pojedynkę wygrywał bitwy
Choć spełniały się słowa jego modlitwy
To Ci wszyscy, którzy w tym pomagali
W cieniu zwycięzcy nagle się pochowali
Kto miecz wykuwał, kto bochen piekł chleba
Kto sądy sprawował? Teraz przyznać trzeba
Niejeden pracował na triumfu godzinę
A kiedy nadeszła, musiał zejść w dolinę
Walczyli dzielnie, pracowali wytrwale
Patrzyli nań z podziwem, czasami z żalem
Ustąpić musieli temu, który stał na szczycie
I na głowach tłumów postawił swe życie
Kto pisze historię może zdecydować
Co wynieść na świecznik, a co pod dno schować
Więc idąc ulicą pomyśl pokutniku
Jaki "bohater" stanął na pomniku

14.02.2011 \ 03.2012

Przypomniała mi o nim Oxyvia swoim wierszem pt. "Żołnierz wrogiej armii".

Opublikowano

Naturalnie, Sławo, nie chodzi o konkretną postać... Miałem na myśli ludzi, którzy znaleźli się na szczycie dzięki nie swoim zasługom... i nie tylko... Miło, że wpadłaś :)
Pozdrawiam

Opublikowano

Zgadzam się z Tobą, Sylwestrze. Muszę tylko dodać, że utwór nie jest nowy, ja go tylko odświeżyłem i nie chciałem już zmieniać formy. Kiedyś pisałem wyłącznie utwory w tej właśnie formie, później postanowiłem zrobić krok do przodu.

Żeby było śmiesznie, tamtych dwóch wersów nie było w pierwotnej wersji. A inspirację zaczerpnąłem z historii Rosji.

Pozdrawiam, do poczytania :)

Opublikowano

To o czym (o kim) piszesz to już historia,ale
wiadomo i Tobie i mnie, że nie wszyscy wiedzą
kto się zasłużył, a k`to nie:) Wiersz dobrze
współgra z wierszem Oxyvii.Przeczytałam z uwagą
i mogę plusik za pomysł:))
Serdecznie pozdrawiam:)



E.K.

Opublikowano

Czytałam Twój wiersz kilka razy i mam mieszane odczucia; z jednej strony jest to życzliwa zazdrość, z drugiej uczucie przytłoczenia słowami. Zazdrość, ponieważ ja nie potrafię pisać długich, monumentalnych dzieł. Przytłoczona się czuję wyniosłymi, posągowymi słowami wiersza, które akurat w tym przypadku są adekwatne do tytułu i treści.
Nie przepadam za rymami gramatycznymi, coś mnie w nich "bodzie",
ale to moje subiektywne odczucie.
Podoba mi się zamysł i sens utworu. W każdym działaniu najważniejszy jest upór, zamiłowanie do tego co się robi i chęć doskonalenia umiejętności. Myślę, że to wszystko jest Twoim udziałem, życzę powodzenia, pozdrawiam serdecznie
- baba

Opublikowano

To rzeczywiście dość ciężki utwór, aczkolwiek lekko napisany :). Ty nie potrafisz pisać dzieł monumentalnych, ja dla odmiany nie potrafię zbytnio tworzyć lekkich miniaturek. Każdy ma swoją część.

Rymy gramatyczne? Kiedyś pisałem niemal wyłącznie takie utwory (spójrz na datę!), później trochę mi przeszło. Cały czas się ćwiczę, pomysłów mi nie brakuje...

Pozdrawiam ciepło
Roklin :)

Opublikowano

Zgadzam się z wymową wiersza w zupełności. Nigdy żadna wielkość nie wyrasta z niczego, to cały naród na nią pracuje. A laury zbiera tylko jedna osoba.
Ale to może nie zawsze jest niesprawiedliwe? Jednak zwykle jest to człowiek, który jako jedyny umie wykorzystać talenty i pracę innych w tym najlepszym, najdoskonalszym celu i w ten sposób popchnąć cywilizację do przodu.
A jeśli chodzi o "wielkich wodzów", to ja ich nieszczególnie lubię. Zresztą ich "wielkość" jest w ogóle coraz mniej ceniona, a coraz bardziej jednak potępiana, przynajmnie w Europie, gdzie już mija moda na imperializm. I całe szczęście. :-)

Opublikowano

Oxyvio, dziękuję za komentarz :)
Tu znowu pojawia się pytanie: kogo możemy nazwać bohaterem? Moim zdaniem powinniśmy pracować na siebie (jednostkę bądź grupę), nie przyjmując cudzych zasług.
W dzisiejszym świecie ludziom brakuje autorytetów, kogoś, na kim można by się wesprzeć, kogoś, kto góruje doświadczeniem i wiedzą. Wystarczy popatrzeć na zawartość programów w telewizji (ciekawe pytanie: czy ten, kto wymyślił telewizor, przewidział, do czego zostanie on wykorzystany? ;p).
Nie podoba mi się polityka imperializmu - najpierw posprzątaj własny dom, zanim zabierzesz się za cudzy. Cóż, w gruncie rzeczy wiele zależy od nas samych...

Pozdrawiam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • ───

      I. Moskwa – Odessa
      Który już raz lecę z Moskwy do Odessy –
      I znów złapali mnie w nie linii lot!
      Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy,
      Niezawodna niby Wołga wszystkich flot.

      Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów,
      I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie,
      albo w Trieście...
      Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów,
      Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie...

      Mówili mi: „Nie licz na te adresy,
      Na żaden z niebios komunizmu dar”.
      A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy –
      Teraz jest oblodzony pas na start!

      A w Leningradzie z dachu woda kapie,
      Więc może mi pisane lecieć do Leningradu?
      Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie,
      Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie!

      Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs!
      A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy,
      Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy,
      I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust!

      Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód,
      Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg,
      Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród,
      To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg!
      Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam,
      Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic –
      Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam,
      A z góry na nas patrzy tej całej floty widz!

      Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort,
      Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą.
      Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port!
      I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę.

      No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom,
      Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak,
      Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą!
      Znajdą powody nawet, gdy powodów brak...

      Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła,
      Gdzie jutro gradobicie zapowiadają.
      Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają,
      Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra!

      Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach,
      I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot –
      I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa,
      Tak przystępna, jak ten cały fłot,

      Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk,
      A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg,

      Mam tego dość już, psia kość,
      I lecę tam, gdzie mi pozwalają!
      Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość,
      I lecę tam, gdzie mi otwierają!
      II. Polowanie na wilki
      Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem,
      Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem
      Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem
      Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty.

      Dwururki schowały się w cień jódł
      Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą;
      Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł
      Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów,

      Refren:
      Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie!
      Na szare samce, matki i szczenięta.
      Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -.
      To na śniegu krew i plamy krwawych flag.

      W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw,
      Strzelającym nie zadrży ręka,
      Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami,
      Biją bez litości, a ich kula celu sięga.

      Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej;
      Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione
      Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak
      Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!”

      Refren 

      Łapy u nas i szczęki wytrwałe.
      Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi,
      Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem,
      Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić!

      Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo.
      A moje dni już są policzone.
      Myśliwy już broń ujął w rękę prawą
      Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną.

      Refren

      Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag —
      Chęć życia jest we mnie silniejsza!
      I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask
      I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza.

      Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna,
      Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze.
      Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach,
      Ale gończym nic nie zostanie w rękach!

      Refren
      III. Polowanie z helikopterów
      Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy,
      I otwarła się brama hangaru,
      A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy
      Most chrzęsci pod naszym ciężarem.

      A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą,
      A śnieg wolno spada z gałęzi świerków.
      A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką,
      Śmigłowca huk był jak psa warkot.

      Refren:
      Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!!
      Na wilki szare, uparte i gniewne
      Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch,
      Już zapomnieli o litości pewnie—

      A kule koszą wsio stworzenie.
      Biegnę i wdycham te mroźne opary,
      Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem.

      Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary.
      A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk,
      Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej,
      A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg
      Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!”

      I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz.

      Refren

      Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się;
      Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku.
      I niech ci na górze próżno szukają mnie –
      Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku!

      A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem;
      Znów śnieg na bagnach wolno pada;
      Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę,
      Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady!

      ───
       

       

      @Michał PawicaWstęp:

       

      Cień Arbacie, Cień Łubianki

       

      Bułat miał rację, mówiąc o Polsce z tym swoim melancholijnym, moskiewskim zachwytem.

       

      Widział nas przez pryzmat hejnału mariackiego, znoszonych garniturów siedemnastolatków idących na barykady i rzewnych łez Jarosławny.

       

      Dla niego byliśmy mądrzy, muzykalni, subtelni – jakbyśmy wszyscy zostali ulepieni z tej samej gliny, z której Agnieszka wycinała swoje najpiękniejsze strofy. To była miłość bezgraniczna, sygnał alarmowy czysty i wyraźny, grany na trąbce przez zamordowanego rzemieślnika historii.

       

      Ale Bułat pisał swoje eposy, gdy nad Moskwą szalała zaledwie majowa burza. Nie mógł przewidzieć, że jego ukochany, boczny cygański trakt z Arbacie skręci kiedyś gwałtownie w ponure korytarze Łubianki, a dym z płonącej planety uniesie się nad naszą ziemią jak nad gorejącym krzewem. Że jego dziesiąty, desantowy batalion – ten, który szedł w noc od Kurska i Orła – zamiast wolności przyniesie swastykę Ruskiego Mira, a zamiast bitnych pieśni rozbrzmiewać będzie tępy śmiech chłopców z Omonotworu pałujących kobiety na placach Pitera.

       

      Kiedy mit pęka, język zaczyna dychać coraz ciszej. Zamiast czułej struny akordeonu dostajemy mokry worek nadziany na dumną głowę i ślady paralizatora na dłoniach.

       

      Wujek Wołodia – ten swojski sąsiad z bloku, były szpieg i perełka z korytka KGB – zaczął dokręcać nam śruby tak mocno, że nasza wspólna, wątła nić zaczęła pić krew. Kręci je dalej, w szale, bez rozkazu, aż po sam grób.

       

      Dlatego ta opowieść nie ma dialogów. Jest jak powieść historyczna pisana przez emerytowanego porucznika w cieniu zatrutej róży, wciśniętej w oszroniony kufel po tanim, importowanym piwie. To mit, w którym człowiek pisze, co Bóg jeszcze ledwo słyszy przez ryk silników i dym Nord-Ost. Wszystko to minie, powtarzamy jak mantrę, łykając czarny, więzienny chleb.

       

      Zanim jednak bramy Lefortowa runą, a dyktator stanie się zimnym trupem w kostnicy, musimy wykrzyczeć słowa podejrzanej konduity. Nawet jeśli nasz rym już ledwo dyszy. Nawet jeśli przyjdzie nam krzyczeć z całych płuc, prosto w twarz tej bladej godzinie, która z miłości zostawiła nam tylko swąd...

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren  Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───     @Michał PawicaWstęp:   Cień Arbacie, Cień Łubianki   Bułat miał rację, mówiąc o Polsce z tym swoim melancholijnym, moskiewskim zachwytem.   Widział nas przez pryzmat hejnału mariackiego, znoszonych garniturów siedemnastolatków idących na barykady i rzewnych łez Jarosławny.   Dla niego byliśmy mądrzy, muzykalni, subtelni – jakbyśmy wszyscy zostali ulepieni z tej samej gliny, z której Agnieszka wycinała swoje najpiękniejsze strofy. To była miłość bezgraniczna, sygnał alarmowy czysty i wyraźny, grany na trąbce przez zamordowanego rzemieślnika historii.   Ale Bułat pisał swoje eposy, gdy nad Moskwą szalała zaledwie majowa burza. Nie mógł przewidzieć, że jego ukochany, boczny cygański trakt z Arbacie skręci kiedyś gwałtownie w ponure korytarze Łubianki, a dym z płonącej planety uniesie się nad naszą ziemią jak nad gorejącym krzewem. Że jego dziesiąty, desantowy batalion – ten, który szedł w noc od Kurska i Orła – zamiast wolności przyniesie swastykę Ruskiego Mira, a zamiast bitnych pieśni rozbrzmiewać będzie tępy śmiech chłopców z Omonotworu pałujących kobiety na placach Pitera.   Kiedy mit pęka, język zaczyna dychać coraz ciszej. Zamiast czułej struny akordeonu dostajemy mokry worek nadziany na dumną głowę i ślady paralizatora na dłoniach.   Wujek Wołodia – ten swojski sąsiad z bloku, były szpieg i perełka z korytka KGB – zaczął dokręcać nam śruby tak mocno, że nasza wspólna, wątła nić zaczęła pić krew. Kręci je dalej, w szale, bez rozkazu, aż po sam grób.   Dlatego ta opowieść nie ma dialogów. Jest jak powieść historyczna pisana przez emerytowanego porucznika w cieniu zatrutej róży, wciśniętej w oszroniony kufel po tanim, importowanym piwie. To mit, w którym człowiek pisze, co Bóg jeszcze ledwo słyszy przez ryk silników i dym Nord-Ost. Wszystko to minie, powtarzamy jak mantrę, łykając czarny, więzienny chleb.   Zanim jednak bramy Lefortowa runą, a dyktator stanie się zimnym trupem w kostnicy, musimy wykrzyczeć słowa podejrzanej konduity. Nawet jeśli nasz rym już ledwo dyszy. Nawet jeśli przyjdzie nam krzyczeć z całych płuc, prosto w twarz tej bladej godzinie, która z miłości zostawiła nam tylko swąd...
    • ,, Eucharystia jednoczy  przyjmujących ją ,, 1 Kor.10 , 16-17    jak ocean łączy kropel wiele  tak Eucharystia  wiąże ludzi w kościele    dar wolności  Bóg nie wymusza  zaprasza    lubimy kochamy  po swojemu    świat  zamiast się radować  walczy    a jest  jest ... cudem  cudem  wartym miłości szacunku   rysy skazy rany widać z daleka  wolna wola … problemem   komunia łączy  owoc  życie w zgodzie  z sobą z Bogiem   Jezu ufam Tobie    6.2026 andrew  Czwartek, święto Bożego Ciała  
    • @hania kluseczka Peelek taki, że jednej chciałby dać miłość, a resztę nienawidzić.
    • @Alicja_Wysocka

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Wiesz dziś nie modliłem się do Boga.  Wiesz byłem w takim stanie, tak bardzo pod wpływem że zapomniałem modlitwę. Zgubiłem już drugi wers po Ojcze Nasz. Więc do Lucyfera pomodliłem się. Trochę mi go szkoda, trochę wierzę że jego wojna ze Stworcą, z wolą Boga może zostać zakończona, że wciąż pamięta Raj, Niebo, skrzydła które miał. Że i Bóg słyszy i widzi jako wszechobecny jego słowa czyny myśli i wierzę że jest w stanie mieć chęć wrócić w ciepło Bożych objęć, trafić znów do miejsc gdzie grzeje miłość ognia Stwórcy serc. Że jest w stanie gdzie opanowanie się by ludzkość robiła źle by nie karmił go grzech, by nie rósł z kolejną z łez co jak duszy krew po policzku płynie, leje się. Że ma w pamięci dobro, które uspokaja i że ma dość rozedrgania wibracjami wojny, że się uspokoi i będąc spokojnym powtórzy słowa których nauczył nas Syn a potem doda kilka swych gdzie wprowadzą zachwyt Boskie myśli i za uczuciami (Bóg wciąż kocha zbuntowanych) pójdą czyny i wróci pokój między nimi. I przykład weźmie człowiek.  Koniec wojen.  Miłość w sobie noszę.  Pamiętając grzech który rani niematerię wnętrz.   
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...