Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Budzę się ze snu,
Wyrywam umysł z marzeń
Na twarz nakładam uśmiech
razem z makijażem.
Ociekam wprost słodyczą,
Choć ból w mym sercu krzyczy.

Kwiat mojej duszy
został dziś zerwany,
Dlatego moje oczy
To dwie błękitne rany.
Łzy mieszają się z ciepłem
Sztucznego, bzdurnego uśmiechu.

Gdy moje oczy o brzasku
Otworzą się na nowo
Ja znowu zacznę krwawić,
Łzą słodką - na różowo.
Nic, już nie zmienię, więc płaczę.
Tak miało być. Nie inaczej.

Opublikowano

Anno, no cóż ten pierwszy raz ( i nie mam tu na myśli debiutu na forum) jest zwykle rozczarowaniem, jako facet przypuszczam, że większym dla kobiety. Ale to tylko chwila, z której się wychodzi. Chyba, że poleciałem za daleko z wyobraźnią i zgubiłem jakąś warstwę wiersza. Pozdrawiam.
J.

Opublikowano

Wyrzuć zaimki, pozbądź się "ekstazy", nie ociekaj, bo rozśmieszasz.

Ja, mym, moje, mym - jakiś egocentryzm! Po co?

Krótko i treściwie - o co chodzi, bo nie wiem.

Ty wyrywasz, ocieka słodyczą kwiat Twojej duszy (!!!), krwawisz - męka! Po "nic" - przecinek

zbędny!

Dlaczego napisałaś ten tekst? Albo - dla kogo? Pozdrawiam. E.

Opublikowano

"nie ociekaj, bo rozśmieszasz."
I o to chodzi! ;)

Napisałam, bo byłam pod wpływem uczuć, ale teraz, kiedy to czytam po raz setny to podoba mi się jedynie:

"Gdy moje oczy o brzasku
Otworzą się na nowo
Ja znowu zacznę krwawić,
Łzą słodką - na różowo."

Dziękuję za komentarze.

Opublikowano

Anno M.B.

Musiałabym powtórzyć komentarz Eli, zatem - nie powtarzam.
Kiedy się cierpi, a warsztat jeszcze niewprawny, popełniamy takie właśnie błędy. Niestety - tym razem - na nie. Ale znasz już własne błędy, i następnym razem będzie lepiej.

Cieplutko,

Para:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...