Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Był nikim. Nie tyle dla tych, których mijał codziennie na ulicy, spotykał w sklepie lub z którymi pił piwo po pracy w ulubionym barze. To mógłby nawet znieść, zaakceptować, jak przyjmował nieobecność innych. Najgorsze było to, że był nikim dla samego siebie. Czasem tylko, gdy wracał do swoich czterech ścian, wypełnionych jedynie jego obecnością, znieczulony kilkoma drinkami, doświadczał świadomości bycia kimś. Szedł szybko do łazienki, stawał przed lustrem i uczył się siebie. Tak na przyszłość, żeby nie zapomnieć. Bycie kimś zobowiązuje. "Patrz! - mówił - To jest Ktoś! A ty? Ty jesteś nikim. Taki nikt po prostu."
Większość ludzi, żeby się czegoś nauczyć, chodzi do szkoły. Dla niego szkołą było lustro.
Nie zależało mu na wiedzy o tym, co było na zewnątrz niego samego. Fakty, opinie, poglądy - nie miały najmniejszego znaczenia. Chciał wiedzieć, kim jest, skąd się wziął i dlaczego jest tym, kim jest. Znajomi doradzali mu, że informacje te znajdzie w religii. Ale jakiej? Chrześcijaństwo, buddyzm, islam. Która z nich odpowie na nurtujące go pytania? Nie zaliczał się do grona niewierzących. Wierzył i to głęboko. Chętnie mówił o sobie, że jest głęboko wierzącym i praktykującym - ateistą. Tak, jak większość ludzi z jego otoczenia wierzyła w Boga, on wierzył, że Go nie ma. Oni nie mogli udowodnić Jego istnienia, on nie mógł udowodnić, że Bóg nie istnieje.
Trochę jednak zazdrościł wierzącym. Było im łatwiej uwierzyć w to, że są kimś. On był nikim.
I nawet świadomość własnego istnienia nie napawała go optymizmem.
- Skoro jesteś, to znaczy, że jesteś kimś - przekonywał go kolega-filozof.
- Ale ja jestem nikim - odpowiadał. - Popatrz, każdy jest kimś: ojcem, matką, mężem, żoną, córką, synem, mechanikiem, czy kimś zupełnie innym. Niektórzy są nawet bardziej, bo istnieją na wielu poziomach, a ja - taki nikt.
- Nie rozumiem, - kontynuował swój wywód filozof - czym jest dla ciebie, bycie kimś. Jesteś nielogiczny. Przecież jesteś dobrym i cenionym pracownikiem, masz wykształcenie, którego wielu ci zazdrości. Masz powodzenie u kobiet i sądzę, że bez trudu znalazłbyś żonę. Wtedy mógłbyś być mężem, z czasem ojcem. Fakt, że uważasz się za nikogo, to tylko jakieś twoje intelektualne fanaberie.
- Masz rację, że jestem nielogiczny, ale nie o logikę mi chodzi. - Nikt powoli sączył piwo i delektował się jego smakiem. - To, że inni uważają mnie za kogoś, nie ma najmniejszego wpływu na moje myślenie o sobie. Tu nawet nie chodzi o poczucie własnej wartości.
- O czym ty, do cholery, mówisz? - Filozof trochę się zdenerwował. - Zdefiniuj, proszę, co, według ciebie, znaczy bycie kimś. Bądź precyzyjny.
Nikt ze współczuciem spojrzał na rozmówcę. Doskonale go rozumiał, bo nie rozumiał samego siebie. Co to znaczy być kimś? Gdyby znał odpowiedź na to pytanie, świat byłby o wiele prostszy. Ileż godzin, ba, lat całych poświęcił na rozważanie tej kwestii. Był święcie przekonany, że świadomość bycia kimś nie mieści się w kategoriach logicznego myślenia. A filozof był skażony logiką.
Nikt, choć nie wierzył w Boga, chętnie spędzał czas w kościele. Znajdował tam otoczenie sprzyjające rozmyślaniom. Otaczała go cisza. Nie taki zwykły brak hałasu. To mógł znaleźć w domu. Siadał w ławce i wsłuchiwał się w odgłosy przeszłości. Wszystko w świątyni mówiło mu nie tyle o wielkości Boga, na którego cześć wzniesiono te mury, co o wielkości wiary wyznawców. Ot, choćby ta ławka, wygładzona kolanami modlących się i łokciami wspartymi do modlitwy. W obecności swojego Boga uczyli się siebie. On był dla nich lustrem, w którym się przeglądali, aby ujrzeć prawdę o sobie, swoje prawdziwe oblicze.
Każdy centymetr kościoła przesiąknięty był wołaniem wyznawców o przebaczenie grzechów, dziękczynieniem za otrzymane dobra, uwielbieniem. Szczerze im zazdrościł. Obecność Absolutu potwierdzała wielkość wierzących. A on. Wobec braku punktu odniesienia, był nikim.
Dopił piwo, pożegnał się z kolegą i skierował się w stronę domu. Dobrze, że miał blisko i nie musiał liczyć na autobus. Zresztą lubił spacery. Miał czas na myślenie. Już dawno zauważył, że ludzie coraz mniej myślą samodzielnie. W rozmowach przytaczają opinie głoszone w telewizji. Wydaje im się, że są to ich własne przemyślenia, ale dziwnym zbiegiem okoliczności pokrywają się z tym, co jest lansowane w mediach. Polityka, gospodarka, moralność, Wciąż to samo. Czasem tylko, gdy aktualnie nic się nie dzieje, rozmowy schodzą na temat pogody. Ale i tu jest powód do narzekania.
Przypomniał sobie zdanie z niedawno przeczytanej książki, w której autor żartobliwie zarzucał księżom, że źle usłyszeli polecenie Jezusa. On nie powiedział: "Idźcie i narzekajcie", tylko: "Idźcie i nauczajcie". Wszyscy na coś narzekają - na politykę, gospodarkę, brak wrażliwości, agresję. Nawet na pogodę. Zdał sobie sprawę, że wcale nie jest lepszy. Płynął ze wszystkimi w jednym nurcie pesymizmu. Świat widział raczej w odcieniach szarości. Może gdyby się zakochał, byłoby inaczej? Ponoć zakochany dostrzega więcej.
Przechodził obok "swojego" kościoła. Był to raczej kościółek niż monumentalna świątynia, jakich wiele można było znaleźć w mieście. Mały, przyklasztorny kościółek, nadgryziony zębem czasu, skrzywdzony zapomnieniem.
Zatrzymał się. Nie zamierzał wstępować, bo o tej porze zaczynało się nabożeństwo, więc nie mógł liczyć na ciszę, której tak bardzo potrzebował. Do domu też nie chciał jeszcze wracać.
Zdecydował się wstąpić. "Jest środek tygodnia, więc nabożeństwo nie może trwać długo" - pomyślał.
W kościele panował przyjemny chłód. Jedno spojrzenie w stronę prezbiterium wystarczyło i Nikt zatrzymał się w progu. Przed ołtarzem na posadzce leżał mężczyzna ubrany w albę, czerwona stuła przekreślała po przekątnej biel szaty. Nad leżącym diakonem, ubrany w pontyfikalne szaty, z mitrą na głowie i skromnym pastorałem, przypominającym gruby, pasterski kij, stał sędziwy biskup w asyście kilkunastu ubranych w czerwone ornaty kapłanów.
Chciał zawrócić, ale powstrzymał go monotonny śpiew litanii do wszystkich świętych. "Darmowy koncert muzyki gregoriańskiej" - pomyślał i zajął miejsce w ulubionej ławce pod chórem.
Jak na obrzęd święceń kapłańskich w kościele było wyjątkowo mało wiernych. W pierwszej ławce klęczało kilka zakonnic, które opiekowały się świątynią. Widywał je często, gdy zdobiły kwiatami ołtarz. Poza tym było kilkoro świeckich - stałych bywalców kościoła, z którymi niejednokrotnie wymieniał skinienie głowy i delikatny uśmiech. W bocznych stallach modlili się zakonnicy, do których należał klasztor i kościół.
Brat zakrystianin albo zapomniał, albo specjalnie nie włączył pełnego oświetlenia. Pomimo to świątynia pełna była kolorowych refleksów, będących dziełem zachodzącego słońca, ciekawie zaglądającego do wnętrza przez witraże. Jeden z promieni zatrzymał się na twarzy biskupa, zmuszając go do zamknięcia oczu. Wydawało się jakby otaczający go blask miał swoje źródło w jego wnętrzu a rozświetlające świątynię promienie były efektem światła, emanującego z następcy apostołów, odbitego od witraży i spoczywającego na pozostałych uczestnikach ceremonii.
Nikt poczuł na swojej twarzy delikatną pieszczotę światła. On również przymknął oczy. Czuł, jakby promień wnikał do jego serca. A może był to efekt monotonnego śpiewu mnichów? Kantor wymieniał imiona świętych, a zgromadzeni zanosili prośbę o wstawiennictwo i modlitwę. W niewielkim wnętrzu kościoła robiło się ciasno jakby ci, którzy dawno już odeszli z tego świata, stawili się na apel, wezwani modlitwą zgromadzonych wyznawców.
Czuł, że nie jest już tylko biernym obserwatorem, stał się częścią tego misterium, którego nie rozumiał i do końca nie akceptował. Chciał się bronić, wstać i wyjść z kościoła, ale jakaś nieznana siła wcisnęła go w ławkę. To nie był przymus, raczej tęsknota za czymś nieznanym, ale przeczuwanym.
Podobnego uczucia doświadczał ilekroć przyjeżdżał do rodzinnego domu. Po śmierci rodziców stał się fizycznie pusty, ale wypełniały go wspomnienia dzieciństwa, doświadczenie miłości, którym nasiąknięty był każdy centymetr ścian, podłogi, mebli. Nawet powietrze wewnątrz budynku było inne.
Nie pojawiał się tu zbyt często. Miał świadomość, że to, co było, bezpowrotnie odeszło. Nie witał go w progu radosny uśmiech matki i skrywana pod pozorem obojętności, ale odczuwalna duma ojca. Nikt na wsi nie mógł poszczycić się synem-profesorem. I takim młodym w dodatku.
Siadali przy skromnie zastawionym stole i, niewiele mówiąc, po prostu cieszyli się sobą. Ci prości ludzie, którzy skończyli zaledwie kilka klas szkoły podstawowej, mieli w sobie głębię mądrości, której mógł im pozazdrościć niejeden wysoko wykształcony naukowiec.
Przypomniał sobie rozmowę z ojcem, kiedy wyznał, że stracił wiarę w Boga.
- Bo szukasz Go nie tam, gdzie trzeba - powiedział. - Nie spiesz się, On sam cię znajdzie.
A matka, dyskretnie przysłuchująca się rozmowie, podeszła i przytuliła go mocno do serca. Ta głęboko wierząca kobieta nie powiedziała ani słowa w obronie swojego Boga, ale w tym przytuleniu było więcej dowodów na istnienie Boga, niż we wszystkich książkach, które przeczytał. Podświadomie wyczuł, że tym uściskiem matka zasiała w jego sercu ziarno, które zamierzała podlewać swoimi modlitwami.
To było ich ostatnie spotkanie. Miesiąc później pochylał się nad mogiłą, w której spoczęli. Tak, jak sobie zażyczyli, w jednej trumnie. Zginęli równocześnie pod kołami ciężarówki, kiedy szli na wieczorną mszę. Nikogo nie można było winić - kierowca miał zawał serca. Nikogo?!
Śmierć rodziców przypieczętowała jego definitywne zerwanie z Bogiem, nawet te nieliczne próby poszukiwania Go. Z człowieka wątpiącego stał się głęboko wierzącym ateistą.

- Panie profesorze, panie profesorze! - Nikt uświadomił sobie, że ktoś go woła. Otworzył oczy. Czuł się jak człowiek wyrwany nagle z głębokiego snu. Kościół pogrążony był w półmroku, jego wnętrze opustoszało. Nad nim stał brat zakrystianin i delikatnie potrząsał go za ramię.
- Przepraszam! - wyszeptał. - Musiałem się zdrzemnąć. Ta uroczystość... Przepraszam, już wychodzę.
Powrót do rzeczywistości dokonywał się bardzo powoli. Nie umiał, a nawet nie starał się nazwać uczuć, które go wypełniały. Chyba rzeczywiście zasnął.
- To nie o to chodzi! - Głos zakrystianina dziwnie harmonizował z ciszą, wypełniającą przestrzeń świątyni. - Ojciec przeor zaprasza do refektarza. Będzie nam bardzo miło gościć pana na kolacji.
- Mnie... na kolacji... ojciec przeor... - Nikt nie krył zaskoczenia.
- Bardzo prosimy! - Obok zakrystianina pojawił się drugi zakonnik, którego twarz wydał mu się znajoma. - Pan profesor z pewnością mnie nie pamięta, ale kilka lat temu miałem przyjemność słuchać pana wykładów. Mam na imię Tomasz, od dzisiaj ojciec Tomasz. - Zakonnik uśmiechnął się serdecznie.
- A, tak. Teraz sobie przypominam. Bóg w myśli Schellera. - Nikt szybko skojarzył twarz zakonnika z pracą, którą recenzował.
- Pan profesor pamiętał. Jestem mile zaskoczony. - Uśmiech zakonnika był jeszcze serdeczniejszy. - To były moje święcenia. Cieszę się bardzo, że pan profesor przyjął moje zaproszenie. Szczerze mówiąc, nie spodziewał się. Ojciec przeor zaprasza pana na skromną kolację. Będzie nam bardzo miło, jeśli zgodzi się pan być naszym gościem.
Nikt nie mógł sobie przypomnieć, żeby był zaproszony na uroczystość święceń byłego studenta. Nie dał jednak po sobie poznać, że znalazł się tu zupełnie przez przypadek.
- Nie chcę sprawiać kłopotu - próbował wykręcić się z niezręcznej sytuacji.

Opublikowano

Wspaniały opis...nikogo :)
" Chętnie mówił o sobie, że jest głęboko wierzącym i praktykującym - ateistą. " - ktoś kiedyś powiedział, że ateizm jest dziełem teologów :)
Pozdrawiam.

Opublikowano

Bardzo mi się podoba ten tekst.
Ale mam też kilka uwag. Mogę? :-)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Choroba wielu ludzi, którzy w dzisiejszym tłoku i konkurencji czują się po prostu niepotrzebni, anonimowi, przeźroczyści... Niestety bardzo pospolita choroba.
Fajny tekst, ale wymaga nieco dopracowania, moim zdaniem. Zresztą jest to temat rzeka.
A ja z kolegą z Orga (z Markiem Sztarbowskim, czyli Boskimi Kaloszami) skleciliśmy książkę, która jest bardzo podobna w wymowie do Twojego tekstu. Nosi ona tytuł: "Poszukiwacz luster". Jest to baśń dla dorosłych. Bohater poszukuje swojej tożsamości w różnych odbiciach: w rzece, kałużach, szybach, piwie, deszczu... A szuka ciągle tego najważniejszego, zaczarowanego lustra, o którym mówiła mu jego matka - wiedźma z bagien. Książka opowiada o wiecznym chłopcu i o dorastaniu dorosłych ludzi do miłości. A tutaj są bardziej szczegółowe informacje dla zainteresowanych:
[url]//www.poezja.org/debiuty/viewtopic.php?id=119753#dol[/url]
Jasne, że chciałabym, żeby jak najwięcej osób tę książkę przeczytało. Oczywiście. Ale nie musisz się czuć zobowiązany. :-)
Pozdrawiam cieplutko. :-)
Oxyvia.
Opublikowano

Kenal, Oxyvia - dzięki za pochylenie się nad tekstem i uwagi - bardzo cenne. Opowiadanie i bohater z samego założenia są w drodze.
Oxyvia, chętnie przeczytam Twój tekst, niestety, link nie działa.
Pozdrawiam

  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Śniłem dziś że jestem płomykiem znicza, Upamiętniającym poległego przed laty partyzanta, Tlącym się w cieniu brzozowego krzyża, Smaganym wciąż przez zimny wiatr,   A choć wkoło sroga dotkliwa zima, Naokoło mroźna noc głucha, Jedynie nikły srebrzystego księżyca blask, Tańczy na wielkich śniegu połaciach,   Na oszronionej partyzanckiej mogile, W mroku nocy migocąc samotnie, Głośno krzyczę o należną mu pamięć, Choć wkoło tylko śnieżne zawieje,   Lecz może tej nocy mój krzyk, Posłyszą choć duchy przeszłości, By opowiedzieć o ciężkiej doli, Setek i tysięcy partyzantów niezłomnych…   I znad oszronionych partyzanckich mogił, Poniesie się cichy szept historii, O czynach ich bohaterskich chwalebnych, O Honorze nigdy nie zatartym…   Niekiedy kilku braci partyzantów, Wszyscy rodem z jednego domu Brało na siebie partyzanckiego życia trud, Gdy zawezwało ich poczucie obowiązku,   Pozostawili rodzinne swe domy, By trudom partyzanckiego życia czoła stawić, Choć długimi nieprzespanymi nocami, Wypłakiwały oczy za nimi ich matki…   Gdy tylko bladym świtem, Skrzące gwiazdki na niebie, Gasły jedna po drugiej, Oni swe karabiny brali w dłonie,   Z rozległych lasów i nieprzebranych borów, Gdy padał rozkaz do ataku, Młodzi partyzanci wyruszali w bój, Choć nieobce im było uczucie strachu…   Choć rozległe lasy i bory, Wielkie czapy śniegu pokryły, Oni niewzruszenie na posterunku wciąż trwali, Mimo siarczystych mrozów Ojczyźnie swej wierni,   Przemarznięci, zziębnięci partyzanci, Dotkliwym chłodem przeszyci, Zmuszeni w leśnych bunkrach się kryć, W milczeniu znosili losu przeciwności,   Nad dogasającym z wolna ogniskiem, Ogrzewając w kilku zziębnięte dłonie, Przemarznięte gwałtownie pocierając o siebie, Z ust wdmuchiwali w nie parę…   Pamiętający kampanię wrześniową pistolet, Często był największym ich skarbem, Ostatnimi nabojami uzupełniając magazynek, Strzegł go każdy jak oka w głowie,   Często zdobyczny trzonkowy granat, Nikłą jedynie nadzieję dawał, Na zadanie okupantowi dotkliwych strat W kolejnych zasadzkach i potyczkach…   Nie straszne im były najsroższe zimy, Wszystkie najcięższe wyrzeczenia i trudy Z godnością w milczeniu wytrwale znosili, Trwając na przekór okrutnemu losowi,   A rozłożyste drzewa oszronione, Widząc ich smutek i niedolę, Choćby najcichszym nawet szumem, Pociechy zimą nie mogły im nieść…   I tysiącami niezłomni partyzanci, W walce o naszą wolność polegli, Choć często mizernie uzbrojeni, Do walki z okupantem zawsze gotowi…   Dziś gdy ognia płomyki, Tańczą nam wesoło w kominkach ceglanych, Sypiąc niekiedy złote iskierki, Cieszące tak oczy roześmianych dzieci,   Unosząc kubek gorącej herbaty, Pobiegnijmy swymi myślami, Ku tamtym partyzantom niestrudzonym, Zmuszonym w rozległych borach cierpieć srogie zimy…   I za dusze partyzantów zapomnianych, Których często nie znamy nazwisk, Którzy grobów nie mają własnych, W skupieniu i w ciszy gorąco się pomódlmy...      
    • @Alicja_Wysocka Bardzo dziękuję :)  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

         
    • Przeżywasz pragnienia, jakby się już spełniły. Czy to naprawdę daje Ci radość? Czy tylko karmisz myśl o szczęściu? By pojąć różnicę – musisz doświadczyć.
    • @andrew Również pozdrawiam Cię Najserdeczniej zarazem życząc Ci wszystkiego co najlepsze i najpiękniejsze!!!   @Gosława ,,Wstyd hańba i ogólne dno" Święte słowa po tysiąckroć!!! Pozdrawiam Najserdeczniej!   @Jacek_Suchowicz "Jesteśmy istniejemy i rządzimy i nic nam nie zrobicie"... Ale do czasu... Byle tylko do najbliższych wyborów! Pozdrawiam!   @Berenika97 Obawiam się że takich gorzkich refleksji nad współczesną polską rzeczywistością czeka mnie w najbliższych tygodniach i miesiącach naprawdę sporo... Co zrobić... Pozdrawiam Najserdeczniej!
    • @KOBIETA Nie ma sprawy, wejdź na mój parkiet. Tu masz współrzędne: 52,4299729, 20,7231488. PS. Tylko konkrety, zero mgły.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...