Noc nie doczekała
zbawienia gwiazd
utonęły w purpurze pocałunku
oddech osiadł na krawędzi spojrzeń z delikatnością wyszeptanych łez
a latarnie z gracją spacerowały alejami
prowadząc nas bezpiecznie do domu i czarując
zapachem bzu.
Autor fotografii: Mirela Lewandowska
„Gortatów dom wakacji” – 3
Z cegielni bandycko szedłem, jak w horror-filmie,
z karabinem na plecach i Micholem przy mnie.
Na wysypisko śmieci, gdzie szczurów tysiące –
było ich tam tak dużo, jak kwiatów na łące.
Uciekały stadnie, w śmieciach się chowając,
a ja, terminator, na ślepo w nie strzelając.
Z rozważaniem dziecka, że zła nie uczyniałem,
poparcie dorosłych za dobre uważałem.
Pamiętam sikorkę piękną z czubka topoli –
jednym pociągnięciem... Do dzisiaj mnie to boli.
Krzykliwej, wielkiej wrony też już nie zapomnę,
pięć śmiertelnych śrutów – wyrzuty wiekopomne.
Inaczej świat ludzie jeszcze wtedy widzieli,
bo w tym świecie niewiele jeszcze rozumieli.
Gdzieś świtało mi w głowie, że może źle robię,
lecz mądrością dorosłych tłumaczyłem to sobie.
Nieopodal śmietniska stawy piękne były,
wykopane przez cegielnię dla glinianej bryły.
Duże, głębokie, na bieżąco wybierane,
po latach, w następstwie, śmietniskiem zapełniane.
Ale przez te lata, gdy na śmieci czekały,
przepiękną naturą wokół się otaczały.
Z drzewami na brzegach tworzyły się azyle – mieszkały tam zwierzęta, ptaki i motyle.
I kwitło tam życie, jak na brzegu, tak w wodzie.
Dla dziecka – to bajeczne wakacje w przyrodzie.
Latem tam zbierałem maślaki i czerwonki,
i kozaki wzdłuż brzózek zakwieconej łąki.
Pamiętam moje pierwsze próby wędkowania –
zostawiony samemu do tego zadania.
Usadowiony w deszczu nad brzegiem glinianki,
z bambusową wędką oglądałem kijanki.
Wujek Tadek poszedł, miał coś do załatwienia.
Sam siedząc patrzyłem w spławika poruszenia.
I nagle coś wzięło, i się coś zahaczyło,
i jakoś w tataraku żyłką się zaczepiło!
Ja, mały nieborak, a glinianka głęboka.
Żeby wyjąć mą rybkę, chciałem zrobić kroka.
Po kolana już w wodzie – poślizgiem jadę w dół!
Szczęściem nagle poczułem, że ktoś łapie mnie wpół.
Wujek właśnie nadszedł, wędkarzyka pochwycił.
Po pas zamoczony, chrzest wędkarski zaliczył.
Takie to było moje pierwsze wędkowanie
i pierwsze, w ryzyku, mojej rybki złapanie.
Tak to dzień ten pamiętam sześćdziesiąt lat później,
widziany okiem dziecka, pamięci dziś już luźnej.
Odległe wspomnienia z pewnością też szwankują,
może coś dodają, a może coś ujmują?
— cdn.
Leszek Piotr Laskowski
ten ukrainiec jeździ tym impostem jak pojebany ...
zaistniało w przestrzeni językowej
i zagnieździło się
w centrum sielskiego wszechświata
panią Haliną
wydarzenia błahe i nad błahe
szarej codzienności
w zaplątanych momentach życia
o magicznych
nieznanych kształtach i smakach
o których można usłyszeć
w pieśni piżmaków
na brzegach niewielkiej rzeki
tam gdzie wszystkie kręgi miłości
bluszczem wiecznie zielonym
tulą do siebie wierzby płaczące
cokolwiek by się nie działo
chcę tutaj pozostać
na zawsze