Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dookoła…
…mnie roiło się od nich, nie opuszczali mnie nawet na jedną sekundę, kroczyli za mną w bladym milczeniu po ulicach bezkresnej aglomeracji mojego rozdętego umysłu. Widziałem ich w refleksach świetlnych odbić witryn sklepowych, widziałem jak zbliżają się z wyciągniętymi w moim kierunku dłońmi zbudowanymi z kości i ścierwa ścięgien. Zawsze gdy tylko odwracałem się aby sprawdzić czy refleksy znajdują jakieś materialne podstawy obrzydliwości, które obserwowałem, nie było za mną niczego. Bałem się nie odwrócić i nie sprawdzić, bałem się co się stanie, jeśli się nie odwrócę i w odbiciu ujrzę, jak dopadają mnie i pojawi się ona. Ona, ta sama dziewczynka, która szturchała gałązką pierwszego. Ta sama. Która najwyraźniej towarzyszyła mi od początków mojego żywota, ta sama , która przyszła po mnie tamtego wieczoru. To ona wyznaczała ścieżki mojego życia. Teraz pamiętam, była przy mnie w dzieciństwie, wtedy podejrzewano u mnie różne schorzenia, bo przecież widziałem osobę, której nie było. A ona dorastała wraz ze mną, ale nieco szybciej…
Pokazywała mi jak szybko ucieka moje życie była coraz starsza i starsza, wyprzedzała mnie wiekiem a ja nie byłem w stanie zrozumieć tego przesłania. Jej biała sukienka skrywająca niegdyś dziewczynkę w zaledwie kilku fałdkach, z czasem szarzała i mizerniała, przecierała się i rozdzierała, aż stała się czarnym łachmanem pokrytym wyrazistymi śladami bezszelestnie upływającego czasu. Każdy ma swoją śmierć, która idzie przez życie wraz z nim, wystarczy ją zauważyć i mieć nadzieję że nie zacznie się starzeć zbyt szybko. Jakimi głupcami są Ci, którzy sądzą, że ona się nimi nie interesuje i mogą życie dawkować bez umiaru. Nie myślą o tym co będzie gdy życie przestanie za nimi nadążać, gdy zbyt szybko wykorzystają limit czasu, który został im wydzielony z wielkiej czary, z której pozwolono im zaczerpnąć, gdy przychodzili na ten ziemski padół.
-Czas nie płynie kroplami, płynie strumieniem, którego nie sposób powstrzymać. Jego nurt porywa wszystko i ściąga w nieistnienie w najmniej oczekiwanym momencie.
-Znów zaczynasz, ten swój chory bełkot, lepiej się zamknij zanim zauważą. Mało Ci siniaków?... wyjąkała któraś z kropel w morzu pełnym wariatów
Zamilkł natychmiast trafiony jak niegdyś w najbardziej nieosłoniętą część jego słabego bytu. Był niemalże pewien, że cios, który na niego spadł był tym samym, tyle że słabszym. Uderzony przez byłego współpracownika, niejakiego Mateusza D. Zaczął łączyć fakty i w mgnieniu oka leżał na oprawcy dusząc go tak silnie, ze ten w ciągu kilkunastu zaledwie sekund stracił przytomność… Kolejne dni były dla B coraz cięższe. Sprowadzony do izolatki na najniższym z piwnicznych pięter szpitala, katowany przez Mateusza i innych próbował pozlepiać w jakikolwiek, przypominającą sensowną całość obraz jaki mu się jawił od momentu gdy rozpoznał, tego, który spowodował jego uwięzienie w Sali, w której niegdyś skonał pierwszy, tracił resztki kontaktu ze światem. Z każdym kolejnym razem odpływał coraz dalej i coraz głębiej zapadał się w nierealne ramiona śmierci. Nie była sroga jak w kwietniu, znów go opatulała, ale czuł się z tym bezpiecznie, nie czuł już uderzeń, nie czuł bólu, ale wiedział że pojawią się kolejne ślady pokazujące poziom jego niesubordynacji.
-Tłucz mnie dopóki nie padnę!... wtedy znikną, nie będę już musiał ich oglądać.
-O kim Ty znowu gadasz, ale to dobrze, tym gadaniem, sam nam pomagasz…- Zakończył ironicznym uśmiechem Mateusz. Jego parszywa gęba wyglądała tak samo, jak wtedy gdy B upadł po raz pierwszy…
-Teraz pamiętam, pamiętam! To Ty wtedy na mnie napadłeś… To dlatego nikt mnie nie szukał, ani żona, ani córka, nikt, razem postanowiliście ułożyć sobie na nowo wspaniałe życie!- Wykrzyczał B, jakby było to paradygmatem znanym całemu światu, a nie informacją powstałą w umyśle szaleńca. Z każdym uderzeniem, które po tych słowach, Mateusz zadawał coraz częściej z miną wściekłego pit bulla, tocząc pianę z ust i doprowadzając z wysiłku oczy do przekrwienia tak ogromnego stopnia, że obraz, który widział nabierać zaczął czerwonawego odcienia, B składał ze sobą coraz więcej faktów. W końcu po silnym kopnięciu wprost w obnażoną klatkę piersiową B. po przejechaniu kilku metrów w ogromnej piwnicy, której nigdy przedtem, gdy był jeszcze pracownikiem szpitala nie miał okazji widzieć padł boleśnie ocierając twarz i niczym nieosłonięte części ciała, na przedziwnej powierzchni podłogi. Obudził się najwyraźniej po kilku, gdyż światło, które wpadało przez maleńki otwór w ścianie, jakby przez dziurę po kuli świeciło teraz w zupełnie inną stronę. Oczy B powoli zaczęły się przyzwyczajać do nowej sytuacji i z każdą chwilą zaczynał widzieć coraz więcej. Dziwna powierzchnia podłogi okazała się być rozsypanym żużlem, którego kawałki tkwiły teraz w wielu drobnych ranach ciała B. sprawiając mu przy tym niemiłosierny ból. Na prawej stopie poczuł coś dziwnego, jakby był tam pies i oblizywał delikatnie, rozsmakowując się w smaku ludzkiej krwi ranę powstałą na pięcie. B. powoli odwracał głowę , tak aby móc zbadać w jak kiepskim położeniu znalazła się jego własna noga. Gdy był już w stanie zobaczyć co się dzieje nie mógł uwierzyć w ten widok. Z cienia wyłaniała się bowiem młoda gałązka zakończona zielonym, mokrym listkiem, najwyraźniej trzymana ręką małej dziewczynki. B. zawył niczym pies, który tygodniami nie zatapiał swojego pyska w żadnym rodzaju pożywienia, wydający ostatnie tchnienie i konając z głodu, po czym utracił kontrolę nad swoimi mięśniami i poczuł że znów spada. Stracił przytomność…
-Dzień dobry. Proszę na razie się oszczędzać, przespał Pan kilka tygodni. Za kilka dni powinien poczuć się Pan zdecydowanie lepiej i kto wie, może będzie Pan nawet mógł wyjść do domu.
Ten miły akcent na początku kolejnego z jego żyć, na początku kolejnej z szans danej przez los wydał mu się zdecydowanie dziwnym i nie na miejscu. Jeszcze niedawno byłby skonał w piwnicy pod szpitalem psychiatrycznym.
-Do jakiego domu? Przecież moja żona, moja córka i… i mój były współpracownik, przecież oni to uknuli, przecież przez nich tu jestem.
- To niemożliwe proszę Pana, Pańska żona od wypadku, jest tutaj wraz z córką i czekają aż się Pan obudzi. Czy Pan nic nie pamięta?
-Pamiętam i to zbyt wiele- odpowiedział machinalnie B.
- Wydaję mi się jednak, że nie wszystko Pan pamięta. Otóż w kwietniu został Pan potrącony przez samochód pod Warszawą, gdy wracał Pan z pracy, nikt jednak nie wie dlaczego wracał Pan na piechotę. Pański samochód stał na parkingu pod szpitalem w nieskazitelnym stanie, z pełnym bakiem i z w pełni naładowanym akumulatorem. Po tym trafił Pan tu do nas. Nasi chirurdzy i ortopedzi mieli z Panem sporo roboty, ale efekty są nad wyraz dobre, znacznie prześcigają nasze najśmielsze oczekiwania. I jak już mówiłam być może niedługo opuści nas Pan o własnych siłach.-Taką bajkę opowiedziała B. pielęgniarka, przynajmniej tak ja odebrał.
Wtedy do Sali wszedł Mateusz D. z mina jakby skruchy, może przejęcia losem dawnego przyjaciela. B. natychmiast zerwał się z łóżka zrzucając ze stolików sprzęty, które stały tuż przy nim i monitorowały jego stan przez cały czas pobytu w szpitalu nie dając śmierci zbliżyć się ani na krok grożąc jej ostrzegawczymi dźwiękami w typowym dla siebie języku. I znów był bez szans, wobec białego personelu, znów po chwili leżał przypięty do łóżka, szamocąc się i bełkocząc coś o zdradzie, o niszczycielach, o małej dziewczynce z gałązką z zielonym listkiem.
Kolejne przebudzenie było dla niego jeszcze mniej szczęśliwe. Tuż nad nim stała żona z córką a w kącie pokoju na obszytym kremową skóra fotelu siedział Mateusz mówiąc:
- I po co Ci to było, no po co? Przecież wszyscy próbowaliśmy Cię od tego odwieść, ale Ty brnąłeś w ten swój świat coraz głębiej i głębiej, nie zwracając uwagi na nic i na nikogo burząc to wszystko co miałeś tutaj. Pamiętam dobrze, jak mówiłeś, że choćbyś błagał o litość mamy kontynuować…

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • II.
      Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!)

      Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach,
      Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie!
      Rama mnie bach, spodnie w piach,
      Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził!

      Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB,
      Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg…

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub.
      A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób!
      Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha!
      Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha),
      kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub!

      Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić!
      Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić!

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny!
      Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny!

      Wujku Wołodia, d dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, d, dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud,
      Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi!

      Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub!
      Wujku Wołodia, kręć aż po sam....
      Grób!

      III.
      [...]
      „To minie, jak nad Moskwą majowa burza”

      Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa
      Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy,
      Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach!
      Jak korytarze ponure Łubianki,

      Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr,
      Jak niesforna sfora federalnych majorów,
      Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz,
      Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu...

      To na pewno minie,
      Minie jak zły sen!

      Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb,
      Ślady na dłoni rażonej paralizatorem,
      Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora!

      W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los?
      Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko
      Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb...

      Uwierz mi, to też minie!

      Jak swastyka Ruskiego Mira,
      I dym pożarów niesiony przez wiatr,
      Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera,
      I policyjna suka nabita dziećmi po dach!

      I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow,
      Paragraf 228 i kocioł o piątej,
      I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący,
      Gazując kobiety, chłopców i brzdące...

      To wszystko minie jak inne miesiące:
      Jak grudzień, styczeń, luty, maj…
      Minie, bez wątpienia minie!
      Na razie w to im graj
      Ale to ich już ostatnie pląsy!

      Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb,
      Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora,
      Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora!

      Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz!
      Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę;
      Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp,
      A dziś milczy jak grób:
      Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup !
      Wszystko kiedyś minie!

      I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram,
      A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu,
      Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak,
      I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg…

      W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los?
      Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę
      Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd!

      Uwierz mi, to też minie!
      To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie,
      Za godzinę, za chwilę…
      To wszystko minie!

      IV.
      Hm                                            H7
      Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:
                  Em                                  F♯7
      Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,
                 Hm                  A7               G
      Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…
                  Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm
      Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat.

      Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu,
      Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu,
      Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad.
      Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw

      Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść:
      Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu...
      Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest:
      Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu –

      Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu?
      I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?

      Edytowane przez Michał Pawica (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dawno dawno temu, gdzieś tam w galaktyce, solidnie dysząc spłaszczonymi płucami, wypełza typ spod ciemnej gwiazdy. Strudzony wielce oraz spocony, niczym mysz w norce bez klimatyzacji, żywi wygłodniałą nadzieję, że teraz wreszcie wydostał ciało i umysł, na zawsze i na wieczność. Otrzepuje wesoło krótkie porcięta z resztek ciemnych światełek i wyrzuca je do czarnodziury, dziurawiąc niemiłosiernie, wnerwiony horyzont swoich planów i marzeń.     Dlatego też ni stąd ni zowąd, nie zauważa i nie słyszy echa, albowiem ślimaki w jego uszach, grają na bębenkach, ucztując smakowicie, pożerając ser, którym obleczone są ich rogi. Nie zauważa też wysokich ograniczeń po bokach. Dopiero po chwili dostrzega leżący wniosek. Przeto dochodzi do wniosku, że wędruje na dnie wąwozu. Z każdym krokiem, ściany są coraz bliżej, jakby wchodził do lejka. Na domiar złego, nie może przestać. Musi iść.     Wtem dostrzega piłkarza. Lekko spłaszczony, kopie też z lekka spłaszczoną piłkę. Ta rozpędzona jak absurdalny bicz, uderza typa w głowę. Ów wszczyna kłótnie, mimo wszystko pojednawczą, ale po chwili z lekka otumaniony, znowu widzi gwiazdy. Na szczęście już spod żadnej nie musi wychodzić, gdyż są leciutkie i tylko zwiewnie otrzeźwiają, gilgocząc strudzone ciało. Niestety. Piłka odbita od ciemienia, leci dalej. Trafia w kran na ścianie. Niszczy go doszczętnie, a wypływająca woda, zaczyna potop.       Tu następuje zmiana bohaterów w tekście, gdyż dotychczasowi giną w odmętach, z braku tchu. Jednak nie wszystko ginie. Szczególnie przyszłe wydarzenia, obiekty oraz nowi bohaterowie.      W powstałym oceanie, płynie sobie spokojnie, pośród pluszowych rekinów oraz pomiędzy płotkami, łódź podwodna, w kolorze słoneczka. W środku słychać mamroczące, niewyspane rżenie. Odgłosy owe, wydaje ranny koń. Wstał ze żłoba za wcześnie i teraz marudzi, nie do końca rozbudzony. Ponadto głodny, gdyż nie mógł wybrać, czy pożreć owies, czy siano, czy też truchło osła, który też nie wybrał i zdechł.      Nagle łódkę z zawartością, połyka także wygłodniały kraken. Na domiar złego, tnie na wilgotne strzępy, wbudowaną piłą mechaniczną, by po chwili strawić i wydalić niepotrzebne odpadki. Tym samym zanieczyszcza środowisko wodne, doprowadzając do szewskiej mokrej pasji, wkurzone koralowce, które budzą oceaniczną wróżkę. I bardzo dobrze. Nie przynajmniej nie przegapia randki z morskim bałwanem.       Razem odnajdują na dnie morza, strasznie zawilgocony, pokaźnych rozmiarów skarb. Nie zauważają jednak, iż kryje on w sobie, przeklęty bunkier, na którego klątwę rzucili duchy bohaterów, oficjalnie już w opowiadaniu, niewystępujący. Czyli: typ spod ciemnej gwiazdy, ślimaki, bębenki, ser, piłkarz, koń, osioł, pluszowy rekin, kraken i inni.       Dlatego po chwili, wróżka i morski bałwan, nie żyją długo i szczęśliwie.        Chociaż to wcale nie jest takie pewne, gdyż właściwe zakończenie, skradli wyżej wymienione duchy i wywlekli poza stronę. Nawet puenty z końcowych wnętrzności nie wyłuskali, by ją zostawić do przeczytania. W sumie może to i lepiej, bo na takiej okrwawionej puencie, krew mogłaby skrzepnąć, kusząc wampiry do jej obgryzania i czosnek na kołku wie, z kogo by tam jeszcze, krwinki wyciućkali.
    • w odłamkach zwierciadła łąkę zrodziłeś ziemia czarna i strumyk płonie   że niby co że to już koniec   kwiaty zwiędłe i złote kłosy białe motyle złem nieskalane trup skowronka lecz pieśń została   czy miłość powróci przez lustro całe
    • @Poet Ka   ja żyłem w Arkadii” lub „Nawet w Arkadii jestem ja. Memento mori- pamiętaj o śmierci. I Ekfraza  do obrazów  Nicolasa Poussina.   Czas przewyższa przestrzeń. Przestrzeń to to co jest, to życie- od do. Rodzimy się wszyscy, wszystkie zwierzęta też z dwoma datami: narodzin i śmierci. Czas to nieskończoność to wieczność. Non omnis moriar"- chcę w to wierzyć. Bo człowiek nie wszystek umiera.          
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Ada Bzik salowej, Ewo, laski zbada
    • @Czarek Płatak  poezja i sztuka rodzi się w najbardziej zaskakujących momentach takich profanicznych, nawet w oparach dymu Mistycyzm i przyziemność- tak! I domieszka ironii Czarek.  Dobry wiersz. Taki Twój  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...