Kolejny raz drzwi windy
rozwarły się na boki,
za nimi ukazał się
oświetlony lampami o mlecznym szkle,
korytarz klatki schodowej.
Całkiem dobrze utrzymanej i zadbanej
jak na dzielnicę w której
znajdował się ten konkretny wieżowiec.
Trochę doniczkowej zieleni,
kilka rowerów
i jeden wózek dziecięcy
na zimnej posadzce
kładzionej na wzór
dwukolorowej szachownicy.
Wąskie a szerokie okienka
nie wpuszczające zbyt wiele ożywczego, naturalnego światła.
Szyby ich były zakurzone i przymulone
od papierosowego dymu,
palących na klatce chłopców.
Nie było ich stać
na picie i zabawę w pobliskim barze.
Dlatego oblegali, sklep z alkoholem,
który zajmował niewielki budynek
naprzeciw wieżowca.
Pielgrzymowali tam
od wczesnego rana
do późnego wieczora.
Właścicielka kończyła pracę
ledwie godzinę przed północą,
Więc mieli aż nazbyt wiele czasu
by oddać się ochoczo
w alkoholowe odmęty zapomnienia.
Choć zawsze jeździłem windą,
mimo tego że przerażało mnie to
i to nie z powodu lęku
o stan techniczny urządzenia
czy klaustrofobicznych przestrzeni
a po prostu
częstej jazdy
w towarzystwie wielu osób,
których niby znałem jako sąsiadów,
ale nigdy nie potrzebowałem spotykać na swej drodze samotnika i wyrzutka.
Nie potrafiłem nawiązywać
choć przelotnych, pełnych
podstawowych grzeczności kontaktów.
Kogo to mogło obchodzić
jak minął mi dzień,
lub dokąd lub skąd idę.
Dzień dobry.
Żaden dzień mojego życia taki nie jest.
Dobranoc.
Bezsenna,
pełna bolesnych retrospekcji,
rozmowy z sennymi koszmarami,
które wychodzą z głowy
i patrzą na zamęczone ciało,
unieruchomione w pościeli.
Oczy szeroko zamknięte.
Na realne potrzeby.
Na znalezienie wyjścia z labiryntu.
Staram się zawsze uciec w kąt.
Choć w windzie
jest to dosłownie niemożliwe.
Wszyscy zaszczycają mnie
swym wzrokiem.
Nie potrafię odpowiedzieć tym samym.
Pocę się i duszę wręcz
próbując nie
odwzajemniać zainteresowania.
Lecz gdzie mogę
skoncentrować uwagę.
Na lustrze?
Po to by patrzeć na siebie
i nie poznawać się.
W domu nie mam luster.
Nie mam ochoty patrzeć
na postęp choroby
i nieodwracalnych skutków alienacji.
Ale ludzie chcą widzieć
i przyciąga ich to.
A ja nie chcę tłumaczyć,
dlaczego wybrałem tak jak wybrałem.
Przecież nie będę też udawał,
że czytam regulamin dźwigu.
Ja człowiek z poza kanonu, charakterystyki,
regulaminów i zasad społecznych.
Zakazy mnie denerwują.
Uważam, że nie powinniśmy
zakazywać niczego co nie godzi
w bezpieczeństwo publiczne
i niezależność jednostki.
Człowiek żyję po to by żyć
a nie wegetować
w klatce zakazów i nakazów,
wyimaginowanych rządów i bóstw.
Dlatego najczęściej po prostu
patrzę w czerwone cyfry na panelu.
Jak wędrują piętra w górę i w dół.
Sinusoida życia.
Reakcji i stadiów.
Burzy i letargu.
Mania stworzenia i lęk destrukcji.
Umysłu poety.
Czekam na swoje piętro.
Wciśnięty w opiekuńczą ciepłotę
ciał stada.
To nie mój gatunek.
Nie moje stado.
Gdyby tylko wiedzieli
kogo próbują chronić.
Gdyby tylko znaleźli się ze mną
za drzwiami mego mieszkania.
Wtedy czar
o dobrym lecz dziwnym sąsiedzie
prysł by w jednej chwili.
Odkryliby wiersze i pamiętniki.
Luźne zapiski.
A co najważniejsze,
tajemnicę, która jest zbyt straszna.
Nawet dla mnie.
Na panelu wyświetliła się cyfra pięć.
Jeden ze starszych sąsiadów
pożegnał się z nami
i wysiadł
utykając lekko na prawą nogę.
Cyfra siedem.
dwie młode siostry,
wysiadły życząc nam miłego dnia.
Zarzuciły plecaki na ramiona
i ruszyły pędem ku mieszkaniu
spiesząc na spóźniony obiad.
Cyfra dziewięć.
Sąsiadka w średnim wieku
chwyciła siatki z zakupami
i szybko opuściła kabinę.
Zawsze była wredna,
wścibska i niemiła.
Zostaliśmy tylko we dwóch.
Ja i biedny studenciak
z mieszkania naprzeciw.
Chodził do szkoły muzycznej i śpiewał.
zawsze z gitarą w futerale.
Ubrany w znoszone buty,
cerowane spodnie i płaszcz
w tak tragicznym stanie
jak gdyby okradł z niego bezdomnego.
Czasami pukał do mnie
po jakieś drobne
lub kilka kromek chleba.
Grał i śpiewał pięknie.
Miał talent ale co ważniejsze
jego cierpienie
miało widać głęboki sens
a dusza miała już dość.
Pisał własne piosenki.
Tylko tak mógł
choć na moment usidlić swe demony.
Był jedynym godnym,
bym kiedyś
mógł pokazać mu swoje teksty.
Lubiłem go.
Kocham inność.
Piętro dziesiąte.
Ostatnie.
Wysiadamy.
On z futerałem
ja z rękoma w kieszeniach.
Nie za dobrze pan dziś wygląda.
Ta depresja pana wykończy.
Zdobyłem się na lekki uśmiech.
Czułbym się lepiej będąc martwy.
Wiem, że Ty to rozumiesz.
Jego mina mówiła tylko prawdę.
Pożegnaliśmy się
pomiędzy swoimi mieszkaniami
i zakluczyliśmy szybko drzwi
po wejściu.
Wszedłem przez ciemny przedpokój
do salonu i zapaliłem światło.
Dobry wieczór kochanie.
Jestem już tylko z Tobą i dla Ciebie.
Najpierw zaparzę kawę a potem
opowiem Ci cały mój dzień.
Tylko ona
była moim szczęściem i życiem.
Jedynym powodem ku temu
by nie wyskoczyć oknem
wprost na zaparkowane
na parkingu auta.
Była tylko moja.
Łączyło nas wszystko
a dzieliła jedynie odległość.
Cały salon był w jej fotografiach.
Były ich setki a może tysiące.
Ściany i sufit były nimi wyklejone
szafka i biurko również.
Ich stosy były na kanapie i parapecie.
Dziesiątki stały w oprawach.
Najpiękniejsze z nich były święte.
Ozdobione kwiatami
i podświetlone świecami.
Każdy wiersz powstawał dla niej.
Czekałem,
zawsze tylko na jej wiadomość.
Na jej anielską urodę, głos i ruch.
Poprzysiągłem sobie
że szybciej oszaleję
niż ją stracę.
Cóż oszalałem z miłości.
Nie, nie miłości.
Brzydzę się miłością.
Oszalałem z uwielbienia
do jedynej kobiety,
której nie dane mi będzie nigdy mieć.
I tym jest dla mnie dobry wieczór.
Bo każda chwila z nią
jest jak dzień w raju.
Muzyka, poezja, natchnienie
i jej fotografia na poduszce.
Patrząca na mnie tak
jak może patrzeć tylko anioł.
Beata obchodziła urodziny. Jubilatka otrzymała ode mnie książkę o duchach i pamiątkową figurkę : zameczek, kukły, patyczki… Pierwszy prezent wyśmiała, drugim się zadziwiła. Odstawiła figurkę na komodę. Była słabo oświetlona.
Stała się rzecz dziwna. Kukły zaczęły chrzęścić i poruszały się ich cienie. Gdy ktoś przeżegnał się, „czar” ustawał. Przypomniała mi się klątwa i przepowiednia…
Razem z Beatą postanowiliśmy spalić przybytek. Miejsce pokropiliśmy wodą święconą.
…