Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Już wróciliście? – zdziwił się mój ślubny, gdy weszłam z dziećmi do domu. Pół godziny temu wyszłam z dziewczynkami na spacer.
- Strasznie wiało – odpowiedziałam. – Bałam się, żeby dzieci się nie przeziębiły. A wiesz, bardzo mili są ci nowi sąsiedzi za siatką – zmieniłam temat. – Ten pan to nawet pomógł mi pchać wózek pod górkę.
- Ja ich jeszcze nie widziałem – odparł mój ślubny. – Młodzi? Starzy?
- Młodzi, tak około trzydziestki. Wyglądają na spokojnych. A jacy są w sobie zakochani… - zachwycałam się, rozbierając nasze dziewczynki. – Szłam za nimi kawałek, to widziałam, jak się trzymali za ręce i obejmowali. My też kiedyś byliśmy tacy – westchnęłam z żalem.
Ślubny tylko wzruszył ramionami.
- My już jesteśmy piętnaście lat po ślubie – powiedział zupełnie bez sensu.
Podparłam się pod boki.
- Więc ty uważasz, że kilkanaście lat po ślubie to już nie można przeżywać żadnych uniesień?! – zaatakowałam go.
- Kobieto, zlituj się – jęknął mój ślubny.
- Pewnie, że można. Ale pod warunkiem, że nie ma się gromadki dzieci, jak my, i nie pracuje na cały zegar, jak ja. Zawracanie głowy. A tak w ogóle, to chciałem wyskoczyć do kolegi!
Obraziłam się. „ Ja mu zawracam głowę?!, denerwowałam się w duchu. „ Przecież sama poszłam na spacer z dziećmi, żeby on miał spokój. O co mu chodzi?!”
Zawołałam dzieciaki do kuchni i dałam im zupę. Potem zabrałam się do robienia drugiego dania. Ale wciąż byłam zła na ślubnego. Trzaskałam więc garami, żeby mój wiedział, w jak podłym jestem nastroju. Po chwili chyba coś do niego dotarło, bo skruszony przyszedł do kuchni.
- Nie złość się – powiedział proszącym tonem. – Od dziś będzie inaczej – zobaczysz…
- Nie złoszczę się – odparłam.
- Jest mi tylko przykro.
Zapadła cisza. I nagle usłyszeliśmy jakieś krzyki. Wybiegliśmy na podwórko. Krzyki dochodziły z sąsiedzkiego obejścia, na którym stał nowo pobudowany domek młodych sąsiadów.
- Ty dziwko, jak mogłaś mi to zrobić?! – słyszeliśmy wyraźnie męski głos. – Zdradzasz mnie?!
- Uspokój się! – odpowiedziała mu podniesionym głosem kobieta.
- Nie wiem skąd się to tutaj wzięło…
- Nie kłam! To pewnie twojego kochanka!
Popatrzyliśmy na siebie zdziwieni. To znaczy ja byłam zdziwiona, a w oczach mojego męża dostrzegłam iskierki tryumfu. Zupełnie jakby chciał powiedzieć: „ No i masz tę ich wielką miłość!” Potem krzyki stały się cichsze. Może weszli do domu. Jednak z odgłosów wnosiłam, że awantura trwała dalej, tylko już nie można było rozróżnić słów.
- Ciekawe, o co poszło gołąbeczkom – ironizował mój ślubny.
- Nie słyszałeś? O zdradę…
Po chwili kłótnia ucichła, słychać było tylko szloch kobiety chodzącej po podwórku.
Było mi strasznie przykro z powodu nowych sąsiadów. Wyglądali na taką miłą i zakochaną w sobie parę. A tu proszę… Nagle przyszła mi do głowy pewna myśl.
- To są pewnie aktorzy! – zawołałam.
- Ćwiczą role. Pamiętasz? Opowiadałam ci kiedyś taką historię z gazety. Sąsiedzi wezwali policję, bo usłyszeli awanturę z mieszkania jakiejś pary, a potem się okazało, że oni tylko uczyli się swoich ról!
- Czy ja wiem… - zastanawiał się mój ślubny.
- Gdyby to byli aktorzy, to ona nie płakałaby od godziny. W żadnej sztuce widzowie nie znieśliby tak długiego szlochania. No tak, ślubny miał rację.
Wyszłam na podwórko, by pozbierać ze sznurów pranie. I wtedy zauważyłam, że brakuje kilku rzeczy. Rozejrzałam się wokoło i znalazłam kilka ciuszków dzieci, leżących pod ogrodzeniem sąsiadów. Brakowało jednak jeszcze ulubionych „ gaci” mojego męża. Zaczęłam poszukiwania na podwórku naszych sąsiadów. O zgrozo! Majtki mojego ślubnego leżały na środku ich pięknie przystrzyżonego trawnika.
- Marek! – krzyknęłam. – Pędź do sąsiadów. Wiatr zwiał twoje gacie na ich posesję.
- Halo! Proszę pani, - usłyszałam zapłakany głos. – Czy to pani majtki?
- Moje – przytaknęłam skwapliwie.
Kobieta zaczęła się śmiać, i to jakoś tak histerycznie. Byłam zdezorientowana. Po chwili jednak coś mi zaczęło świtać w głowie.
- Romek, chodź tu! – krzyknęła ku swojemu ślubnemu, - i to szybko!
- Po chwili przyszedł sąsiad.
- No i… - zapytał.
- No i nic, ty durniu! – zawołała z pasją kobieta. – Te bokserki, o które zrobiłeś mi awanturę, należą do tej pani.
- Naprawdę? – zdziwił się sąsiad.
- To znaczy nie do mnie, tylko do męża – zaczęłam prostować. – Rano wywiesiłam je z praniem i widocznie wiatr zwiał…
Mężczyzna wyglądał na skruszonego.
- Jak mogłeś mnie podejrzewać o zdradę?! – mówiła zdenerwowana. – Widocznie oceniasz mnie swoją miarką! To pewnie ty masz coś na sumieniu, i dlatego myślisz, że ja cię zdradzam… - nakręcała się.
- Nie kochanie – przerwał jej. – Ja nigdy! Ty wiesz jak cię kocham. Ale te gacie podziałały na mnie jak czerwona płachta na byka. Błagam cię, wybacz mi.
Kobieta jednak wcale nie wyglądała na udobruchaną. Już chciała coś powiedzieć, gdy włożyłam palce do ust i ostro gwizdnęłam. Oboje podnieśli do góry głowy i popatrzyli na mnie zdezorientowani.
- Dość tego! – wrzasnęłam. – Najpierw się kłócicie, bo podejrzewacie się o zdradę, a potem krzyczycie na siebie, bo sprawa się wyjaśniła. To głupie. Są lepsze sposoby na godzenie się – dodałam znacząco. Oboje roześmiali się i weszli do domu.
- Powinnaś być mediatorem rodzinnym… - stwierdził mój ślubny ze śmiechem.
- Ty się nie śmiej, tylko leć i sprawdź, czy więcej twoich gaci nie pofrunęło w kosmos – rzuciłam. – Jedno zwaśnione małżeństwo na dzień wystarczy!

Opublikowano

W 100% podpisuję się pod opinią Waldemara. Dodatkowo zaproponowałabym:

a) skreślenie „mój „rodzynek”” w zdaniu „Trzaskałam więc garami, żeby mój „rodzynek” wiedział, w jak podłym jestem nastroju” - bo z kontekstu zdań 'przed" i "po" jasno wynika, że nie może chodzić o nikogo innego,

b) podobnie w zdaniu „Wyszłam na podwórko, by pozbierać ze sznurów wysuszone pranie.” zrezygnowałabym z „wysuszone”, bo tylko takie się zbiera ze sznurów,

c) ostatni mały zgrzyt to zdanie „Zaczęłam poszukiwania przez oczka siatki, na podwórku naszych sąsiadów.” Wiadomo, o co chodzi, ale dziwnie brzmi określenie „poszukiwanie przez oczka siatki”. Proponowałabym zostawić samo „Zaczęłam poszukiwania.”. Biorąc pod uwagę następne zdanie to całkowicie wystarczy.

Zachęciło mnie to opowiadanie do sięgnięcia wstecz do Twoich poprzednich. Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Opowiadanie nie jest fragmentem mojej autobiografii, jednak poza fikcją, jest wątek zaobserwowany, i wykorzystany...:))

Wald, dziękuję za obszerny, konstruktywny komentarz, za pokazanie co wypadałoby poprawić - poprawiłam... w tytule nie dam rady, albo jestem mało gramotna, nie wiem.
Przede wszystkim, dziękuję za poświęcony czas na czytanie i przychylną opinię.
Dla takich komentarzy warto pisać..., nawet gdy się jest po za długiej burzy, bądź całodniowej podróży w cholernym upale. Nawet gdy poleciało 10 punktów i mandacik:)), warto pisać...

Przyjaznego - Leo.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Witam Cię serdecznie Aniu:) Bardzo mi miło, że zaglądnęłaś, skomentowałaś, i jeszcze chęć masz na dalsze, moje.
Muszę się przyznać, że troszkę jak złodziej Ciebie podczytuję, a że jestem nieśmiała, to i nie komentowałam. Teraz będzie mi o wiele łatwiej...:)

Dziękuję za wypunktowanie swoich sugestii odnośnie poprawek. Poprawiłam wedle, bo masz 100% racji.

Serdecznie - Leo.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Witam Cię serdecznie Aniu:) Bardzo mi miło, że zaglądnęłaś, skomentowałaś, i jeszcze chęć masz na dalsze, moje.
Muszę się przyznać, że troszkę jak złodziej Ciebie podczytuję, a że jestem nieśmiała, to i nie komentowałam. Teraz będzie mi o wiele łatwiej...:)

Dziękuję za wypunktowanie swoich sugestii odnośnie poprawek. Poprawiłam wedle, bo masz 100% racji.

Serdecznie - Leo.
No coś Ty!!! Komentuj mnie ile wlezie!!! Zaskarbisz sobie moją wdzięczność na wieki :)) Ja nie mam zupełnie takich oporów, bierz ze mnie przykład :)) wklejam już zaraz listę pod Twoim poprzednim tekstem (dłuuugą)
Opublikowano

Leo, kochana, wszechstronnie uzdolniona!!! Mniam!

Wiem, że forma zapisu dialogu nie jest łatwa. Kiedy zaczynałam pisać prozę, właśnie te edycyjne fiki - miki sprawiały mi najwięcej problemów, i do dziś sprawiają. Coś Ci pokażę:

- Nie złoszczę się – odparłam.
- Jest mi tylko przykro.

Nie przenoś wypowiedzi tej samej postaci do nowego wersu. Kontynuuj po myślniku w tym samym wersie:

- Nie złoszczę się – odparłam. - Jest mi tylko przykro.


Nie wiem, skąd się to tutaj wzięło… - tu musi być przecinek: dwa orzeczenia, dwa zdania:)

Ty wiesz, jak cię kocham - tak samo;)


Ale fajne! Uśmiałam się. Świetnie, Leo. Prawdziwa historyjka z bielizną - już na priwie;) Cmokam, cieplutko, Para:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Waldi: o słowie dziękuję już tam gdzieś pisałam, zatem nie będę się powtarzać:)

Żebyś wiedział, że zachęcają i bynajmniej nie dlatego, że są pozytywne.
Zachęcają, bowiem są wyważone, jak to zwykle bywa u człowieka, który zna się na rzeczy.

Muszę przyznać, że zbyt mocno przytuliłam nogę do gazu tuż przed radarem.
Skąd mogłam wiedzieć, skoro tydzień wcześniej, go tam nie było.
Eeeeee, nie będę płakać po rozlanym mleku:))

Serdecznie - Leo.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Witam Cię serdecznie Aniu:) Bardzo mi miło, że zaglądnęłaś, skomentowałaś, i jeszcze chęć masz na dalsze, moje.
Muszę się przyznać, że troszkę jak złodziej Ciebie podczytuję, a że jestem nieśmiała, to i nie komentowałam. Teraz będzie mi o wiele łatwiej...:)

Dziękuję za wypunktowanie swoich sugestii odnośnie poprawek. Poprawiłam wedle, bo masz 100% racji.

Serdecznie - Leo.
No coś Ty!!! Komentuj mnie ile wlezie!!! Zaskarbisz sobie moją wdzięczność na wieki :)) Ja nie mam zupełnie takich oporów, bierz ze mnie przykład :)) wklejam już zaraz listę pod Twoim poprzednim tekstem (dłuuugą)

Tylko luknęłam, coś mi ostatnio czas się za szybko przesiewa:)
Lista, jak Litania do Wszystkich świętych:) Uporam się z moim I Twoim, jeno wrócę z odwyku przeciw uzależnieniu od kompiutra.

Serdecznie - Aniu!

Leo.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Waldi: o słowie dziękuję już tam gdzieś pisałam, zatem nie będę się powtarzać:)

Żebyś wiedział, że zachęcają i bynajmniej nie dlatego, że są pozytywne.
Zachęcają, bowiem są wyważone, jak to zwykle bywa u człowieka, który zna się na rzeczy.

Muszę przyznać, że zbyt mocno przytuliłam nogę do gazu tuż przed radarem.
Skąd mogłam wiedzieć, skoro tydzień wcześniej, go tam nie było.
Eeeeee, nie będę płakać po rozlanym mleku:))

Serdecznie - Leo.


Skarbie, czyż mam Cię pouczać, że w samochodzie nie powinno się zbyt mocno przytulać nogi do gazu?! Tak samo zresztą jak do innej nogi (siedzącego obok nas partnera/partnerki)! Ale to przecież Ty jesteś specjalistką od wszystkich spraw związanych z bezpieczeństwem w czasie jazdy samochodem...

Zatroskany o Twoje bezpieczeństwo... W.

:((((((

Nie, bo będę pamiętać - do następnego razu:))
Dzięki za troskę***

Miłego... Leo.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



*** - wyrazy szacunku dla twojej wrażliwości, delikatności, ludzkiego traktowania człowieka.
Ot, to...

Do zaś... Leo.


Po takich słowach odebrało mi mowę. Ot, co... :))

Do zaś... W.

Nic nie poradzę:))
Zdania nie zmienię.
Mogę polecić dobrego Logopedę::))

Do zagadania - Leo.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...