Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Przedstawiam moją wizje granicy fantazji.

Sztorm myśli burzy moją duszę. Masakruje przeciętny pogląd o świecie.
Jak w pustce kanciaste bramy pokonuje, które wiążą mnie.
spadam
lecę w dół
strach
ból
smutek
strach
samotność
niezaradność
strach
pustka
nicość
strach
pustka
wyobraźnia
śmierć
......upadłem.........
Stoję w ciemności mojej wyobraźni. Chłód mnie przeszywa . Tracę równowagę.
Niekończące się głębiny w naszych głowach zawsze będą przed rosnącym kosmosem.
To granica mojej wyobraźni.


Ps.: stojące pojedynczo wyrazy mają być zarysem spadania

Opublikowano

Mówią, że nawet piekło ma dno. Od tego zaś można się odbić. A granice... są po to, by je przekraczać.
Pozdrawiam serdecznie
Jolanta

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Już jest bez błędów ort.! Cieszę się! A teraz: nie komentuj ani przed ani po swoich tekstów. One muszą to zrobić same. Nie możesz mi tłumaczyć, co "autor miał na myśli". Chcę się tego sama domyślić. Daj szansę.
Znowu jest podobnie - pomysł jest dobry. Wyobraźnia, kosmos i dno. Już było, ale możesz jeszcze. Tylko wyliczanka, mimo, że zrozumiały niby jej cel (nawet bez Twojego komentarza!), nudzi i jest zbędna. Ma obrazować tunel lotu, a staje się litanią. Cały tekst jest za bardzo odległy od poezji. Spróbuj skrócić swoje wnioski i przemyślenia w nim, napisać w paru słowach, co Ci chodzi po głowie, bez zbędnego patosu. To, co napisałam, wynika z koleżeńskiej sympatii, a na pewno nie jest chęcią popisywania się fachowością, jako, że laik ze mnie. Pozdrawiam. E.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...