Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Komu zginęła z palety żółta farba?

mojej córce malarce fiolety tylko w głowie
rzeki nurt wezbrany lśni ledwie w połowie
sąsiad buja starym, zardzewiałym kubłem
gasi żar rozpalony letnim popołudniem
z drew czarno spopielałych iskra zaraz pryśnie
dziewczynka obok w sadzie je czerwone wiśnie
do głodnej buzi kładzie pękate i soczyste
zginęło gdzieś nad nimi żółte, wielkie słońce
zielona wieś wonna w trawach się zaplącze

Opublikowano

Komu zginęła z palety żółta farba?

...Vincent'owi Van Gogh, gdy malował swoje Słoneczniki... Jesień uzupełni ten brak, a będzie bajecznie kolorowa, na chwilkę, niestety... Pozdrawiam. Eugi.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Taki był zamiar. Mniej chodziło mi o rzetelny sens, bardziej o wydobycie koloru i kształtów. Nieudolnie ciut. Rymy miały być też w środku, ale się rozjechały i małe "conieco" tylko zostało. Pozdrawiam zawsze czujną Lokomotywę (przyznam się nieśmiało, że głupio mi pisać "Lokomotywo" do jakiejś wiotkiej osoby, na dodatek chyba płci żeńskiej, ale widocznie taka Twoja wola). Pozdrawiam E.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Akurat jemu żółtości było pod dostatkiem. Ten wierszyk to trochę zabawa ze słowem. Śmiesznie chyba mi nie wyszło, cóż. Ale ta jesień nie będzie "chwilkę". Zostanie. Jak nie tu, to gdzie indziej. Pozdrowienia ślę. E.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Taki był zamiar. Mniej chodziło mi o rzetelny sens, bardziej o wydobycie koloru i kształtów. Nieudolnie ciut. Rymy miały być też w środku, ale się rozjechały i małe "conieco" tylko zostało. Pozdrawiam zawsze czujną Lokomotywę (przyznam się nieśmiało, że głupio mi pisać "Lokomotywo" do jakiejś wiotkiej osoby, na dodatek chyba płci żeńskiej, ale widocznie taka Twoja wola). Pozdrawiam E.
Może być Loki albo Biała:) czasem mogę być i wiotką z trzepoczącymi rzęsami (też wiotkimi). Pozdr:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...